Podsumowanie 2016 roku

Do tej pory robiłam je co roku, w 2015 wyszło inaczej, ale końcówka była mocno zwariowana ;)
Może zacznę od tego, że przed Nowym Rokiem uporządkowałam wszystkie linki na blogu: dodałam tych, do których zaglądam, ale byli porozrzucani po zakładkach, usunęłam i przeniosłam do zakładek tych, którzy już od kilku lat nie piszą, ale do których staram się zajrzeć raz na kwartał/raz na pół roku z nadzieją, że jeszcze wrócą do pisania. Zrobiłam też dwie kategorie: na strony i blogi o tematyce mruczącej oraz niemruczącej.
Zrobiłam także porządek ze znajomymi typu ’widmo’ z facebooka - usunęłam tych, którzy już od dłuższego czasu się do mnie nie odzywają.

Ten rok był dla mnie bardzo kreatywny - zrobiłam sporo bransoletek z muliny, uszyłam kilkanaście rzeczy (w tym m.in kominy na szyję, kocyk, podusię, śpiworek i kilka zabawek), wykonałam ozdoby z taśmy washi, nauczyłam się robić spódniczkę tutu i obrazki za pomocą haftu krzyżykowego.

W Nowy Rok wchodzę z wagą poniżej 70kg, od porodu schudłam prawie 20kg z czego jestem mega zadowolona.

To tak tytułem wstępu.
Poniżej postaram się wrócić na chwilę do każdego miesiąca oddzielnie.

Styczeń:
To był w sumie dość spokojny miesiąc. Mój mąż był w delegacji w San Francisco, przywiózł nam stamtąd śliczne pamiątki. Ja miałam okazję spędzić 10 dni tylko z moją mamą i córeczką. Na moje urodziny mąż już wrócił do Polski, dzięki czemu mogliśmy pójść na romantyczną kolację we dwoje.
Maja nauczyła się sama odwracać z brzucha na plecki.

Luty:
Najsmutniejszy miesiąc w tym roku.
1 lutego po długiej chorobie odszedł Urwis - mój ukochany kot, który mieszkał u mamy, to z nim spędziłam najlepsze lata swojego życia :(
Moja mama po odejściu Urwiska adoptowała 2 kotki, które pilnie szukały nowego domu - Mimi i Figielka.
Po nie całych 2 tygodniach (17 lutego) Figielka odebrał nam fip :(
Roztrzęsiona i potwornie smutna Mimi po konsultacji z behawiorystką zyskała pod koniec miesiąca nowego towarzysza - Wallyego. Kotki dogadały się ze sobą w jedną noc (socjalizacja z izolacją nie udała się, ponieważ nowy kotek uciekł z pokoju, w którym był izolowany i od razu zaprzyjaźnił się z rezydentką).
W tym miesiącu dowiedziałam się również o śmierci kotki Izydy, która kilka miesięcy temu zagłodzona przez swoich właścicieli trafiła w stanie krytycznym do lecznicy (niestety powikłania były zbyt silne dla jej wyniszczonego organizmu).
W ostatnich dniach lutego postanowiliśmy zmienić lokum - wynajęliśmy większe mieszkanie, w którym na spokojnie mieścimy się we trójkę z naszymi trzema kotami.

Marzec:
Miesiąc, w którym zdałam sobie sprawę, że zostałam kompletnie sama. Praktycznie wszyscy moi znajomi już od dłuższego czasu wykręcali się ze spotkań ze mną, przestałam być zapraszana na spotkania paczek i na imprezy (na których do tej pory najczęściej bywałam). Życie brutalnie zweryfikowało moje przyjaźnie z czasów studiów i wcześniej.
W połowie miesiąca udało nam się załatwić zabezpieczenie balkonu, dzięki czemu koty mogły swobodnie wychodzić na powietrze.

Kwiecień:
Na początku miesiąca odbyły się chrzciny Majki. Dzień po tym wydarzeniu wszyscy troje siedzieliśmy już w samolocie do San Francisco - mój mąż leciał w sprawach biznesowych, a ja i córcia zwiedzałyśmy miasto.
Majce wyszedł pierwszy ząbek.
Po powrocie do Polski doszliśmy do wniosku, że nasz balkon jest wielki, ale bardzo smutny, więc zasialiśmy zioła dla nas i kotów oraz zasadziliśmy pomidory.

Maj:
W tym miesiącu wróciliśmy do aktywności fizycznej. Zakupiliśmy przyczepkę do roweru z funkcją wózka do joggingu. Dzięki temu zaczęliśmy jeździć z Majką po lesie, robić weekendowe pikniki i dłuższe wycieczki rowerowe po Warszawie i okolicach.
Udaliśmy się również do dietetyka, który ułożył nam zdrową i bogatą w witaminy dietę. Już po 2 tygodniach stosowania poczułam przypływ energii i zniknęły wzdęcia.

Czerwiec:
To ważny miesiąc dla Majki - nauczyła się sama siadać z pozycji leżącej i już nie musiała się opierać o nic. Poprawiła również swoją motorykę - zaczęła raczkować po całym mieszkaniu.
W tym miesiącu wzięliśmy udział w akcji „mój kot ma dom”, pochwaliliśmy się relacjami kocio-dziecięcymi i zyskaliśmy przepiękne zdjęcia naszych futerek.

Lipiec:
Maja pierwszy raz świadomie powiedziała „mama”, po kilku dniach udało się również powiedzieć „tata”.
Odnowiliśmy kontakt z jednymi z dawnych znajomych.

Sierpień:
To był bardzo pozytywny miesiąc.
Babski wypad do Wrocławia (córka, ja i moja mama). Poznałam swoją dalszą rodzinę od strony dziadka i babci. Spędziliśmy razem z mężem i córcią cudowny weekend nad Bałtykiem w ramach naszej 4 rocznicy ślubu. Maja pierwszy raz bawiła się piaskiem.

Wrzesień:
Majka poszła do żłobka. Kupiliśmy nosidełko ergonomiczne, ponieważ noszenie w chuście przestało się podobać Mai.
Majka nauczyła się wstawać przy meblach i robić pierwsze kroki trzymając się czegoś lub kogoś.
Mój brat zaczął się spotykać z bardzo sympatyczną dziewczyną. Dzięki niej dojrzałam do decyzji, żeby spełnić jedno ze swoich marzeń (zaplanowane mam to na luty 2017).
W tym miesiącu pierwszy raz mieliśmy możliwość wyjechać gdzieś tylko we dwoje - spędziliśmy cudowny tydzień w Londynie.
Pierwszy raz sami robiliśmy sushi - wyszło super! Nauczyłam się robić bardzo ciekawy manicure w stylu ’esy floresy’. We wrześniu zobaczyłam pierwsze wizualne efekty swojej diety (brzuch jak by trochę mniej wylewał się ze spodni).
Ten miesiąc był dla mnie bardzo intensywny, zaczęłam się uczyć programowania obiektowego na platformę iOS. Zaczęłam też poszukiwania pracy.

Październik:
Moja córeczka obchodziła swoje pierwsze urodziny.
Czarny protest odniósł sukces - nie muszę się bać kolejnej ewentualnej ciąży i tego jakie będzie miała skutki dla mojego chorego serca.
Amaya nabawiła się zapalenia pęcherza, przy badaniach okazało się, że tak jak Purka i Misio ma tendencję do formowania się kryształów w moczu, musi więc przejść na specjalną dietę. USG wyszło jednak dobre, chora trzustka wygląda dużo lepiej niż kiedyś.
Zdecydowałam się zapisać na kurs iOS organizowany na Uniwersytecie Warszawskim, który będzie trwał do stycznia 2017. Dzięki niemu będę miała większe szanse na znalezienie pracy.

Listopad:
Nadal nie mam pracy mimo intensywnych poszukiwań. Na jednej rozmowie o pracę bardzo brzydko mnie potraktowano. Prowadziłam rozmowy jeszcze z dwoma innymi firmami, ale również bez efektów. Jeden z developerów, z którym miałam okazję rozmawiać był bardzo dziecinny i w zasadzie cieszę się, że nie będę musiała się z nim użerać.
Dostałam jeden projekt rekrutacyjny, który dość szybko skończyłam i dobrze mi poszedł.
Wpadłam na pomysł organizacji przyszłorocznego bazarku na rzecz jednej z prokocich fundacji.

Grudzień:
Od ponad 4 tygodni nie mogę całkowicie wyjść z infekcji, co chwila mam nawroty, zaraziłam Majkę i męża :(
Miałam co roczną kontrolę rozrusznika - nie wyszła za dobra. Znowu pojawiły się częstoskurcze.
Zostałam zaproszona na rozmowę o pracę do firmy, która dała mi w poprzednim miesiącu projekt rekrutacyjny. Mimo, że poszło mi dobrze, nie zostałam zatrudniona.
Sinusoida mojego samopoczucia osiągnęła dolną granicę, wiecznie słyszę krytykę i czuję się okłamywana, tracę zaufanie do najbliższych.
Pierwszy raz zrobiłam ombre na paznokciach. Nauczyłam się robić cotton balls.
Spędziliśmy z mężem spontaniczny miły weekend w Berlinie tylko we dwoje. Tam na targach bożonarodzeniowych poczułam wreszcie magię świąt.
Po powrocie ze stolicy Niemiec kupiliśmy śliczną niedużą choinkę, na Wigilię ubrałam się w swoją sylwestrową sukienkę sprzed 2 lat (tą sprzed ciąży! zmieściłam się - poniżej akapitu wklejam zdjęcie!), a od Mikołaja dostałam super prezenty - grę planszową i kocie upominki. Zrobiliśmy Majce i kotom mikołajową sesję zdjęciową z ręcznie wykonanymi rekwizytami.
Do mojego męża doszła jedna z dwóch paczek w ramach Secret Santa - podkładki pod kubek robione na szydełku - są urocze!


Mój 2016 rok nie był najgorszy, ale również nie najpozytywniejszy. Doświadczyłam wielu smutków, ale także radości. Chciałabym, aby Nowy Rok przyniósł mi więcej nadziei i mniej stresu. I duże różowe okulary…


Nie robię postanowień noworocznych, bo im bardziej coś planuję, tym bardziej nie wychodzi. Mam kilka celów, które będę się starała realizować i kilka marzeń, które chcę spełnić. Ale w życiu bywa różnie, więc nie planuję, tylko idę na żywioł.


16 komentarze:

Świątecznie i kolorowo

Zbieram się już od prawie tygodnia, żeby coś napisać i co dzień odkładam to na jutro, bo co chwila jest coś.
Przepraszam, jeśli piszę dziś bez ładu i składu. Musicie mi wybaczyć… Ostatnio na siłę wyszukuję sobie pozytywnych aspektów, żeby móc przykleić sobie na twarz uśmiech kiedy wychodzę z domu.
Moja kolejna rozmowa o pracę, mimo że byłam pewna, że poszła dobrze zakończyła się fiaskiem. Najlepsze jest to, że dostałam po wszystkim maila, że jestem za*ebista, ale jednak mnie nie chcą, bo "tamto i siamto". Szkoda tylko, że 'tamto i siamto' nie zostało nawet pół-słowem poruszone na rozmowie… Absurd goni absurd, ja nie mam szczęścia jeśli chodzi o karierę zawodową :(
Powoli trochę udziela mi się świąteczny nastrój, mimo że słuchając bożonarodzeniowych playlist wydaje mi się, że mam jeszcze gorszy nastrój, niż przed ich włączeniem. Nie wiem jak to jest, ale te melodie potęgują u mnie humor, który już mam w danym momencie. To trochę jak z alkoholem - kiedy człowiek upija się ze szczęścia, to jest wesoły, a jeśli robi to ze smutku, to osiąga meritum nieszczęść.

Od ponad 4 tygodni nie mogę się doleczyć, wchodzę z jednej infekcji w drugą, po powrocie z Berlina totalnie złożyło mnie, przez tydzień czasu leżałam z temperaturą, której nie mogłam za specjalnie zbić żadnymi paracetamolami. Z tego wszystkiego zaraziłam męża i córkę. Sytuacja w tej chwili jako tako opanowana, zostało jeszcze trochę kaszlu, ale myślę, że na święta będziemy w stanie normalnie funkcjonować :)


Choinka stoi u nas już od połowy grudnia. Tak bardzo chciałam w tym roku poczuć magię świąt, że ubraliśmy choinkę praktycznie jak tylko pojawiły się w sprzedaży te śliczne drzewka. Choineczka jest nieduża i stanęła na lodówce, dodatkowo przywiązana jest do ściany sznurkiem - dzięki temu jest szansa, że nie zemdleje (a uwierzcie mi, przy trzech kotach i rezolutnej prawie 1,5 rocznej dziewczynce chyba wszystko jest możliwe!).


Mieszkanie ozdobione lampkami, w tym również naszymi handmade cotton ballsami. Prawdę mówiąc byłam pewna, że będzie przy tym ogrom roboty, a tymczasem cały sznur ballsów zrobiliśmy w jeden wieczór :) I ten wieczór był dla mnie mega radosny i odstresowujący. Znów poczułam się jak 7-latka robiąca papierowe ozdoby na choinkę. Zdecydowaliśmy się na wielokolorowe tęczowe odcienie. Takie, żeby robiło się cieplej od samego spojrzenia na nie :)
Jeśli chcielibyście spróbować samemu, to tutorial brałam stąd: KLIK :)


Przygotowania świąteczne idą nam generalnie powoli, ale do przodu. W tym roku jak zawsze robimy naszą popisową sałatkę z tuńczykiem i przepyszne ciasto z żurawiną. Na szczęście większość potraw przygotowują w tym roku wujkowie i moja mama, sama chyba nie byłabym w stanie tego wszystkiego ogarnąć tak dobrze jak oni. Co roku wszystko jest zawsze dopięte na ostatni guzik.

Z naszej strony ogarnięte są już wszystkie prezenty. Na szczęście poczta stanęła na wysokości zadania i wszystkie paczki doszły do nas na czas. Już nie mogę się doczekać, aż bliscy będą je rozpakowywali w Wigilię :)
Nasze Secret Santa też już poszło w świat. Już czekam na relacje osób, do których dotrą. Secret Santa dla mojego męża też już dotarło. W tym roku prezent był na prawdę rewelacyjny! Dziewczyna sama zrobiła na szydełku podkładki pod kubki w kształcie kocich dupek i portali z gwiezdnych wrót oraz jedną z postaci z Maincrafta, którą aktualnie bawi się Majka :)




W świątecznym nastroju postanowiliśmy zrobić w tym roku sesję Majce. Samo robienie rekwizytów było frajdą, kupno gotowców byłoby nudne i nie w moim stylu ;) I tym sposobem ze starego pudełka po zamówieniu z zooplusa powstał komin, a z pudełek po herbacie małe prezenciki. Majka nie przepada za sesjami i ogólnie wykazuje się niską dozą cierpliwości, jednak mimo to udało nam się zrobić kilka sympatycznych ujęć. Nawet koty w tym roku były zainteresowane zdjęciami. Purka pozwoliła sobie na chwilę założyć czapkę, a Amaya sama z siebie wskoczyła do Mikołajowych sanek z kartonu (może to ten karton zadziałał jak magnes…) :P
W każdym razie jestem bardzo zadowolona z efektów i w tym miejscu chciałabym Wam wszystkim życzyć rodzinnych i spokojnych Świąt Bożego Narodzenia oraz samych sukcesów w Nowym 2017 Roku :)






W tym roku zorientowałam się za późno, ale w przyszłym roku już nie popełnię tego błędu. Razem z koleżanką chcemy zorganizować świąteczny bazarek dla podopiecznych Koterii. Idea jest taka, że ludzie będą mogli licytować różne fanty, które zamierzam sama wykonywać przez ten rok. Postanowiłam sobie, że w każdym miesiącu zrobię przynajmniej 2 fanty. Zostawiam sobie otwartą kwestię dziedziny, ponieważ lubię odkrywać nowe możliwości DIY. I do tej pory powstał wyszywany kotek i pokrowiec na telefon. Często mam problem, żeby zebrać się w sobie i coś zrobić, ale mając takie postanowienie i wiedząc, że wydarzenie coraz bliżej będzie mi łatwiej przysiąść. A takie tworzenie na prawdę odstresowuje. 
Planujemy ruszyć ze sprzedażą w październiku 2017. Mamy nadzieję, że uda nam się nawiązać współpracę z kilkoma innymi rękodzielnikami, którzy w zamian za reklamę przekażą nam po jakimś drobiazgu na licytację. Cel jest szczytny, cały dochód ma być przekazany na leczenie i szukanie domów bezdomnym kotom z Warszawy.

W sumie nie napisałam jeszcze jak było w Berlinie - trochę nie ogarnęłam dziś chronologii, piszę bez żadnego planu i bez zrobionych podpunktów w notatniku.
Weekend w stolicy Niemiec zleciał nam bardzo przyjemnie. Mieliśmy sporo czasu na zwiedzanie i na relaks.





Obowiązkowym punktem naszej wyprawy był mur berliński i brama Brandenburska. Z uwagi na ogromne kolejki daliśmy sobie spokój z muzeami, odwiedziliśmy tylko jedno - muzeum historii naturalnej. I muszę powiedzieć, że wypadło bardzo słabo w porównaniu do tego w Londynie.




Odwiedziliśmy także targi świąteczne. I faktycznie - te berlińskie są na prawdę przepiękne! Cała masa ludzi w radosnych nastrojach, masa smakołyków, prześlicznych ozdób świątecznych i grzane wino. To właśnie tam poczułam zbliżającą się gwiazdkę!
Najpiękniejszy market jest na Alexander Platz.




Zakupiłam tam przepiękne drewniane i nie tylko ozdoby na choinkę.



Będąc w Berlinie nie mogło nas oczywiście zabraknąć w kociej kawiarni. Jednak tą wizytą jestem mocno rozczarowana. Byliśmy pierwszymi klientami. Kawiarnię zamieszkują 4 koty, jeden z nich był w pomieszczeniu, do którego mają dyspozycję tylko koty, dwa natychmiast przybiegły się z nami przywitać, jeden majestatycznie siedział przy grzejniku.


Wygłaskaliśmy te, które wykazały chęć kontaktu z nami, podeszłam również do tego, który wygrzewał się przy oknie. Pogłaskałam go i przeraziłam się - kot rasowy długowłosy z gigantycznym kołtunem na grzbiecie. Autentycznie, takie kołtuny mają koty, których nikt nie szczotkuje conajmniej od 5-8 miesięcy. Najczęściej taki supeł kwalifikuje się tylko do wycięcia. Kot ogólnie brudny, umorusany karmą przy szyi oraz na łapach. Wiadomo, jak nie ma potrzeby, to kota się nie kąpie, ale litości - o koty z długim włosem dba się zupełnie inaczej. Takie koty wymagają codziennej pielęgnacji futra, dokładnego wyczesywania, przemywania futerka doraźnie - jak potrzeba. Zrozumiałabym brudnego kota po całym dniu otwarcia kawiarni, ale litości nie wtedy, gdy byliśmy tam dosłownie na otwarciu!


Przez pierwsze pół godziny byliśmy jedynymi klientami. Koty kursowały między oknem, a nami. Czasem pobarankowały, jeden wpakował się mężowi na kolana, chwilę posiedział z nami na stole i wrócił do zabawy ze swoim towarzyszem.


Póżniej przyszli oni - jakaś niemiecka para wielkich miłośników kotów ze swoimi mega wypasionymi telefonami. Koty zostały oczywiście na wstępie opstrykane fleszem, następnie zagłaskane i zaprzytulane. Parka co chwila szła i łapała koty, pakowała sobie na ręce, albo na kolana i mocno trzymając wgłaskiwała. Oczywiście w tym czasie pełna sesja zdjęciowa z kotami. Koty wyrywały się i uciekały w drugi koniec sali, chowały się pod stołami i na wyższe półki, co w żadnym wypadku nie zrażało kociolubów. Jeden z kotów wściekł się i uciekł do pomieszczenia, do którego nie mieli wstępu ludzie. Dwa pozostałe koty nadal były na celowniku - bez przerwy tykane, głaskane i przytulane. W końcu podzieliły zdanie swojego kolegi i również dały dyla. Tym sposobem po 30 minutach kocia kawiarnia zamieniła się w kawiarnię bez kotów na widoku. Ok, ludzie to tylko ludzie, jedni są ogarnięci, inni nie. Ale gdzie przepraszam bardzo była wtedy obsługa? No fajnie, że jest regulamin kawiarni, tylko czemu nikt go nie egzekwuje?
Podejrzewam, że to nie była nasza ostatnia wizyta w Berlinie, ale dla własnego spokoju ducha ostatnia w tej kociej kawiarni. W Berlinie jest ponoć jeszcze jedna, może następnym razem pokuszę się na odwiedzenie tej drugiej…

A tymczasem lecę, bo w gruncie rzeczy jesteśmy z robotą w lesie... Jeszcze raz najlepszego!

9 komentarze:

Czasem słońce, czasem deszcz

A ostatnio również śnieg. 
Ogólnie nie przepadam za zimą, najchętniej zapadłabym wtedy w głęboki zimowy sen. Widok białego puchu, choć tak piękny na zdjęciach, nie jest dla mnie niczym fajnym. Jedyne pozytywne aspekty zimy to możliwość spędzania wieczorów w stylu 3 x K (kot, koc, kakao) oraz święta. Choć w tym roku to drugie wzbudza we mnie bardziej niepokój niż radość. Nie wiem jak to będzie, ponieważ nie wszystko jest tak, jak miałam nadzieję, że będzie.

W ostatnim czasie zauważyłam, że dość krytycznie oceniam ludzi wokół siebie. Nie potrafię wygonić tych myśli z mojej głowy. Basia jest leniem śmierdzącym i w wieku 27 lat nie podjęła jeszcze ani jednej w życiu pracy, mimo że swoją edukację skończyła na liceum, Kasia wiecznie wylewa swoje żale na facebooku i uważa, że jest przez to fajna, Edyta chwali się jak po zerwaniu z Jankiem jest znów szczęśliwa i co chwila wrzuca zdjęcia z innym, żeby udowodnić, że może mieć każdego (a nadal nie wyleczyła się z miłości do Janka), a Beata zalewa kanały społecznościowe zdjęciami swoich córek Dżesiki, Wiwjen i Elif (przynajmniej po 5 dziennie) tak jak by urodzenie dzieci było aktem Bóg wie jakiego bohaterstwa [wszystkie imiona są zmienione]. Na palcach jednej ręki mogę policzyć osoby, które w jakikolwiek sposób cenię. No dobra, przegięłam, może nie na palcach jednej ręki, ale serio takich osób jest aktualnie niewiele.
Ale żeby nie było, że jetem czepliwą jędzą - w samej sobie widzę o wiele więcej wad, wielu z nich nie potrafię poprawić, kilka z nich mnie przerasta, a niektóre są częścią mnie i nie da się nic z tym zrobić. I sama siebie przez to nie lubię i nie akceptuję.

Zauważyłam, że odsuwam się od najbliższych i tracę do nich zaufanie. Nie wiem już co jest prawdą, a co bajką. Nawet jeśli kłamstwo dotyczy błahostki, która na przestrzeni tygodnia nie będzie miała już żadnego znaczenia, to trudno mi jest uwierzyć w prawdziwość tego, co wiąże się z poważniejszymi sprawami. Czy to kiedyś byłam zbyt naiwna i bezsensownie ufałam, czy to teraz niepotrzebnie doszukuję się drugiego dna tam gdzie go nie ma? 

Zabawne jest dla mnie też to, jak łatwo jest nagle zerwać kontakt z kimś, z kim trzymało się przez całe studia. Ot tak, praktycznie z dnia na dzień. Jednego dnia kumpelki, a drugiego nieznajome. Każdy ma swoje sprawy, swoje życie i swoje problemy. A jednak smutno jest człowiekowi, kiedy zdaje sobie sprawę, że dla kogoś nic już nie znaczy.

Temat mojego przekwalifikowania się póki co nadal aktualny. Próbuję, robię, piszę, kodzę… Na razie bez efektów w postaci zatrudnienia. Mam już na swoim koncie kilka projektów rekrutacyjnych, czekam na odpowiedź jednej firmy. Wydaje mi się, że do tej pory poszło mi dobrze.


Kilka dni temu byłam na corocznej kontroli stymulatora. Znów odnotowali częstoskurcze, których nie było od 4 lat. Są to dość regularne, ale krótkie epizody, które póki co na szczęście nie kwalifikują mnie do położenia na oddział ani do kolejnej ablacji. Ale co będzie za pół roku, rok, 5 lat - tego nie wiem. Nie wiadomo też, czy to odnawia się usunięta wada, czy powstaje nowa. A może była tam cały czas niezauważona wcześniej, bo przecież ablacja była bardzo obszerna, więc nie trudno coś pominąć.

Od ponad 2 tygodni jestem chora. Dopadł mnie jakiś wredny wirus, który w zasadzie objawia się tylko koszmarnym kaszlem, zawalonymi zatokami i bardzo niską tolerancją na ruch - męczę się przy głupim wejściu po schodach na 3 piętro. Antybiotyk i steryd wziewny pomógł mi na 2 dni. Liczę na to, że do piątku mi przejdzie, bo mamy zaplanowany weekend w Berlinie.
Jeszcze nigdy nie byłam w Niemczech (nie licząc przesiadek na lotnisku, ale to się nie liczy). Planujemy raczej bardziej relaks niż zwiedzanie, choć na pewno kilka tych sztandarowych punktów odwiedzimy. Nie mogę się też doczekać odwiedzenia targów świątecznych, które podobno w Berlinie są na prawdę rewelacyjne. 
No i z pewnością chcę spróbować niemieckiego wursta, podobno najlepsze w całej Europie ;)
Przez te 3 dni zapewne dieta pójdzie w las. A do tej pory szło mi bardzo dobrze, bo od listopada zeszłego roku (czyli w zasadzie od porodu) schudłam 18kg. Póki co nie wiem, czy mieszczę się w swoją sylwestrową kieckę (trochę boję się sprawdzać), ale mam w sumie cały grudzień na to, żeby jeszcze trochę zejść z wagi. 
Trzymajcie kciuki, zwłaszcza, że póki co przez moją chorobę musiałam zrezygnować z basenu i siłowni :(

W tym roku na mikołajki prezent kupowałam sobie sama. Przyszedł nieco wcześniej i jest cudownie koci. Wszystko jest handmade zamawiane na etsach. 



Na poprawę swojego własnego nastroju idę znów w DIY. Kilka prezentów pod choinkę dla rodziny zdecydowałam się zrobić sama. Nimi oczywiście nie pochwalę się na blogu, bo nie chcę w razie co nikomu psuć niespodzianki. Mogę się za to pochwalić kominami na szyję, które robiłam dla naszych Secret Santa Exchange. Kominy z dresówki są świetne, chyba będę musiała pozamawiać więcej dresów, bo nie dość, że świetnie się z nich szyje, to efekty są na prawdę rewelacyjne.


Zaliczyłam też swoje pierwsze ombre na paznokciach. Póki co tradycyjnie z gąbeczką, ale planuję zrobić też próbę areografem. Mój mąż zamówił sobie do malowania figurek do Warhammera i muszę przyznać, że to urządzenie to fajna sprawa. Jak w końcu przysiądę i wypróbuję, to pochwalę Wam się efektem.


Powoli zaczynamy już przygotowania świąteczne. Rozwiesiliśmy w mieszkaniu i na balkonie lampki. Kupiliśmy także cotton balls. Wyglądają prześlicznie.


Doszłam do wniosku, że chciałabym zrobić własne, powoli zaczynam zamawiać produkty i po powrocie z Berlina zapewne razem z mężem zrobimy je wspólnie. To będzie taki substytut tradycyjnych dawnych przygotowań do świąt, jakie były u mnie w domu kiedy byłam mała :) Wtedy zawsze wszystko robiliśmy sami razem z moimi braćmi ciotecznymi - łańcuchy na choinkę, bombki i ozdoby z papieru. To były piękne chwile. 

Jeszcze nie mamy choinki, chociaż widziałam już pierwsze w sprzedaży. Kupimy, jak tylko wrócimy z wycieczki. W tym roku chcemy malutką choineczkę, która stanie wysoko na lodówce. Tak będzie bezpieczniej, podejrzewam, że drzewko wzbudzi spore zainteresowanie. I tak przy kotach mamy co roku plastikowe ozdoby, ale przy Majce - bałabym się, że pogryzie lampki (a jeszcze póki co wszystko co nowe najpierw ląduje w buzi), albo połknie jakiś mały element. Więc póki co im wyżej tym lepiej :) Majka co dzień zdobywa nowe umiejętności. Aktualnie nauczyła się otwierać pudełko z kocimi chrupkami, koty są niepocieszone, bo małe, już nie tak bardzo łyse i wrzeszczące wyjada im kolację jak nie przyuważę :D



Zaliczyliśmy już w tym roku spacer po Starówce. Jak zawsze ulice są pięknie oświetlone, choinka jeszcze ładniejsza niż rok temu. Zimno jak zawsze ;) Przy okazji wstąpiliśmy na chwilkę na kawę i odwiedziliśmy jarmark różności. Na jarmarku co roku to samo, nic nowego, nic unikatowego. Jarmarku nie polecam, ale jeśli jesteście z Warszawy, albo będziecie przy okazji na wycieczce, to przejdźcie się na Stare Miasto po to, żeby zobaczyć piękne świetlne ozdoby :)







18 komentarze:

(Nie)typowe gadżety, które bardzo ułatwiają macierzyństwo i tacierzyństwo

Dzisiaj wpis w 100% dzieciowy. Podzielę się z Wami opinią na temat rzeczy, które mnie osobiście bardzo ułatwiły życie, a czasem ratowały skórę :P Jedne bardziej inne mniej popularne.
Na początku zaznaczę, że post nie jest sponsorowany, sama podjęłam decyzję o testowaniu i opisaniu ich. A może za jakiś czas Wy sami zderzycie się z takim, czy innym problemem i moje doświadczenie jakoś Wam pomoże ;)

Chusta do karmienia
Dziewczyny karmiące dzieci mlekiem modyfikowanym z pewnością nie będą jej potrzebować. Ja jednak zdecydowałam się na karmienie piersią, więc z mojej torebce to była obowiązkowa pozycja. Nie ruszałam się z domu bez chusty, którą mogłam się zakryć.
 Aktualnie jest wielki szum wokół karmienia naturalnego - są albo zwolennicy wywalania cycka na wierzch, albo wielcy przeciwnicy, którzy plują jadem. I praktycznie nic pomiędzy. 
Ja osobiście nie widzę problemu w karmieniu w miejscach publicznych, jak ktoś nie chce się zasłaniać to jego sprawa, ja jednak traktuję tę czynność jako w pewnym sensie sferę intymną między matką, a dzieckiem i zawsze starałam się usiąść gdzieś z boku i zakrywałam się moją chustą. Niestety nie zawsze jest możliwość wyjść do innego pomieszczenia, tak na prawdę w wielu miejscach nadal brakuje pokoju dedykowanego do karmienia maluszków.
Ja wybrałam dla nas chustę od Mama Bear. Jest o tyle fajna, że wykonana z dobrej jakości bawełny, ma regulowany pasek przy szyi i dodatkowo u góry ma wszyty drucik umożliwiający zrobienie dziecku od góry „okienka”. Dzięki temu widzi mamę i ma lepszy przepływ powietrza pod chustą. Wybór tego typu produktów jest spory, koszt naszej chusty to 59zł, ale tak na dobrą sprawę chcąc zaoszczędzić równie dobrze można przykryć się pieluszką tetrową, albo cienkim szalem lub też uszyć podobną chustę samemu ;)


Bujadełko
Bujaczek to rewelacja dla dziecka do 4-5 miesiąca. U nas bujanie to była jedyna szansa na ciszę. Majka mogła tak siedzieć nawet po 2-3 godziny, czasem sobie przysypiała. Jako że mieszkanie, które wtedy wynajmowaliśmy było malutkie zdecydowaliśmy się na krzesełko do karmienia z funkcją kołyski Lionelo Milan (koszt ok 370zł). Jest stabilne, ma 2 wkładki - do kołyski (bawełnianą) i do karmienia dziecka (wodoodporną i łatwą do czyszczenia). Do kompletu dołączone są 2 tacki (jedna większa, druga mniejsza). Jedyny mankament, to bardzo niewygodne i trudne do odpinania zapięcie. Ja wymieniłam zatrzask na inny 5-punktowy (zakupiony w pasmanterii) ;)




Kojec
Kilka razy dostałam po głowie za ten pomysł, wiele osób nadal uważa, że kojec to takie małe więzienie dla dziecka. Mimo to zdecydowałam się na zakup i nie żałuję. 
Dziecko nie siedzi w kojcu cały dzień, wkładam do niego córkę wtedy, kiedy chcę spokojnie pójść do toalety, sprzątnąć, albo zrobić obiad. Dzięki temu nie muszę mieć oczu dookoła głowy i nie martwię się, że coś sobie zrobi.
 Kupiliśmy (używany za 150zł) kojec firmy Baby Design, ponieważ odpowiadała nam jego wielkość i fakt, że ma jeden otwierany bok. Dzięki temu będziemy mogli używać go również jak córka będzie starsza jako „kącik” dla dziecka. 
Oczywiście kojec spodobał się również naszym kotom, chyba potraktowały go jako wielkie pudełko ;)


Gryzaczek z lodem
To nasz kolejny hit! Co prawda Majka przechodziła ząbkowanie dość łagodnie (przynajmniej do tej pory, jak będzie dalej - to się okaże), jednak zdarzały się takie momenty, że wychodzące ząbki trochę dokuczały. Wtedy na ratunek przychodził jej silikonowy gryzaczek, do którego wkładałam jej kostki lodu, albo zamrożony soczek. Nasz konkretny, to gryzaczek Fisher Price, ale na allegro jest cała masa tego typu produktów w bardzo różnych przedziałach cenowych (my strzelaliśmy raczej w te w środkowe ceny - około 30zł), w różnych kolorach i w wielu kształtach. Do wyboru do koloru!


Dźwięk szumienia
Dźwięk szumienia tak na prawdę najbardziej nam się sprawdził do 7-8 miesiąca. Aktualnie włączamy go sporadycznie (w naszym przypadku z tabletu, który leży gdzieś niedaleko łóżeczka). Można użyć dźwięków znalezionych w internecie, albo nagrać samemu.
 Przez chwilę myśleliśmy nad zakupem szumiącego misia, ten pomysł jednak szybko przeminął, ponieważ uznałam, że nie jest wart swojej ceny. Ale to akurat tylko moje zdanie, wiele mam chwali te misie, więc nie sugerujcie się bardzo tym, że mnie one nie przypadły do gustu.

Kółka do zaczepiania zabawek
Plastikowe kółeczka z dziurą, które mogą być zabawką same w sobie (Majka świetnie się bawi wkładając jedno w drugie), ale doskonale spełniają funkcję wieszaczków na zabawki. Można używać wszędzie - w łóżeczku, wózku, kojcu itd. 
I znów - tego typu zabawek jest na pęczki, my kupiliśmy zebrę Playgro - koszt poniżej 20zł.


Przyczepka rowerowa
Powrót do formy sprzed ciąży nie jest ani szybki ani łatwy, ale może być choć trochę przyjemny ;) Jako, że jestem osobą aktywną, która kocha rower, to nie wyobrażałam sobie, żebym miała z tego zrezygnować. Przyczepkę kupiliśmy na wiosnę, kiedy zaczynał się sezon rowerowy i przez cały ten czas super nam służyła. Przewaga przyczepki nad fotelikiem przyczepianym do bagażnika roweru jest taka, że:
• po pierwsze dziecku jest wygodniej (ma więcej miejsca do siedzenia),
• po drugie w razie deszczu/słońca/wiatru jest chronione,
• po trzecie zawiera moskitierę, która jest nieoceniona w sezonie komarowo-kleszczowym.
Prowadzi się ją lekko, mimo że waży około 10kg (plus jeszcze dziecko). My zdecydowaliśmy się na przyczepkę Thule Chariot Cougar. Zakupiliśmy używaną, ponieważ koszt nowej jest wysoki, bo ok 4tyś. Zważając jednak na super jakość wykonania i to, że można jej używać w zasadzie do momentu, aż dziecko nie przekroczy 34kg - cena przestaje być już aż tak straszna jak się wydaje na początku. 
W internecie jest dostępna cała masa różnych przyczepek, również dużo tańszych, ja osobiście polecałabym obejrzeć swój wybór przed zakupem, żeby upewnić się, że ich jakość jest dla Was zadowalająca. Nie zawsze tanie równa się złe.
 Dobrym rozwiązaniem dla osób, które rower wybierają sporadycznie są wypożyczalnie przyczepek.


Podstawka do kubka na wózek
To jest gadżet typowo dla mamy. Wielokrotnie wychodzę gdzieś w biegu, często mam ochotę na kawę na mieście. Nawet nie wyobrażacie sobie jak bardzo niewygodnie jest pchać wózek jedną ręką, a w drugiej trzymać kawę. Wybór takich kubeczków jest spory, ja zakupiłam ten od firmy Inovi (koszt ok. 50zł), ponieważ w sklepie stacjonarnym był dostępny akurat tylko taki, a potrzebowałam go „na już”. Jakościowo jest w porządku.


Chusta/nosidełko ergonomiczne
Przetestowałam oba. Chusta (koszt nowej między 100-300zł) rewelacyjnie mi się sprawdzała do 4-5 miesiąca, potem córka tak bardzo wierciła się, że motanie jej w chustę trwało wieki. Wtedy na ratunek przyszło nosidełko (ważne, żeby było ergonomiczne - czyli dziecko siedzi w nim w pozycji „na żabkę” - wtedy chronimy kręgosłup i stawy biodrowe maluszka). My zachęceni dobrymi opiniami zdecydowaliśmy się Tulę (koszt nowego nosidełka ok 450zł), ale w sieci jest dostępnych wiele innych, tańszych, wielokrotnie szytych ręcznie i będących równie dobrej jakości. 
Nosidełko (albo jeśli wybierzecie - chusta) jest świetnym rozwiązaniem, kiedy:
• muszę gdzieś szybko wyjść i nie chcę tachać ze sobą wózka,
• wiem, że tam gdzie idę nie ma udogodnień dla osób niepełnosprawnych,
• planuję chodzić bardzo długo (wielkie zakupy, długa wycieczka, zwiedzanie etc) i moja córka z pewnością nie da rady przez cały ten czas siedzieć w wózku.


Dzieciaki z reguły lubią noszenie, ale ja zalecam przetestowanie nosidełka/chusty przed zakupem ;) Btw - Misio również lubi siedzieć w Tuli :D



Bluza z dziurą
Ten gadżet bezpośrednio łączy się z poprzednim, który opisałam. Bluza, która chroni zarówno mamę jak i dziecko w chuście/nosidle. Nasza (firmy Greyse, koszt ok 200zł) jest mięciutka, ale dość cienka. Przy chłodniejszych dniach sprawdza się super, na te dużo zimniejsze dni wystarczy założyć sobie i dziecku cienki sweterek i wtedy też daje radę. Taka bluza to ogromna wygoda dla dziecka, któremu jest dużo cieplej niż przy tradycyjnym ubieraniu się osobno. No i z doświadczenia powiem - im bliżej mamy tym lepiej :P Warto się rozejrzeć, osobiście polecam wybierać produkty handmade, bo są zazwyczaj dużo lepszej jakości.


Poduszka korygująca główkę
Majka jak się urodziła miała główkę z jednej strony jak jajko, a z drugiej całkiem płaską. Odsyłano nas od neurologów, przez ortopedów, aż do chirurgów… Straszono nas kaskiem ortopedycznym i operacjami.
 Malutkie dziecko ma bardzo plastyczne kości, takie wady jak ta bardzo łatwo skorygować, ale dziecko samo w sobie niechętnie współpracuje ;) Naszą deską ratunku okazała się poduszka firmy HeadCare (koszt ok. 190zł). Podusia działa tak, że przenosi środek nacisku i główka po kilku miesiącach wraca do odpowiedniego kształtu. Można ją również stosować u dzieci, które nie mają spłaszczonych główek w ramach profilaktyki. Z pewnością jak urodzę kolejne dziecko, to również będzie spało na tej podusi ;) Przy zakupie poduszki dostaje się jedną poszewkę, można także kupić poszewki na zmianę, ja jednak zdecydowałam się uszyć je sama, ponieważ tak wychodziło mi dużo taniej ;)


Jestem ciekawa Waszych opinii nt. tych produktów (o ile używaliście). A może macie jakieś swoje „must have” rodzicielstwa? ;)

17 komentarze: