Powoli zbieram się do kupy...

Zbieram się do tego pisania od trzech tygodni jak pies do jeża… I ciągle coś się dzieje.
Czarny luty – tak go mogę nazwać. Czekam, aż ten koszmarny miesiąc wreszcie się skończy.
1 lutego odszedł Urwis. Kochany przyjaciel i członek rodziny. Z dnia na dzień było z nim coraz gorzej. Wetka zgodziła się wykonać mu ostatni zabieg usunięcia części guza, ale uprzedziła, że to mu przedłuży życie o jakieś maksymalnie 3 miesiące. Zgodziła się tylko dlatego, że kocurek miał ogromną wolę życia.
Nie udało się, odszedł w trakcie operacji. Serduszko nie dało rady.
Najbardziej boli mnie fakt, że kiedy zasypiał był zupełnie sam. Nie było przy nim jego rodziny – nas – osób, które kochały go całym sercem. A potem po prostu się nie obudził… Mam nadzieję, że jest teraz szczęśliwy i że już go nie boli :(


Po odejściu Urwiska było bardzo ciężko, wetka rozumiała nas doskonale, więc zaproponowała nam przygarnięcie dwóch kocich podrostków, które potrzebowały domu. I tak moja mama adoptowała dwa kotki – Mimi (to ta czarna, ma około 3 lat) i Figielka (około 1,5 roku). Kotki przyszły z totalnej kociarni, w mieszkaniu w którym przebywały było łącznie 58 kotów. Ale mimo to oboje bardzo szybko się zaaklimatyzowali.



Cudowne koty. Mimi lekko płochiwa i wątła. Jak ktoś przychodzi, to ucieka głęboko do szafy, ale po kilku minutach wychodzi, gada i pcha się na kolana. Głaskana głośno mruczy. Figielek natomiast odwrotnie – był bardzo otwarty, ale nie specjalnie lubił branie na ręce. Jednak nie pogardził drapaniem pod bródką albo za uszkiem. 
Nasze szczęście nie trwało zbyt długo. Już po niecałym tygodniu Figielek zaczął chorować. Z początku był po prostu bardziej powolny i więcej spał. Potem praktycznie przestał jeść.



Wetka przebadała go i osłuchała. Diagnoza: zapalenie płuc. 
Co dzień dostawał zastrzyki, po których jedyną poprawą było zbicie temperatury. Wszelkie inne objawy nie ustępowały, dodatkowo pojawił się płyn w płucach...


Zmieniono leki, wykonano dodatkowe badania… Zero poprawy.
Na zdjęciu rentgenowskim wyszło, że płynu jest więcej.
Walczyliśmy o niego do ostatniej chwili. Do ostatniej iskierki nadziei…
Wtedy jak grom z jasnego nieba padł cios – Figielek miał fip. W tej sytuacji nie można było zrobić już kompletnie nic, poza ulżeniem mu. Jedyna opcja, to pomóc mu odejść godnie i bez cierpienia.
I tak 17 lutego (tak, dokładnie w dzień kota) pożegnaliśmy Figielka. Cudownego, kochanego kocurka, który był u nas zalednie chwilkę (bo nawet nie 2 tygodnie), ale którego zdążyliśmy bardzo pokochać.


Tęskniła też Mimi, nie bardzo wiedziała co się właściwie stało. Nagle zniknął jej towarzysz. Szukała go dosłownie wszędzie, to było naprawdę okropne.
Nie dość, że straciliśmy 2 koty w niecałe 2 tygodnie, to jeszcze biedna Mimi była taka zagubiona.
Nadal nie możemy się pogodzić z tą niesprawiedliwością i zapewne jeszcze długo się nie pogodzimy. Figielek był cudowny, kochał wszystkich – nas, Mimcię i nawet malutką Maję, która momentami jest bardzo głośna. Jemu to jednak nie przeszkadzało, kładł się koło niej, zwijał w kłębek i spał.


I tak zaczął się kolejny epizod.
Żal nam było patrzeć na Mimi, mamie w sumie też brakowało drugiego kotka. Odezwałam się do znajomej, która prowadzi fundację – dom tymczasowy dla kotów. Ratuje je, a następnie oswaja i daje do adopcji.
Ona miała dla nas ‘kota idealnego’.


Kocurek nazywa się Wally – jest młodszy od Mimi, bo ma pół roku. Jest wesoły, przyjacielski, miziasty i uwielbia zabawę. Potrafi rozśmieszyć człowieka do łez.
No i polubił Majkę. 


Socjalizacja z Mimi trwała bardzo krótko, bo kilkanaście godzin. Kocurek przyjechał wieczorem, a rano już biegał razem z Mimi. Przez noc był izolowany i gadał z Mimcią przez drzwi. Rano przy pierwszej lepszej okazji dał dyla między nogami :)
Polubili się razem z Mimi, biegają, bawią się i nawet zdarzyło im się spać koło siebie. Wszystko jest na dobrej drodze do wielkiej kociej przyjaźni.
Wally skradł nasze serca od pierwszego dnia. To bardzo pozytywny kociak.



W lutym przyszło dużo zmian. Również dla moich kotów coś się zmieniło.
Było trochę stresu, ale koniec końców zaakceptowały zmianę, jaką była przeprowadzka. Zdecydowaliśmy się wynająć większe lokum. Teraz, kiedy mała staje się coraz bardziej mobilna potrzebna jest przestrzeń. Dzieciak musi mieć choćby miejsce do raczkowania, a tam w kawalerce ledwie było miejsce, żeby stawiać nogi.
Teraz odetchnęliśmy, prawie 20 mkw więcej.
Purka oczywiście musiała zwiedzić wszystko. Była już wszędzie gdzie da się wejść, a nawet tam, gdzie wchodzić raczej nie powinna.


Amaya jak to ona – z początku siedziała zwinięta pod sofą, ale w końcu przekonała się, żeby wyjść. Przez pierwsze dni chodziła za mną jak mały piesek – bez przerwy przy nodze i bez przerwy miauczała.
Teraz stres już trochę minął i biega, bawi się i chodzi po szafkach :)


Natomiast Misio – dla niego liczy się przede wszystkim relaks z człowiekiem, ręce które pogłaszczą, a potem kocie towarzystwo, z którym można pobiegać i popsocić. U niego jednego nie widać było stresu związanego z przeprowadzką. Tak, jak by od razu wiedział, że miejsce nie ma znaczenia, że przecież liczy się z kim, a nie gdzie :) 


Dni mijają jeden za drugim, każdy jest taki sam… Zero urozmaicenia, zero zmian…. Co dzień ta sama monotonia. Wstać, zjeść śniadanie, nakarmić małą, zrobić coś koło siebie (czasem nawet udaje mi się wziąć prysznic dłuższy niż 5 min), chwila zabawy z małą, próba usypiania jej, chwila dla siebie (ale nie dłuższa niż 40 min), znów karmienie, zabawa, trochę ćwiczeń, próba snu, w międzyczasie jakiś spacer i ewentualnie szybkie zakupy… i tak aż do powrotu męża z pracy… Potem szybki obiad i przekazanie małej w jego ręce. Wtedy mam chwilę, żeby coś uszyć, pomalować paznokcie, albo zwyczajnie poleżeć na kanapie…
I tak co dzień…. Dzień w dzień to samo. Czuję się trochę zmęczona i znużona.
Ostatnio nic się nie układa tak jak powinno. Może jak ten miesiąc wreszcie się skończy….

(spinacze z podobizną Purki i Amai z najnowszego kota w worku)

6 komentarze: