Czerwiec na luzie

Jestem Wam winna ten post już od kilku dni, zwlekałam, bo nie bardzo miałam czas, żeby usiąść do pisania.
Pytacie mnie jak tam Nutka. A więc po kolei…


Nutka przyjechała do mnie na początku maja, to w jaki sposób do mnie trafiła jest w sumie ogromnym zbiegiem okoliczności.
Nie wiem czy pamiętacie, ale pisałam wcześniej o tym, że znalazłam potencjalną kandydatkę do tymczasowania, ale fundacja wolała wypuścić ją w miejsce bytowania zamiast dać mnie. Drobny szczegół jest tylko taki, że miejscem bytowania kocicy była prywatna posesja, na której nikt tego kota nie chciał. Kotka owszem została odebrana z fundacji, ale zamiast wrócić tam, skąd przyszła została wywieziona do lasu z dala od gospodarstw.




Na prawdę nie mam zielonego pojęcia jakim cudem ktoś ją tam znalazł, ale ślicznotka miała ogromnie dużo szczęścia, bo została odwieziona do pani o ogromnym sercu i… ogromnym przekoceniu w mieszkaniu.
Pani po oględzinach kotki znalazła jeden znak szczególny, typowy tylko dla dwóch warszawskich fundacji - nadcięte ucho (kastrowane kotki są oznakowane w ten sposób, aby w przypadku ponownego wyłapania nie były po raz kolejny otwierane). I zaczęła przeszukiwać fanpage na facebooku, żeby ustalić co to za kot i czy może komuś nie uciekł.




Znalazła ogłoszenie kotki i mój komentarz pod spodem, w którym poinformowałam fundację, że jeśli przypadkiem zmienią zdanie, to nadal oferuję kotu conajmniej dom tymczasowy.

I w taki sposób kocica znalazła się u mnie (siła mediów społecznościowych ponownie wygrała).
Przebadałam, odrobaczyłam i pokochałam.
Kotka dostała imię Nutka, nie była agresywna, parę razy podgryzła, ale tylko wtedy, kiedy się bała. Biedna musiała być kiedyś kotem domowym (zanim wylądowała na ulicy), bo kiedy ugryzła, albo drapnęła kuliła się oczekując, że się ją uderzy :( Od początku korzystała z drapaka, nie wchodziła na stół i blaty w kuchni - zupełnie jak tresowana.




Była u mnie cały jeden miesiąc, do swojego nowego domu pojechała dokładnie w dzień dziecka :)
Prawdopodobnie zatrzymałabym ją u mnie na stałe, bo to na prawdę cudowna, proludzka, miziasta i niezwykle radosna koteczka; potrafiła się bawić dosłownie wszystkim, każdą najmniejszą pierdołą! Ale niestety okazała się typowym „kotem jedynakiem” - nienawidzi i boi się innych kotów, socjalizacja została przeprowadzona poprawnie (jako taki postęp był widoczny tylko przez krótką chwilę), konsultowałam się także z behawiorystą, która przyszła i ponad 3 godziny obserwowała zachowanie całej czwórki. Obie doszłyśmy do wniosku, że nic na siłę.






Nutka nie byłaby u nas szczęśliwa, moje 3 koty także.
Tak więc trafiła do osoby, którą będzie miała na wyłączność, ma tam super opiekę weterynaryjną, dobrej jakości karmę oraz całą kocią infrastrukturę.
Tęsknię za nią niemiłosiernie, ale jednocześnie cieszę się jej szczęściem.
Dostała szansę, przez ten miesiąc miała wszystko, co powinien mieć każdy jeden kot na ziemi - miłość, pełną miskę, mięciutką podusię i ręce, które głaszczą. Lepiej tak, niż gdyby miała ten miesiąc czekać na ulicy.






Mam ogromny żal do fundacji, która nie dość, że mnie okłamała, to jeszcze wykazała się totalną hipokryzją - na codzień promują świadome adopcje i połączenie „kot i dziecko”. Wielokrotnie dawałam im zgodę na publikacje moich zdjęć, przedstawiających miłość kocio-dziecięcą, promowanie mieszkania bezpiecznego kotom (osiatkowania itd), oraz wiele innych w zależności od sytuacji i potrzeb.
A potem zostałam potraktowana tak jak wspomniałam wyżej…
Oliwy do ognia dolali jeszcze dosłownie kilka dni temu, kiedy po udanej adopcji poprosiłam o pełną dokumentację medyczną i wyniki badań laboratoryjnych kota. Wolontariuszka poinformowała mnie, że kot nie miał wykonanych ŻADNYCH badań, nawet podstawowych badań krwi, które są konieczne przed podaniem narkozy (niech żyje odpowiedzialność!!). Czyli ryzykowali życiem i zdrowiem kota, bo tak taniej…
Ufałam im, wspierałam, reklamowałam… A na koniec się zawiodłam.


Ale koniec końców moja tymczaska jest szczęśliwa, a ja cieszę się, że zaufałam swojej intuicji.



Czerwiec zapowiada się dość pozytywnie i rowerowo, pogoda dopisuje, uwielbiam pracować na świeżym powietrzu.


Zamówiliśmy aeropress i nowy młynek do kawy, więc wreszcie będę miała szanse robić dobrą kawę w domu :)



Kupiliśmy całą masę sadzonek na balkon (nie zapominając również o kotach), chcemy, żeby było zielono i przyjemnie. Balkon to takie miejsce zarówno do pracy, jak i do relaksu.








Pod koniec czerwca będziemy robić kurs na prawo jazdy. Chcemy wreszcie ogarnąć to, bo zbieramy się już od dłuższego czasu, a jednak są momenty, że prawko by się przydało.
No i nasze wstępne przyszłoroczne plany wakacyjne będą wymagały wypożyczenia auta ;)
Nie ma to jak myśleć o przyszłych wakacjach mając przed sobą jeszcze 3 wyjazdy w tym roku!
To chyba już jest uzależnienie ;)

11 komentarze: