Czas na trochę zmian!

Dzisiaj będzie pozytywnie, mimo że aktualnie nie wszystko w moim życiu układa się tak, jak bym tego chciała.
Jednak te kilka rzeczy na plus powoduje, że całościowo ten miesiąc mogę ocenić na taką mocną 4.


Pierwsza i najważniejsza rzecz, jest taka, że na 95% Amaya jest już zdrowa. Ostatnie badanie krwi pod kątem TLI wykazało, że bez leków hormon utrzymuje się w granicach normy. Oznacza to, że Amaya nie musi już przyjmować Amylactivu, a kolejne badanie TLI mamy wykonać za 3 miesiąca, a potem za 6 (tak na wszelki wypadek, żeby wykluczyć chwilową poprawę).


Ponieważ ogólne badanie krwi wyszło takie sobie (podwyższona ilość limfocytów) wykonaliśmy także kontrolnie badanie USG, które nie wykazało zupełnie nic. Lekarz z zadowoleniem stwierdził, że na USG trzustka wygląda zupełnie dobrze, gdybyśmy wcześniej nie robili jej USG to nawet by nie wiedział, że kocica kiedykolwiek miała chorą trzustkę.
Tak więc obserwujemy i kontrola limfocytów również za 3 miesiące razem z badaniem TLI.



W kwestii kotów jeszcze jedna zmiana - próbujemy swoich sił z BARFem. Moje koty nigdy wcześniej nie były na takiej diecie, a ja bardzo bym chciała, żeby jadły zdrowo.


Oczywiście mokre karmy, które do tej pory dostawały są wysokiej jakości, ale nadal musiałam suplementować je suchą karmą weterynaryjną (której jakość z kolei jest naprawdę słaba) i całą masą naturalnych leków, ponieważ cała trójka ma tendencję do formowania się kryształów w moczu.
Docelowo chcielibyśmy zrezygnować w pierwszej kolejności z karmy suchej, a potem może również z preparatów na bazie żurawiny. Mam nadzieję, że odpowiednio zbilansowany BARF umożliwi nam to.




Na razie na próbę zakupiłam kilka opakowań BARFu od pobliskiej hodowli, która żywi tak swoje koty.
Podajemy BARF 2 dni, póki co wygląda to dość słabo. Koty generalnie nie chcą tego jeść, Purka raz zjadła, Amaya trochę, Misiek wcale. Kolejnym razem próbowałam mieszać z dotychczasowymi mokrymi karmami, ale takiego połączenia nie ruszyło już żadne. Nie mam pomysłu jak zmusić ich do zdrowego jedzenia, ponieważ nie mogę z dnia na dzień kategorycznie odstawić karmy suchej, muszę zrobić to powoli, żeby nie zaczęły pojawiać się kryształy w moczu.
Dodatkowo nie ułatwia fakt, że wykonanie badań moczu Amai graniczy z cudem, Purka i Misiek mieli wykonane badania zanim weszliśmy w BARFa, Amaya niestety nie…



Podobno początki zawsze są trudne… Nie jestem jednak przekonana, czy przegłodzenie kota przez jeden dzień to dobry pomysł, zwłaszcza, że ta sucha karma jeszcze przez moment będzie się gdzieś tam pojawiać.


Zmieniając temat - na początku tego miesiąca zakupiłam swoje pierwsze okulary. No ok, może nie takie całkiem pierwsze, bo jak byłam mała, to też nosiłam, ale kompletnie tego nie pamiętam, więc można powiedzieć, że się nie liczy :)
No i powiem szczerze, że jako okularnica czuję się zdecydowanie lepiej! Oczywiście poprawiła się moja jakość widzenia, ale również jakoś bardziej siebie lubię.
Od dawna podobały mi się osoby, które noszą okulary, co jakiś czas zastanawiałam się jak to by było nosić okulary, jak bym w nich wyglądała…
No i nastał ten moment, że zaczęłam ich potrzebować. Pewnie zabrzmi to trochę dziwnie, ale cieszę się z tego powodu!


W zeszły weekend razem z Adamem robiliśmy kurs na prawo jazdy. Wreszcie dojrzałam do decyzji, że chciałabym móc prowadzić. Wynajem auta w czasie podróżowania jest ogromnym ułatwieniem, a do naszych przyszłorocznych wstępnych planów wakacyjnych jest wręcz niezbędne.
No i myślę, że w sumie mogłabym chcieć mieć swój samochód. Na razie nie planuję zakupu, nie szukam konkretnych aut, ale prawdopodobnie będę o tym myśleć, kiedy już zdam wszystkie egzaminy. Patrząc na statystyki zdawalności zdaję sobie sprawę, że to może chwilę potrwać, ale mam nadzieję wyrobić się do przyszłego roku :)
Na kursie dowiedziałam się masę przydatnych rzeczy, dostałam także książkę do samodzielnego uzupełnienia wiedzy i aktualnie trzepię testy jeden za drugim.
Od piątku zaczynam jazdy! Trochę się boję, bo nigdy w życiu nie miałam nawet okazji przekręcić kluczyka w stacyjce, a już pierwszą jazdę mam mieć na ulicy (tak jak by plac manewrowy był zbyt mainstreamowy…)
W każdym razie trzymajcie kciuki i może na wszelki wypadek w piątek wieczorem uważajcie na blondynkę jadącą w L-ce po warszawskim Ursynowie…

Ostatnio pogoda bardzo dopisuje, wszędzie gdzie się da jadę rowerem! Mamy również za sobą naszego pierwszego w tym roku grilla na Kabatach.


Majka uwielbia przebywać na świeżym powietrzu, spacery to jest codzienność. Tak sobie myślę, że może jednak w tych górach w połowie lipca nie będzie tak źle.


Wyjazd coraz bliżej, najbardziej obawiam się jak Majka wytrzyma na szlaku. Będziemy łazić od samego rana (jak tylko wstanie) do jakiejś 13:00-15:00. Zazwyczaj między 10:00-12:00 mała ma drzemkę. Będzie to dość utrudnione zadanie, bo ostatnio nie bardzo chce spać w Tuli.
Potem we Wrocławiu i w Katowicach będzie łatwiej, bo po mieście będziemy chodzić z wózkiem.
Ale na szlak wózka nie wezmę, mimo że to nie są wysokie góry…
No ale zobaczymy, staram się nie martwić na zapas, mam nadzieję, że Majka nie znudzi się po pierwszej godzinie chodzenia…

Podróże to jedno z większych marzeń mojego życia, chciałabym zarazić tym Majkę; chciałabym żeby tak samo niecierpliwie oczekiwała każdego wyjazdu jak ja :)



W sierpniu robię drugi tatuaż. Będzie on związany m.in z podróżowaniem, ale chyba bardziej z przekraczaniem własnych granic i wiarą w siebie i swoje możliwości. Ja nadal mocno nad tym pracuję, zdaję sobie sprawę z tego, że moja samoocena jest zbyt niska, ale jestem na takim etapie, że już potrafię zawalczyć o swoje i publicznie wypowiedzieć swoje zdanie na dany temat.
Tatuażem się pochwalę kiedy już będzie zrobiony.

Nikt nie lubi być oceniany przez innych, a z tym ostatnio dość często się spotykam. Teoretycznie nie powinnam się tym mocno przejmować, ale mimo wszystko jedna z ostatnich sytuacji dotknęła mnie bardziej niż inne.
Sytuacja, w której ktoś z mojej rodziny najpierw mnie ocenił (kompletnie nie znając sytuacji), a następnie obrobił mi tyłek za plecami… A wystarczyło najpierw pogadać ze mną, spytać się, upewnić się, że dobrze się zrozumiało przebieg wydarzeń… Kolejny raz przekonuję się, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach.
Ale w gruncie rzeczy nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, przynajmniej wiem, na kogo muszę uważać w przyszłości :)

12 komentarze:

Czerwiec na luzie

Jestem Wam winna ten post już od kilku dni, zwlekałam, bo nie bardzo miałam czas, żeby usiąść do pisania.
Pytacie mnie jak tam Nutka. A więc po kolei…


Nutka przyjechała do mnie na początku maja, to w jaki sposób do mnie trafiła jest w sumie ogromnym zbiegiem okoliczności.
Nie wiem czy pamiętacie, ale pisałam wcześniej o tym, że znalazłam potencjalną kandydatkę do tymczasowania, ale fundacja wolała wypuścić ją w miejsce bytowania zamiast dać mnie. Drobny szczegół jest tylko taki, że miejscem bytowania kocicy była prywatna posesja, na której nikt tego kota nie chciał. Kotka owszem została odebrana z fundacji, ale zamiast wrócić tam, skąd przyszła została wywieziona do lasu z dala od gospodarstw.




Na prawdę nie mam zielonego pojęcia jakim cudem ktoś ją tam znalazł, ale ślicznotka miała ogromnie dużo szczęścia, bo została odwieziona do pani o ogromnym sercu i… ogromnym przekoceniu w mieszkaniu.
Pani po oględzinach kotki znalazła jeden znak szczególny, typowy tylko dla dwóch warszawskich fundacji - nadcięte ucho (kastrowane kotki są oznakowane w ten sposób, aby w przypadku ponownego wyłapania nie były po raz kolejny otwierane). I zaczęła przeszukiwać fanpage na facebooku, żeby ustalić co to za kot i czy może komuś nie uciekł.




Znalazła ogłoszenie kotki i mój komentarz pod spodem, w którym poinformowałam fundację, że jeśli przypadkiem zmienią zdanie, to nadal oferuję kotu conajmniej dom tymczasowy.

I w taki sposób kocica znalazła się u mnie (siła mediów społecznościowych ponownie wygrała).
Przebadałam, odrobaczyłam i pokochałam.
Kotka dostała imię Nutka, nie była agresywna, parę razy podgryzła, ale tylko wtedy, kiedy się bała. Biedna musiała być kiedyś kotem domowym (zanim wylądowała na ulicy), bo kiedy ugryzła, albo drapnęła kuliła się oczekując, że się ją uderzy :( Od początku korzystała z drapaka, nie wchodziła na stół i blaty w kuchni - zupełnie jak tresowana.




Była u mnie cały jeden miesiąc, do swojego nowego domu pojechała dokładnie w dzień dziecka :)
Prawdopodobnie zatrzymałabym ją u mnie na stałe, bo to na prawdę cudowna, proludzka, miziasta i niezwykle radosna koteczka; potrafiła się bawić dosłownie wszystkim, każdą najmniejszą pierdołą! Ale niestety okazała się typowym „kotem jedynakiem” - nienawidzi i boi się innych kotów, socjalizacja została przeprowadzona poprawnie (jako taki postęp był widoczny tylko przez krótką chwilę), konsultowałam się także z behawiorystą, która przyszła i ponad 3 godziny obserwowała zachowanie całej czwórki. Obie doszłyśmy do wniosku, że nic na siłę.






Nutka nie byłaby u nas szczęśliwa, moje 3 koty także.
Tak więc trafiła do osoby, którą będzie miała na wyłączność, ma tam super opiekę weterynaryjną, dobrej jakości karmę oraz całą kocią infrastrukturę.
Tęsknię za nią niemiłosiernie, ale jednocześnie cieszę się jej szczęściem.
Dostała szansę, przez ten miesiąc miała wszystko, co powinien mieć każdy jeden kot na ziemi - miłość, pełną miskę, mięciutką podusię i ręce, które głaszczą. Lepiej tak, niż gdyby miała ten miesiąc czekać na ulicy.






Mam ogromny żal do fundacji, która nie dość, że mnie okłamała, to jeszcze wykazała się totalną hipokryzją - na codzień promują świadome adopcje i połączenie „kot i dziecko”. Wielokrotnie dawałam im zgodę na publikacje moich zdjęć, przedstawiających miłość kocio-dziecięcą, promowanie mieszkania bezpiecznego kotom (osiatkowania itd), oraz wiele innych w zależności od sytuacji i potrzeb.
A potem zostałam potraktowana tak jak wspomniałam wyżej…
Oliwy do ognia dolali jeszcze dosłownie kilka dni temu, kiedy po udanej adopcji poprosiłam o pełną dokumentację medyczną i wyniki badań laboratoryjnych kota. Wolontariuszka poinformowała mnie, że kot nie miał wykonanych ŻADNYCH badań, nawet podstawowych badań krwi, które są konieczne przed podaniem narkozy (niech żyje odpowiedzialność!!). Czyli ryzykowali życiem i zdrowiem kota, bo tak taniej…
Ufałam im, wspierałam, reklamowałam… A na koniec się zawiodłam.


Ale koniec końców moja tymczaska jest szczęśliwa, a ja cieszę się, że zaufałam swojej intuicji.



Czerwiec zapowiada się dość pozytywnie i rowerowo, pogoda dopisuje, uwielbiam pracować na świeżym powietrzu.


Zamówiliśmy aeropress i nowy młynek do kawy, więc wreszcie będę miała szanse robić dobrą kawę w domu :)



Kupiliśmy całą masę sadzonek na balkon (nie zapominając również o kotach), chcemy, żeby było zielono i przyjemnie. Balkon to takie miejsce zarówno do pracy, jak i do relaksu.








Pod koniec czerwca będziemy robić kurs na prawo jazdy. Chcemy wreszcie ogarnąć to, bo zbieramy się już od dłuższego czasu, a jednak są momenty, że prawko by się przydało.
No i nasze wstępne przyszłoroczne plany wakacyjne będą wymagały wypożyczenia auta ;)
Nie ma to jak myśleć o przyszłych wakacjach mając przed sobą jeszcze 3 wyjazdy w tym roku!
To chyba już jest uzależnienie ;)

13 komentarze: