Czas powrócić do rzeczywistości!
Nasz cudowny wyjazd w Bieszczady dobiegł końca, z jednej strony nie chciało mi się wracać, z drugiej strony tęskniłam za rodziną i kotami. Bieszczadzkie wakacje to był czas, który spędziłam z moją mamą, dawno nie miałyśmy okazji pobyć kilka dni tylko we dwie.


Bieszczady to jedno z tych miejsc w Polsce, w których można odpocząć i poczuć tę dzikość oraz przewagę natury nad industrializacją.
Mówi się, że połoniny są zatłoczone, że co chwila spotyka się turystów - porównując Bieszczady do innych pasm górskich widzę dużo mniejsze zatłoczenie, w sezonie na szlakach spotyka się ludzi mniej więcej co 15 minut, byłam też w stanie zrobić całkiem sporo zdjęć, na których nie widać ludzi.

Nasze wycieczki zaczęłyśmy od najbardziej popularnej połoniny Wetlińskiej.



Postanowiłyśmy wejść od Przełęczy Wyżniańskiej, przejść przez całą grań odwiedzając Smerek i zejść czerwonym szlakiem.


Długość trasy wyniosła niecałe 16km, widoki wprost nie do opisania!



Kiedy doszłyśmy do Chatki Puchatka (schronisko PTTK) spotkałyśmy tam 2 przeurocze kociaki, które wprost garnęły się do człowieka (tutaj zdjęcia tylko jednego z nich). Tradycji więc stało się zadość (na każdym wyjeździe spotykam koty) już pierwszego dnia w górach!



Kolejnego dnia postanowiłyśmy zrobić sobie wypad nad Jezioro Solińskie. Jest to sztuczny zbiornik retencyjny, który z uwagi na pokaźną tamę stał się obiektem bardzo chętnie odwiedzanym przez turystów.


Wokół zorganizowano kilka kąpielisk, wypożyczalnie sprzętów wodnych i rejsy po jeziorze. Totalna komercja, wszystko nastawione tylko i wyłącznie na turystów i zarabianie pieniędzy. Nie jestem przekonana, czy jeszcze się tam kiedyś wybiorę, ale jeśli nie widzieliście tamy, to warto jednak podjechać.




Następnego dnia znów postanowiłyśmy udać się na szlak, tym razem uderzyłyśmy na Rawki i Krzemieniec.



Droga nie była łatwa - szlak był stromy i bardzo kamienisty. Krzemieniec (punkt stykowy 3 granic - Polskiej, Słowackiej i Ukraińskiej) nie zrobił na mnie dużego wrażenia - ot kamienny słup w środku lasu. Jednak warto do niego pójść dla samego faktu, że jest to punkt charakterystyczny Bieszczad.


Na miejscu można spotkać turystów wszystkich trzech krajów, atmosfera jest na prawdę fajna, wszyscy siedzą razem, rozmawiają ze sobą i wspólnie jedzą kanapki. Tutaj na prawdę czuć, że tak na prawdę niczym się nie różnimy między sobą i nie ma między nami barier! Granice, to tylko kreski na mapie!
Idąc na Rawki można spotkać najpopularniejszego Bieszczadzkiego kota! Jest to jeden z mieszkańców schroniska PTTK pod Małą Rawką. Kotów jest tam sporo, ale ten jeden jest bardzo charakterystyczny i mega miziasty!


Natomiast ten plamiasty, to kot interesowny - owszem podejdzie, ale tylko jak macie coś czym można go przekupić! Podobno bardzo lubi jogurt naturalny!


Kolejnego dnia postanowiłyśmy odpocząć trochę od dużych zmian wysokości, więc wybrałyśmy się na ścieżkę widokową do rezerwatu Sine Wiry. Jest to obszar chroniony wokół rzeki Wetlinki.


Szlak bardzo prosty - żwirowa szeroka droga, miejscami ścieżka leśna, niewielkie zmiany wysokości, na szlak można iść nawet w sandałach. Po drodze mijało nas wielu rowerzystów i wiele matek z dziećmi.


Minęła nas także kilkunastoosobowa rodzina, która przez całą drogę zachowywała się bardzo głośno. Mimo, że minęli nas o dobry kilometr wciąż było ich słychać. Przyznam szczerze, że nie przywykłam do takiego zachowania na terenie chronionym, zazwyczaj staram się zachować ciszę, bo nie chcę zakłócać spokoju występującym tam zwierzętom. Podobnie inni turyści. Trochę mi się to nie podobało, ale minęli nas dość szybko, więc nawet nie było sensu wdawać się z nimi w niepotrzebną dyskusję.
Jak się potem dowiedziałam (całkiem przypadkowo w trakcie rozmowy z miejscowym busiarzem) ta rodzinka postąpiła bardzo słusznie, bo na tym terenie najczęściej można spotkać niedźwiedzie… Są one generalnie na całym obszarze Bieszczadzkiego Parku Narodowego, ale zazwyczaj w sezonie letnim trzymają się z dala od szlaków turystycznych. No chyba, że idziecie na Sine Wiry!
Poza sezonem warto brać ze sobą na ten szlak race i rzucać co 15-20 minut, wtedy jest spora szansa, że nie spotkacie niedźwiedzia.


Po mniej męczącym dniu przyszedł wreszcie czas na Bukowe Berdo - najpiękniejszy bieszczadzki szlak. Naszą wycieczkę zaczęłyśmy w Mucznem, a zakończyłyśmy w Wołosatem. Szlak praktycznie pusty - na całym odcinku Bukowego Berda spotkałyśmy 3 osoby, widoki zapierające dech w piersiach.


To była ta wycieczka, na której zależało mi najbardziej w czasie naszych bieszczadzkich wakacji. Nie ma w Bieszczadach piękniejszego szlaku, niż ten prowadzący przez Bukowe Berdo - potwierdzi to także wielu miejscowych.


Podejście od miejscowości Muczne jest łatwiejsze niż od drugiej strony - czasem bardziej łagodne, czasem bardziej strome, ale generalnie nie należy do trudnych. Droga od początku Bukowego Berda aż do szczytu Krzemień prowadzi po grani i nie jest bardzo męcząca.
Idąc dalej docieramy do Przełęczy Goprowców, szlak nadal nie jest trudny, ale staje się lekko upierdliwy, bo zarówno wejście do przełęczy, jak i wyjście z niej to schody - na prawdę bardzo dużo schodów! Różnica to około 180m, którą trzeba pokonać najpierw w dół, a potem w górę.


Wychodząc z przełęczy dochodzimy do punktu, z którego można albo już zejść na dół, albo wdrapać się na Tarnicę (najwyższy szczyt Bieszczad). Prawdę mówiąc będąc tak blisko szkoda na nią nie wejść, zwłaszcza, że z tego punktu, to tylko 15 min drogi. Szlak również łatwy - schody.
Wbrew pozorom droga z Wołosatego na Tarnicę to chyba najbardziej oblegany turystycznie szlak. Od momentu wyjścia z przełęczy Goprowców spotyka się coraz więcej ludzi, którzy są nieświadomi tego jak piękną grań mają tuż obok! Nawet nie wiedzą co tracą!




A teraz czas na kilka informacji praktycznych:
  • W Bieszczady najlepiej jechać samochodem. A jeszcze lepiej - grupą osób na dwa samochody. Połoniny są rozległe, w 90% turyści wybierają wycieczkę od jednego punktu do drugiego, dlatego najlepiej kiedy jedna grupa wejdzie od jednej strony, a druga od drugiej. Spotykacie się gdzieś na szlaku i wymieniacie kluczykami; wracacie autem tej drugiej grupy.
  • Jeśli nie macie opcji jazdy na dwa auta, można wybrać się grupą osób jednym autem. Wtedy wyrzucacie pierwszą grupę z jednej strony szlaku, sami parkujecie z drugiej strony i dalej ta sama zasada - gdzieś na szlaku przekazujecie im kluczyki i to pierwsza grupa zabiera was tam, gdzie sama zaczęła wycieczkę.
  • My jako te niezmotoryzowane zatrzymałyśmy się w miejscowości Cisna, bo wydawało nam się, że skoro jest największa na terenie Bieszczad, to najłatwiej będzie z niej dostać się na szlak. Nic bardziej mylnego - w godzinach porannych jedzie z tamtąd jeden PKS, który zatrzymuje się przy szlakach turystycznych oraz sezonowe busy (rodzinna firma z Cisnej), które odjeżdżają jak zbiorą komplet, czyli wychodzi może kilka kursów. Tak samo z powrotami - jeden bus po południu, ewentualnie prywatne busy kursujące między godziną 15:00 - 16:00, ale nigdy nie ma gwarancji, że zatrzyma się gdzieś na trasie, ponieważ może się okazać, że akurat ma komplet… Dla osób, które nie chcą lub nie mogą użyć auta najlepszym rozwiązaniem jest zatrzymanie się w Ustrzykach Górnych, ponieważ stamtąd busów jest trochę więcej (ale też nie nastawiałabym się na Bóg wie co).
  • Dobrze jest mieć poprawne relacje z busiarzami - wiadomo, im zależy na zarobku, ale przy tym wszystkim to fajni i pomocni ludzie. Jak już Was kojarzą, to traktują jak swoich. Można się z nimi umówić na telefon albo konkretną godzinę - wtedy bus zabierze Was spod szlaku nawet mając pusty kurs. Za dodatkową opłatą może Was dowieźć tam, gdzie generalnie nic nie jedzie (w taki właśnie sposób udało nam się dojechać do wsi Muczne, a potem odebrano nas z Wołosatego). Busiarze są słowni i nie naciągają (mówię tu o tych z Cisnej, nie wiem jak to wygląda u innych, ale podejrzewam, że podobnie).
  • No dobra, ale co jeśli nie macie grupy znajomych chętnych na Bieszczadzki wypad, ale macie auto? I tutaj da się znaleźć całkiem dobre rozwiązanie, choć wymaga współpracy z busiarzami. Umawiacie się z busiarzem, że dosiądziecie się w konkretnym punkcie (to będzie miejsce, w którym zejdziecie ze szlaku) i jedziecie tam autem. Busiarz zabiera Was spod parkingu i dowozi na początek szlaku. Jest to o tyle dobre rozwiązanie, że nie musicie długo czekać na bus powrotny. Busy pod szlaki rozwożą turystów między 8:00-9:00, a wracają między 15:00-16:00 - nie zawsze przejście całego szlaku zajmie Wam aż tyle czasu, najcześciej da się zrobić te 11-16 km w niecałe 4-5 godzin.
  • Ostatecznym rozwiązaniem w razie problemów z dojazdami może być złapanie stopa. To co bardzo mi się podoba w Bieszczadach to relacje między innymi turystami. Na szlaku jesteście jedną wielką rodziną, praktycznie każdy z każdym się wita, ludzie uśmiechają się do siebie, są bardzo mili. Skończyła Wam się woda do picia? Na pewno ktoś się z Wami podzieli? Zapomnieliście kremu z filtrem? Znajdzie się ktoś, kto na pewno go ma i nie odmówi użycia (ale tak swoją drogą na prawdę nie warto zapominać kremu z filtrem na szlak…) 
I uwierzcie mi - jeśli stoicie na szosie i próbujecie złapać stopa - prędzej czy później go złapiecie. Ja miałam okazję pierwszy raz w życiu jechać stopem, bo nasz planowy PKS zwiał dosłownie parę minut wcześniej, nie miałam ze sobą wizytówki od busiarza, a do ich godzin kursowania zostały jakieś 2 godziny. Stopa złapałyśmy po mniej więcej 10 minutach!
  • Teraz trochę zawieje reklamą (ale w żadnym wypadku nie sponsorowaną).


    Siekierezada, to obowiązkowy punkt programu dla każdego turysty w Bieszczadach. To, co najciekawsze, to wygląd tej knajpy. Podobno została ona założona przez lokalnych alkoholików (nie wiem ile w tym prawdy), którzy od samego początku do końca własnymi rękami wykonali każdy jej detal. W stoły wbite są siekiery, wszelkie obrazy, rzeźby i witraże są ręcznie wykonane. Wystrój tego lokalu jest na prawdę bardzo pomysłowy. Jedzenie nie jest jakieś wybitnie dobre, powiedziałabym, że porównywalne do innych knajp w „centrum”. Cenowo również porównywalnie do innych, porcje jednak są bardzo duże. Wybór piw też raczej średni - nic regionalnego.



    Jeśli chcecie zjeść dobry obiad w Cisnej, to polecam knajpkę na wylocie na Lesko „Pod Kudłatym Aniołem” - przepyszne fuczki, najlepszy pstrąg z patelni, opiekane ziemniaki pierwsza klasa no i bardzo duży wybór piw regionalnych (pracujące kelnerki zawsze potrafią o każdym powiedzieć ze dwa słowa).



    Z kolei na deser tylko do Kawiarni Polanka. W lokalu panuje przyjazna atmosfera, pani Sylwia to bardzo pozytywna osoba, zawsze wita wszystkich z uśmiechem. Polecam genialne shake’i jagodowe i truskawkowe, bardzo duży wybór herbat liściastych. Ta kawiarnia to jedyne miejsce w Cisnej, w której po prostu poczujecie się jak u dobrych znajomych!
Powrót w Bieszczady po tylu latach był bardzo dobrą decyzją. Przez ten czas zdążyłam już zapomnieć jak bardzo są piękne. Na szlaku czułam się wolna i nie myślałam o tym jak wiele jeszcze brakuje mi, żeby moje życie wyglądało tak jak bym tego chciała. Tam liczyło się tylko „tu i teraz”. To był najlepszy z reset umysłu z możliwych.

Na koniec reszta zdjęć w formie krótkiego filmu (niektóre mogą się powtórzyć z tymi, które wrzuciłam wyżej) :)

Miałam napisać tuż przed wyjazdem w góry, ale kompletnie nie było kiedy, teraz też kiepsko stoję z czasem i mam kocie zmartwienie.
Kwestia barfowania jest w miarę ogarnięta (Misiek i Purka na plus, Amaya zje tylko, jak zmieszam 2 łyżeczki barfu z dotychczasową karmą). Dodatkowo włączona jest pasta z metioniną, więc o mocz się nie martwię.
Problem zaczyna się natomiast z Misiowym zdrowiem, bo ma ostre zapalenie trzustki, więc jest stale na lekach przeciwbólowych oraz na antybiotyku. Dopóki działają leki, jest ok, jak przestają, kot staje się osowiały i obolały.
Póki co musi być na diecie, więc barf dla niego będzie gotowany i niskotłuszczowy.

Najgorzej, że problemy zaczynają się zawsze wtedy, kiedy ja muszę wyjechać, wszystko jest już zarezerwowane i kupione, nie mam jak odwołać tego ani przełożyć na inny termin. No i zostawiam Adama samego z problemem, jestem przerażona, bo on kompletnie nie ogarnia jak obsługiwać koty w razie choroby. Miota się jak dziecko we mgle…
Staram się jednak nie martwić na zapas.


Nasz wyjazd z Majką w góry wypadł zaskakująco dobrze, lepiej niż się tego spodziewałam. Podróżowaliśmy wyłącznie pociągami, busikami i komunikacją miejską/publiczną.
Moją relację podzielę pod względem odwiedzonych miejsc zamiast opisywać ją chronologicznie - tak będzie mi łatwiej napisać zwięźle i w miarę możliwości przekazać wszystko, to co bym chciała.


Kudowa Zdrój

Nasz wyjazd rozpoczęliśmy właśnie w Kudowie, nocleg wykupiliśmy u bardzo miłych gospodarzy, którzy mają cudownego przyjacielskiego psiaka (niestety  nie udało mi się zrobić mu zdjęcia) oraz bardzo towarzyskiego burego kotka.



Kotek bardzo często przychodził do nas na mizianki oraz w celu wyżebrania trochę śniadania lub kolacji ;) Nawet bardzo nie bał się Majki, która bardzo entuzjastycznie witała go na naszym tarasie!




Samo miasteczko jest bardzo ładne, zadbane i czyste. Nie ma w nim zbyt wiele atrakcji, szczególnie dla dzieci, ale z racji swojej wielkości i niespecjalnie dużej ilości turystów można w nim odpocząć od wielkomiejskiego zgiełku.



Kudowę potraktowaliśmy jako bazę wypadową do pobliskich miasteczek i atrakcji w Górach Stołowych.
I co najlepsze, tutaj był o wiele lepszy wybór czekolady Studenckiej, niż we wszystkich czeskich miasteczkach, które odwiedziliśmy razem wziętych!


Błędne Skały

Skalny labirynt, to jedno z tych miejsc, które zdecydowanie trzeba odwiedzić będąc w Parku Narodowym Gór Stołowych.
Pod Błędne Skały można podjechać autem, ale wydaje mi się, że rezygnując ze szlaku pieszego spod parkingu „na dole” zepsujecie sobie całą atrakcję. Wejście nie jest może super proste (mówię tu o ostatniej części szlaku), ale na prawdę warto je zaliczyć!
Obejście samego labiryntu trwa około 45 minut, widoki są po prostu obłędne, zdjęcia nie są w stanie ukazać jak pięknie jest tam w rzeczywistości (jak z resztą w każdym z kolejnych miejsc, które opiszę poniżej).


Pewnie zadacie mi takie samo pytanie jak praktycznie każdy mój znajomy, któremu mówiłam, że jadę w góry z Majką: „Jak Ty zamierzasz tam chodzić z takim małym dzieckiem?”
Odpowiedź jest prosta - Majka chodzi już całkiem nieźle, a przede wszystkim lubi to! Tam, gdzie szlak nie był bardzo trudny wystarczyło założyć jej szelki asekuracyjne i biegała sama (nie zawsze w tym kierunku, w którym chcieliśmy, więc  jeśli na kierunkowskazie napisane było, że przejście zajmuje godzinę, to należało ten czas podwoić).



Natomiast tam, gdzie szlak przekraczał jej możliwości, lub kiedy była już za bardzo zmęczona na ratunek przychodził plecak z siedzonkiem, bądź Tula. Obie formy były wygodne, stosowaliśmy je na zmianę w zależności od tego jak wiele rzeczy trzeba było zabrać ze sobą w danym dniu (prognozy pogody sprawdzaliśmy parę minut przed wyjściem, bo były najbardziej pewne i aktualne).




Szczeliniec Wielki



Skalne formacje w mieście na szczycie Szczelińca przybierają przeróżne kształty, niekiedy przejście pomiędzy nimi jest bardzo wąskie i niskie.



Czasem trzeba było zdejmować plecak, czasem trzeba było przeczołgać się na kolanach. W takie miejsce zdecydowanie warto zakładać ciuchy, których nie szkoda zniszczyć albo pobrudzić.


Szczeliniec w moim odczuciu jest dużo ciekawszy niż Błędne Skały, ale to kwestia indywidualna, wielokrotnie słyszałam odmienne opinie.




Wejście na Szczeliniec jest niestety dużo bardziej upierdliwe niż w przypadku skalnego labiryntu, ponieważ na górę prowadzą schody. Tak więc w naszym przypadku bariera nie do pokonania przez Majkę, która dopiero uczy się wchodzenia po schodach, udaje jej się tylko, jak są bardzo niskie stopnie.



W przypadku Szczelińca atrakcje dla niej zaczęły się dopiero na samej górze.





A w schronisku na Szczelińcu, jak komuś dopisze szczęście, może spotkać kociego protektora.


Skalne miasto w Adršpach


Jedno z najpiękniejszych miejsc, jakie kiedykolwiek widziałam w całym swoim życiu.




W moim odczuciu dużo bardziej atrakcyjne niż dwa poprzednie i wiem na pewno, że jeszcze tam wrócę!



Dla osób niezmotoryzowanych (tak jak my póki co) są dwie opcje dojazdu z Kudowy - pierwsza, to wycieczka zorganizowana, druga, to dojazd do miasta Náchod, złapanie pociągu do Teplic, a następnie przesiadka do kolejnego pociągu do Adršpach. Wbrew pozorom polecam tę drugą opcję, ponieważ wycieczka zorganizowana zakłada przejście tylko szlakiem przejezdnym dla osób niepełnosprawnych oraz matek z wózkami dziecięcymi, natomiast to na terenie skalnego miasta jest dużo więcej atrakcji, które zdecydowanie warto odwiedzić.





My wykupiliśmy sobie wycieczkę zorganizowaną, ale ze względu na Majkę, która po przejechaniu autokarem miała ochotę chodzić sama (a wycieczka szła trochę szybszym tempem), bardzo szybko odłączyliśmy się od wycieczki, obeszliśmy park sami i wróciliśmy na własną rękę do Kudowy.







Kłodzko

Małe miasteczko, którego główną atrakcją jest twierdza, do której w końcu nie dotarliśmy. Przeszliśmy się chwilę po starym mieście zaliczając wszystkie możliwe fontanny i poszliśmy na szybkie zakupy, bo jak się okazało wzięliśmy ze sobą za mało ubrań na zmianę dla Majki (o zgrozo, brudziła się 3 razy bardziej niż normalnie), a w mieszkaniu nie mieliśmy dostępu do pralki…



Náchod

Małe czeskie miasteczko tuż przy granicy z Polską, stanowiące w sumie punkt przesiadkowy do innych czeskich miast. To właśnie stąd można dojechać do skalnego miasta, Pragi i innych ciekawych miejsc w Czechach.


Miasto samo w sobie zadbane i dość czyste, jedyną atrakcją turystyczną jest zamek i rynek.


Z kolei dla Majki jedynymi atrakcjami był sklep z zabawkami, fontanna oraz kawiarnia, w której dają pyszne gofry!


Hradec Kralove

Kolejne czeskie miasto, większe niż Náchod, ale mniejsze niż Brno.




Zdecydowanie najczystsze, jakie miałam okazję odwiedzić w Czechach, i co mnie mocno zaskoczyło - z dość sporą ilością osób, która mówi w języku angielskim (na terenie Czech jest generalnie z tym problem, 2 lata temu kiedy odwiedzaliśmy stolicę Czech - Pragę, nawet na lotnisku nikt nas nie rozumiał, kiedy chcieliśmy o coś spytać w języku angielskim).




Będąc w Hredec’u warto odwiedzić kawiarnię Cafe na kole oraz mały sklepik z ręcznie wykonanymi rzeczami Modry Atelier.

Wrocław

Miasto, które odwiedzam ilekroć jestem gdzieś w pobliżu - kocham je za przepiękne klimatyczne uliczki, sympatycznych ludzi i za tętniące życiem o praktycznie każdej porze dnia i nocy stare miasto.
We Wrocławiu mieliśmy tylko jeden nocleg, więc nie było czasu na odwiedzenie wszystkich tych miejsc, na których mi zależało (moje ulubione to ogród botaniczny i zoo). Ograniczyliśmy się do obejścia starego miasta i spędzeniu około godziny przy fontannie i bańkach, które wyjątkowo spodobały się Majce.





Katowice

Po odwiedzeniu Gór Stołowych i Wrocławia przyszedł czas na GOP.




Katowice zdecydowanie lubię za dobrą kawę (kawiarnia Synergia), jednak samo miasto niespecjalnie mnie zachwyciło - brudno, w okolicach rynku praktycznie brak żywej duszy (szczególnie przy takiej sobie pogodzie), powietrze takie, że możnaby je „kroić nożem”.


I to, co rozczarowało mnie najmocniej - wszelkie miejsca kultury są pozamykane w poniedziałki.
Unikalnych i wyjątkowych sklepików w Katowicach nie jest wiele, ale jeśli dobrze poszukać, to da się znaleźć 3, które są warte polecenia: Geszeft, Gryfnie i mały sklepik znajdujący się w budynku Rondo Sztuki, a którego nazwy nie pamiętam.


Gliwice



W Katowicach mieliśmy tylko 3 pełne dni, z czego jeden to zaplanowany wypad do Ostravy, więc siłą rzeczy nie zdołaliśmy objechać całego GOPu. Postanowiliśmy jeden dzień spędzić w Gliwicach.


Pojechaliśmy w poniedziałek i ku naszemu rozczarowaniu okazało się, że palmiarnia i ogród botaniczny są zamknięte… Pochodziliśmy po mieście zaliczając parki i wszelkie fontanny i wróciliśmy do Katowic. Gliwice zostają do odwiedzenia kiedyś przy okazji, jak znów będziemy gdzieś w pobliżu.


Ostrava



Małe, ale niepozorne Czeskie miasto - z Katowic to tylko 1,5 godziny drogi pociągiem.
Rynek i małe uliczki wokół bardzo urokliwe, warto zajrzeć do sklepiku Ty Identity (ciekawe ręcznie wykonane designerskie przedmioty w niskich cenach).



Jednak to, co w Ostravie jest najfajniejsze, to industrialne miasto Vitkovice.


Jest to stara, nieużywana już fabryka stali zbudowana na złożach węgla.



Aktualnie stanowi miejsce do spotkań towarzyskich, jest tam kilka hipsterskich kawiarni, w tym jedna na samym szczycie jednej z wież.




Trochę żałuję, że mieliśmy tak mało czasu, bo z chęcią poszłabym na wycieczkę z przewodnikiem po całej fabryce, wtedy jest szansa na obejście wielu ciekawych i niedostępnych normalnie miejsc. Ale to może następnym razem, może jak Majka będzie trochę większa i nie będzie trzeba nosić jej w nosidle.





Wyjazd podsumowuję na jakieś 4, nie jest łatwo podróżować z małym berbeciem, który nie zawsze ma ochotę na zwiedzanie (z tego głównie powodu nie zwiedziliśmy wszystkiego), a który zatrzymuje się i chce oglądać każdą jedną ławkę, każdy jeden słupek i co drugi kamień. Ale nie było też tragedii, bez problemu udawało nam się przemieszczać między jednym miejscem, a drugim, podróżowanie z dzieckiem wymuszało na nas zdrowe odżywianie się (chyba głównie dlatego, że moje dziecko nie chce jeść frytek, czy pizzy, na obiad mają być ziemniaki, kotlet i najlepiej buraczki, albo surówka z marchewki!!) i w sumie nastawialiśmy się na to, że to jest wyjazd głównie dla niej, a nie dla nas. Wakacje z małym dzieckiem nigdy nie będą prawdziwym wypoczynkiem dla rodziców ;)
Wypoczynek dla nas przewidziany jest we wrześniu :)