Ten wyjazd nie był długi, ale wypoczęłam psychicznie. Długie spacery oraz wizyta w kociej kawiarni nastroiła mnie bardzo pozytywnie na kolejny tydzień.


Razem z naszym kolegą z Tajwanu obeszliśmy główne turystyczne punkty Krakowa. Bardzo spodobała mu się wizyta na Wawelu i legenda o smoku wawelskim. Był zachwycony panami przebranymi w polskie stroje ludowe, którzy stali w okolicy bramy floriańskiej i grali stare polskie piosenki.



Oczywiście obowiązkowym punktem programu była wycieczka do dzielnicy żydowskiej, najlepsze krakowskie lody naturalne Good Lood oraz spacer ulicą Józefa, gdzie tak jak ostatnio odwiedziłam kilka sklepików ze ślicznym rękodziełem.


Nie byłabym sobą, gdybym nie kupiła jakiegoś kociego drobiazgu, więc stanęło na ręcznie szytym breloczku :) Pozostałe dwa kotki na tym zdjęciu to efekt wejścia do galerii Bukowski na Rynku ;)


Zawsze jak kupuję maskotki, to mówię sobie, że przecież to dla Majki, ale potem zdaję sobie sprawę, że dziecko to jedynie pretekst do kupowania sobie ślicznych zabawek :D
Drugiego dnia w ramach bycia bliżej przyrody postanowiliśmy pokazać naszemu koledze zalew Zakrzówek. Pogoda była rewelacyjna, więc na górze było sporo ludzi. Udało nam się zrobić ładne zdjęcia. Tam na prawdę musi być pięknie wiosną… :)


Jeśli zaś chodzi o wizytę w kociej kawiarni, to wiem na pewno, że kiedy znów będę w Krakowie zajrzę ponownie. Koty są cudowne!



Najbardziej podobało mi się to, że kawiarnia ma regulamin i że na sali zawsze jest ktoś, kto pilnuje, żeby był on przestrzegany. Kiedy my odwiedzaliśmy to miejsce było kilka rodzin z dziećmi i nie wszystkie mamusie pilnowały, żeby dzieci nie męczyły zwierzaków. Dzieciaki jak to dzieciaki - są pozytywne i kochają zwierzęta całym sercem, ale niestety są mało delikatne. A kotom nie zawsze to odpowiada. Tak więc duży plus za to, że ktoś trzyma rękę na pulsie. Byłam w kilku innych kocich kawiarniach w Europie i nie wszędzie tak było.
Co do samych kotów - nie widziałam wszystkich, bo kilka się schowało, kiedy na horyzoncie pojawiły się dzieciaki, ale kilka z nich przechadzało się między stolikami.





Najbardziej urzekł mnie cudowny koci staruszek - Kukuś. Kiedy usiadłam na sofie od razu wskoczył na moje kolana i spał na nich do momentu, aż opuściliśmy kawiarnię. Przez cały ten czas ciuchutko mruczał.





Kukuś to straszny chudzielec, ale ma piękną lśniącą sierść i jest bardzo przymilny. Gdybym tylko nie miała swoich 3 futerek, to pewnie zastanowiłabym się nad adopcją. Kawiarnia to średnie miejsce dla niego, widać, że wolałby spokojniejszy dom. Ale z pewnością pobyt w takiej kawiarni to dużo lepsze rozwiązanie niż schronisko, a gdyby nie kawiarnia, to właśnie tam by trafił.


W ogóle bardzo podoba mi się idea, że koty przebywające w kawiarni mogą być adoptowane przez ludzi. To idealne rozwiązanie, kiedy ktoś chce kota, ale wolałby go najpierw poznać zanim adoptuje.


Z tego co się orientuję w Warszawie działa to tak samo, ale w naszej kawiarni póki co jeszcze nie byłam. Muszę to nadrobić :)

Co do zwiedzania razem z Tonym - oprócz Krakowa zrobiliśmy kilka krótkich wycieczek po Warszawie. Chodziliśmy głównie popołudniami po pracy i odwiedziliśmy właściwie wszystkie główne punkty stolicy. Kolega był zadowolony, co prawda nie jesteśmy rewelacyjnymi przewodnikami, ale jako takie pojęcie mamy, więc byliśmy w stanie opowiedzieć mu co nieco o miejscach, w których z nim byliśmy.


W ramach paczki pożegnalnej dostał od nas kilka sztandarowych polskich produktów - ćwikłę, oscypek, wedlowską czekoladę, krówki milanowskie, pierniczki i kilka innych słodkości ;)
Obiecał nam, że kiedy wreszcie przylecimy do niego, to razem ze swoją rodziną pokaże nam Tajwan i zaprowadzi do kilku kocich miejsc.

Aktualny weekend mija nam dość leniwie. Majka uwielbia plac zabaw, więc tam spędzamy większość czasu.



Oprócz tego trochę szydełkuję, ale głównie dla siebie. Skończyłam już rękawiczki, aktualnie robię spódnicę.


Z Koteryjnymi fantami póki co stanęłam w miejscu, bo nie jestem pewna, czy za bardzo się nie rozhulałam z ilością, a chciałabym jeszcze zrobić jakąś bransoletkę z muliny na licytację. Póki co czekam na dostawę żywicy, wtedy będę mogła wykończyć zawieszki shrinky dinks. No i tak żyję sobie z dnia na dzień. Praca, Majka, wieczorem trochę czasu dla siebie - film, handmade, zabawa z kotami, książka.
I odliczanie czasu do kolejnych wyjazdów ;)

Mój powrót na siłownię przebiega bardzo pozytywnie. Chodzę 3 razy w tygodniu i co któryś trening rozszerzam o kolejne ćwiczenia. Trener układa mi je tak, żebym wzmocniła mięśnie nóg i brzucha. Już po 2 tygodniach widzę spore efekty - jestem w stanie ćwiczyć z większym obciążeniem niż na początku, kolejnego dnia po treningu nie czuję dyskomfortu, jestem w stanie zrobić więcej kilometrów pieszo niż wcześniej. Od poniedziałku zaczynam przygotowania do górskich wycieczek. Rozmawiałam też na temat przygotowania do wejścia na Rysy. Trener obiecał przygotować mnie, kiedy będę już znała termin. Optymalnie jest zacząć przygotowania na pół roku przed. Nie planuję Rysów na ten rok, być może przyszły - to się okaże. Ale moje marzenie staje się coraz bardziej realne. Wiem, że mi się uda. Życie mam tylko jedno, od momentu jak przekonałam się jak bardzo jest kruche postanowiłam spełniać po kolei wszystkie swoje marzenia. Pomagam kotom, uczę się nowych rzeczy, zrobiłam tatuaż, chcę zdobywać szczyty, zwiedzać świat, próbować nowych smaków; chcę się śmiać i być szczęśliwa. I każdy kolejny dzień przybliża mnie do kolejnych marzeń, które są na wyciągnięcie ręki.

Piękna pogoda za oknem sprzyja do rozmyślania o urlopach. W głowie mam już tylko wakacje, a w sercu czuję przygodę.


Wstępne plany marcowe trochę nam się pozmieniały. Tripu do USA póki co nie będzie, ale może jeszcze w drugiej połowie roku coś się wymyśli. Jak na razie na początku kwietnia do San Diego poleci tylko mój mąż, ale na szczęście tylko na kilka dni.
Zazdroszczę, bo sama kocham podróże i chciałabym latać i jeździć gdzie tylko się da. Świat stoi przede mną otworem; czuję, że jak zechcę, to mogę na prawdę wszystko. Owszem, czasem boję się nowego, ale wiem również, że kiedy przezwyciężam ten strach to nigdy nie żałuję. Uwielbiam poznawać i próbować nowych rzeczy. Bez podróżowania moje życie byłoby niepełne i smutne. Tak na prawdę jak nie jestem w podróży, to myślę i „planuję” kolejną. A potem czekam na nią i prawieże odliczam dni.
Tak bardzo bym chciała, żeby Majka była już starsza, wtedy i ona będzie czerpać radość z wyjazdów. Póki co jest jej wszystko jedno gdzie jest :P

Wyjazd razem z moją mamą mamy już zaklepany. Postanowiłyśmy pojechać na tydzień w Bieszczady. Wyruszamy na początku sierpnia. Kiedyś byłam w Bieszczadach (jako dzieciak), ale mówiąc szczerze niewiele pamiętam z tej wycieczki. Mam tylko marne przebłyski. Góry polubiłam całkiem niedawno. Od zawsze miałam kiepską kondycję i nie lubiłam łazić. Teraz bardzo doceniam góry - przepiękne widoki są warte tego, żeby się zmęczyć. W Bieszczadach jest gdzie chodzić, rozległe tereny, dość długie trasy… nie mogę się doczekać :)

Natomiast na ten weekend robimy bardzo spontaniczny wyskok do Krakowa. Właściwie to jedziemy po to, żeby trochę pokazać Polskę koledze z Azji. W ramach podróży służbowej przyleciał do mojego męża do biura chłopak z Tajwanu. Wykazał chęć zwiedzania, a nam nie trzeba dwa razy powtarzać ;) Więc będzie wycieczka w trybie ekspresowym i wreszcie będzie okazja, żeby odwiedzić krakowską kocią kawiarnię :) Marzyłam o tym, żeby tam pójść, ale jakoś do tej pory nie było okazji, żeby znów jechać do Krakowa.
A co zabawne - w Warszawie też mamy kocią kawiarnię i również do tej pory w niej nie byliśmy. Ale to chyba tak jest - jak mamy coś pod nosem, to zawsze odkładamy na „potem”.

Teraz kiedy mój tatuaż już całkiem się wygoił mogłam wreszcie wrócić na siłownię. Treningi póki co mam co drugi dzień, ale liczę na to, że za moment uda mi się ćwiczyć codziennie. Ale nie mogę tego zrobić tak nagle, bo to byłby szok dla mojego serca. Chciałabym także wrócić na basen, kocham pływać, dlatego postaram się znów być regularna.

W ramach próby samej siebie postanowiłam przez jeden tydzień stosować tylko dietę wegańską (taki detox organizmu). Powiem szczerze - to było dla mnie trudne wyzwanie. Na codzień jem mięso, uwielbiam nabiał (jogurty schodzą u nas na codzień 1 - 2 opakowania) i nie potrafię żyć bez miodu. Przez ten tydzień jadłam zdrowo i byłam wiecznie głodna. Warzywa trawią się dużo szybciej, a mój organizm nie był do tego przyzwyczajony. Przez ten tydzień schudłam 1kg, ale był to jeden z najtrudniejszych kilogramów od początku mojego postanowienia, że zrzucę trochę po ciąży. I pierwszy raz od tego momentu czułam głód.
Oczywiście kilka wegańskich przepisów zostawiam sobie na zaś, bo wyszły przepyszne, nadal śledzę kilka blogów roślinnych, bo czasem pojawiają się jakieś fajne pomysły na lunch. Nie potępiam wegan za ich wybór, nie uważam też ich za dziwnych. Po prostu to nie jest dieta dla mnie ;)
Na swoim instagramie wrzuciłam zdjęcia naszych „wyczynów kulinarnych” związanych z wege tygodniem, jeśli ktoś będzie chciał mogę podesłać przepisy na wybrane dania.

Zmienię trochę temat - moja wena twórcza przeżywa istne odrodzenie. Praktycznie co wieczór znajduję chwilkę na jakieś DIY. Odkryłam rewelacyjną zabawę 'shrinky dinks' - rysowanie na folii termokurczliwej. Powstają z tego świetne zawieszki. Ja swoje planuję zabezpieczyć lakierem/żywicą, żeby były trwalsze. Ale na dobrą sprawę można używać ich tak po prostu już po obróbce termicznej. Nie będę Wam wrzucać konkretnego tutorialu do zawieszek, bo na youtube jest tego multum, ja obejrzałam kilka i już znając zasadę mogłam działać :)
Zrobiłam też jeden pierścionek. Jeśli zdecydujecie się robić pierścionki z plastiku termokurczliwego, to poczytajcie sobie TU :)
Moje efekty zabaw będą oczywiście dostępne na bazarku :)







Wróciłam także do szydełkowania. Przez długo nie miałam na to ochoty, ale postanowiłam wreszcie usiąść do kwiecistych rękawiczek. Jak skończę, to pochwalę się efektem. Już raz kiedyś robiłam rękawiczki, ale są dość krótkie i za bardzo ażurowe - właściwie wcale nie chronią w takie chłodniejsze dni. Teraz postanowiłam zrobić mniej „dziurawe”, ale także bez palców - akurat na wczesną wiosnę :)


Moje dziecię co dzień uczy się czegoś nowego i robi się coraz bardziej cwana. Potrafi już dobrze chodzić, powoli uczy się wchodzenia po schodach. I już kombinuje jak tu sama wejść wyżej. Podsuwa sobie pudełka, po których wspina się, żeby zdjąć coś z półek… W wakacje pewnie będzie już popylać na rowerku biegowym :) Planujemy kupić jakiś taki drewniany, który ma regulowaną wysokość - żeby posłużył dłużej niż pół roku. W ogóle zrobiła się teraz fajna, towarzyska i otwarta na nowe pomysły, polubiła mazanie kredkami - kolorowanki są teraz na topie każdego dnia.


Uwielbia też głaskać i przytulać kotki. Purce najmniej się to podoba, ale są takie momenty, że nie ucieka. Amaya przychodzi zawsze, kiedy mamy godzinę czytania bajek. Wtedy Maja siedzi przez chwilę cicho i słucha, a kocica przytula się i mruczy. Uwielbiam te momenty, są takie spokojne, a jednocześnie radosne i wypełnione miłością. Wtedy czuję się bardziej rodzinnie niż w niejedne święta Bożego Narodzenia.




Życie jest zbyt krótkie i kruche by odkładać spełnianie marzeń na później.
Ja do zrealizowania swojego dojrzewałam blisko 2 lata, ale fakt faktem w tym przypadku lepiej było poczekać dłużej i mieć 100% pewności, że tego na prawdę chcę. Teraz, kiedy jestem już „po” mogę oficjalnie napisać: na początku lutego zrobiłam sobie tatuaż. W sumie dość nieduży, ale dla mnie bardzo ważny. Przedstawia moją cudowna mruczącą przyjaciółkę. Teraz za każdym razem jak spojrzę na swoją rękę przypomina mi się to jak wiele dla mnie zrobiła.

Tatuaż robiłam w jednym z najlepszych warszawskich studiów, całość nie zajęła więcej niż 4 godziny. Najpierw tatuażysta (tak się złożyło, że również odpowiedzialny kociarz) zaprojektował rysunek, następnie odbił mi go na ręku za pomocą kalki technicznej (na którą się uczuliłam… ale na szczęście nie przeszkodziło to w tatuowaniu), a potem samo wykonanie!


Wbrew wszelkiej opinii tatuaż na wewnętrznej stronie ręki nie boli. To co czułam mogę porównać do podrapania przez kota - umiarkowanie wkurzające. Zarówno kontur, jak i kolor - na prawdę spodziewałam się, że będzie gorzej. Jestem kompletną panikarą i wydaje mi się, że kiepsko znoszę ból, więc byłam pewna, że będę się darła przez bite 2 godziny (bo tyle mniej więcej trwało samo tatuowanie). Może to również kwestia nastawienia - większość osób tak straszyła, więc cały czas czekałam na ten koszmarny ból, który miał nastąpić. No i nie nastąpił ;)

Po wykonaniu moja ręka została zawinięta w folię spożywczą, żeby zapobiec zakażeniom.
Przez kolejne 3 dni co 3-4 godziny przemywałam tatuaż wodą z mydłem antybakteryjnym i smarowałam bepantenem, a następnie owijałam folią spożywczą.


Po tych 3 dniach z tatuażu przestał wypływać tusz i osocze i można było zrezygnować z owijania folią (ufff, niestety na plasterki również się uczulam, więc sam element owijania był dla mnie chyba najgorszą rzeczą z całego procesu tatuowania i gojenia).
Kiedy tatuaż nie był już zakrywany jego gojenie bardzo się przyspieszyło, już następnego dnia pojawiły się łuski schodzącego naskórka i lekkie swędzenie. Trwało to 2 dni. Aktualnie tatuaż wygląda bardzo dobrze. Właściwie tak bardzo się do niego przyzwyczaiłam, że mam wrażenie, jak by był na moim ręku od zawsze. Kolory są wyraźne i ładne (w czasie gojenia lekko blakły, rozmazywały się i wyglądały jak by się ze sobą mieszały - jest to całkowicie normalne). Nadal przemywam go i smaruję kilka razy dziennie, skóra jest nadal dość sucha w tym miejscu, ale już coraz mniej wrażliwa. Za 2-3 tygodnie będę mogła wrócić na siłownię i na basen :)
Oto on w całej okazałości!



Z kolei reakcje ludzi na tatuaż były bardzo różne. Jedni mi gratulowali, inni się zachwycali, a jeszcze inni… no cóż krytykowali. Dostałam już pytanie czy moja „brudna ręka” mi się nie znudzi, czy jestem pewna, że dobrze zrobiłam, że za duży, że oszalałam, oraz całą masę skrzywionych min i pełnych politowania spojrzeń. Ale tym się nie przejmuję. Ten tatuaż jest dla mnie, ma się podobać przede wszystkim mnie. Inni nie muszą patrzeć, to w końcu nie ich ciało.

To dlaczego się na niego zdecydowałam opisałam już w sumie w poprzedniej notce. Taki trochę falstart, ale zupełnie przypadkowy. Do wspomnienia o tym skłoniło mnie obejrzenie filmu „A streetcat named Bob”.  No i refleksja przyszła sama z siebie.
Przeczytałam również książkę, którą napisał James. Jest równie wzruszająca i bardzo lekko napisana. Skończyłam ją w jeden wieczór. Właściwie między filmem, a książką jest bardzo dużo różnic. Wątek przyjaźni ten sam, ale osoby, zdarzenia - wszystko pozmieniane. Warto przeczytać, choćby dla tego, żeby wiedzieć, że ten człowiek przygarniając Boba wiedział dość sporo o kotach (w filmie przedstawiono go jako kompletnego laika), oraz dla tych wzruszających momentów, w których pisze o swoich uczuciach.

Jak już jestem w temacie kocim, to warto wspomnieć, że w zeszłym tygodniu moja trójca miała przegląd. Wetka zrobiła całej trójce badania krwi i odrobaczyła. Foch za to dało się odczuć przez cały dzień, ale badania były robione dość dawno, więc trzeba było je powtórzyć. Obie dziewczyny mają podwyższone limfocyty, więc trzeba będzie zrobić kontrolę za 3 miesiące. Wyniki nie są jakieś mocno tragiczne, ale są do obserwacji. Lada moment będę powtarzała badania moczu, ale chcę odczekać, żeby od wizyty wetki minął przynajmniej tydzień, bo często wyniki były lekko sfałszowane po odbytym stresie.
Czekam jeszcze tylko na wyniki TLI Amai. Ostatnie USG wykazało, że trzustka jest w dużo lepszej formie, ale nie chcę się za bardzo cieszyć zanim nie dostanę konkretów. Liczę po cichu na to, że może jeszcze kiedyś uda nam się odstawić amylaktiv digest.
A ogólnie koty mają się dobrze. Szaleją, psocą, przytulają i wybrzydzają na jedzenie ;)


Moje samopoczucie w zasadzie jest całkiem niezłe. Fizycznie (odpukać) nie mam problemów. Psychicznie raz lepiej raz gorzej, ale już nie czuję się taka zdołowana jak 2-3 miesiące temu.

Mam pracę, w której póki co nie dostaję bardzo ciężkich zadań (na te przyjdzie czas za chwilę), a do deadlinu jeszcze sporo czasu, więc nie czuję bardzo presji.

Udało mi się schudnąć do 67kg (do mojego postanowienia zostało jeszcze 2kg do zrzucenia). W tej chwili, mimo że nadal krytycznym okiem patrzę na swoją fałdkę na brzuchu, to jednak bardzo się cieszę, bo widzę efekty względem początku i zdecydowanie lepiej czuję się sama ze sobą. Aktualnie jestem już w normie BMI. Jem zdrowo i wcale nie mało. Ostatnio bardzo polubiłam koktajle i co dzień na śniadanie wypijam szklankę. Najlepiej smakuje mi połączenie jagody, banan, mleko, siemię lniane i 2-3 kostki gorzkiej czekolady. Czasami zamiast siemienia dodaję nasiona chia. Taki początek dnia gwarantuje dobry nastrój na najbliższe kilka godzin. Na drugie śniadanie zazwyczaj przychodzi chęć na kanapkę z jakąś pastą. To też ostatnio u nas hit - wszyscy troje je uwielbiamy - mnie najbardziej podeszła z groszkiem i miętą albo z groszkiem i rukolą. Ale kombinacji past jest cała masa, warto przekopać np. portal kwestiasmaku.


Z negatywnych kwestii to fakt, że znów ludzie mnie olewają. W zasadzie nie chcą się spotykać - obiecują, a potem milczą albo zbywają mnie głupimi wymówkami. Sama nie wiem co mam o tym myśleć, na prawdę wolałabym usłyszeć wprost deklarację zerwania kontaktu, niż takie pierdu pierdu sranie w banię. Ale po raz kolejny się przekonuję, że szczerość to nie jest mocna strona naszego społeczeństwa. Owszem, pogoda nie zachęca do wyłażenia z domu, ale skoro i tak się ruszają do pracy, to co za problem pobyć poza domem 2-3 godziny dłużej? Ostatnio jest też mało chętnych na planszówkowe wieczory. Mamy sporo gier, póki co gramy głównie we dwoje, bo partnerów do gry jak na lekarstwo.

Za to póki co moja wena twórcza przeżywa odrodzenie i to jest jedna z najpozytywniejszych rzeczy.


Zrobiłam kolejne 3 zeszyty, uszyłam 3 masKOTki i 4 cieplutkie kominy na szyję na koteryjny bazarek. Zamówiłam też śliczną kolorową włóczkę, bo chcę zrobić szydełkowe rękawiczki (tym razem dla siebie). Haftowanie kotka póki co stanęło w martwym punkcie, ale wrócę do tego pewnie jeszcze w tym miesiącu. Pomysłów jest cała masa, czasem nie wiem, który mam realizować najpierw ;)






Walentynki w tym roku u nas będą spokojne - zrobimy sobie domową pizzę i pogramy w planszówki. Nie będzie alkoholu, bo ja po zrobieniu tatuażu póki co nie mogę pić. Randkę odbijemy sobie dzień po walentynkach, kiedy moja mama zostanie z Majką, a w restauracjach nie będzie dzikich tłumów :)


Już żyję naszymi planami wakacyjnymi. W tym roku będą one mega udane. Być może w marcu pojedziemy na 2 tygodnie do San Francisco (tu jeszcze nic pewnego, ale jeśli się uda, to będzie super). W okolicach maja chcemy wyskoczyć na weekend gdzieś do UK, bo nasza koleżanka z Hong Kongu jest tam na stypendium i to jedna z niewielu okazji, żeby się z nią spotkać. Jeszcze nie mamy sprecyzowane do jakiego miasta, ale to już kwestia ustalenia. Zarówno ona jak i my będziemy musieli dojechać, bo w miejscu gdzie ona się zatrzymała nie ma sensownych lotów (cenowo i czasowo). Z kolei w lipcu, kiedy Maja będzie miała przerwę w żłobku chcemy pojechać razem z nią w Góry Stołowe i do Katowic. Będąc przy granicy zamierzamy wyskoczyć na wycieczkę do skalnego miasta po czeskiej stronie. W sierpniu być może pojadę gdzieś sama z moją mamą - jeszcze nie wiem gdzie, może nad morze, a może znów w góry. W sumie bardzo lubię góry i uważam, że długie spacery bardzo poprawiają moją kondycję. Natomiast we wrześniu czeka nas tydzień we dwoje z moim mężem w Rzymie. Chcemy się totalnie zchillować i naładować baterie na słonecznych plażach pod Rzymem. To wszystko brzmi bardzo intensywnie, ale tak faktycznie większość, to będą krótkie wyskoki i będziemy się starali jak najbardziej ciąć koszty.
Tak czy inaczej myślenie o wakacjach nastraja mnie bardzo pozytywnie i nie mogę się doczekać przygody. W końcu życie jest tylko jedno, trzeba korzystać z niego ile się tylko da…
Nowy Rok nie zaczął się najcudowniej, weszliśmy w niego z paskudnym rotawirusem. Kilkudniowa "gra o tron - historia prawdziwa" dała mi efekt prawie 1,5kg na minusie w 3 dni… Na szczęście Majka przeszła go bardzo łagodnie (mówiąc szczerze, dopóki my i moja mama nie zaraziliśmy się od niej byłam pewna, że najzwyczajniej w świecie nie poszedł jej obiad więc skończyło się nawet bez interwencji lekarskiej).

Sylwester spędziliśmy w tym roku w domu - my, Majka i koty. Majka dość szybko poszła spać i nie obudziła się nawet przy fajerwerkach, my urządziliśmy sobie wieczór z planszówkami i kolorowankami. Było kameralnie i spokojnie, ale i tak nie narzekam. Zrobiliśmy sobie łososia w cieście francuskim, jajka faszerowane pastą z awokado i na deser tiramisu :) 







Koty nawet bardzo nie były zestresowane, bo cały czas widziały, że nas strzelanie nie rusza. Amaya na chwilę schowała się pod sofą (wtedy kiedy było najgłośniej), ale jak skończył się huk to szybko wyszła. To ogromny sukces, bo swojego pierwszego Sylwestra (z nami) spędziła między grzejnikiem, a ścianą, a kolejnego (rok temu) głęboko w szafie. Tak więc to kolejny postęp jaki u niej widzę. W jej przypadku czas i poczucie stabilizacji i miłości zdecydowanie zmniejszyły jej lęki. 
Na początku stycznia robiłam wszystkim kotom kontrolne badania moczu - u Misia wyszły bardzo dobrze, u Purki ujdą (ma odczyn pH obojętny), natomiast u Amai znów pojawiły się kryształy i odczyn zasadowy. Włączyliśmy Purce dodatkową porcję pasty, a Amai kapsułki żurawinowe. Zobaczymy jak będzie dalej, kolejne badania kontrolne mamy zrobić po 6 tygodniach od rozpoczęcia kuracji. O tyle pozytywnie, że znów udało się złapać mocz w takim momencie, że jeszcze nie miała zapalenia pęcherza i nic jej nie bolało. 


Ogólnie rzecz biorąc trochę martwią mnie te jej wyniki, co jakiś czas ma taki pik w gorszą stronę. Bardzo poważnie myślę o przejściu na BARF, ale nie do końca wiem jak miałabym to zrobić w tym momencie. Mam maleńką zamrażarkę, nie bardzo mam więc jak przygotować posiłki np. na cały miesiąc. A gotowanie kotom co drugi dzień będzie dość czasochłonne i obawiam się, że nie wyrobię się z tym wszystkim. Chciałam spróbować wtedy, kiedy wyprowadzimy się już na swoje, bo wtedy planujemy zakup gigantycznej zamrażarki (przy naszych potrzebach zapewne oddzielna od lodówki). Tylko nie wiem za ile czasu to nastąpi, przy najbardziej pozytywnych prognozach sam akt podpisalibyśmy za pół roku, ale trzeba jeszcze liczyć dodatkowy czas na znalezienie czegoś fajnego i wykończenie. A jeśli zdecydujemy się na rynek pierwotny (do którego ja się skłaniam), to jeszcze dochodzi czas budowy i załatwienia wszystkich pozwoleń. Więc faktycznie przeprowadzka byłaby najwcześniej za 1,5 roku - 2 lata. 
A drugim utrudnieniem w kwestii BARFa jest fakt, że Misio nie przepada za mokrymi karmami. Zawsze mając wybór wybierze karmę suchą. Zdaję sobie sprawę, że sucha karma nie jest zdrowa (nawet ta najlepsza) i nie powinna być podstawą żywienia. Ale u Misia niestety jest, bo mokrą karmę albo surowe mięsko dziubnie 3 razy i odchodzi. Próbowałam do tej pory kilkanaście różnych rodzajów dobrej jakości karm i z każdą jest to samo.
A kupno syfnych marketówek nie wchodzi w grę, bo kot ma delikatny żołądek i na "fast foody" (bo tylko takie określenie przychodzi mi do głowy dla wszelkich whiskasów i innych tego typu) reaguje zapaleniem żołądka i potrafi się zatruć. Z resztą moja pierwsza kotka prawie przebiegła za tęczowy most po takiej karmie (wtedy nikt nie trąbił tak o ich jakości). Zdaję sobie sprawę, że dzięki uzależniaczom, które są zawarte w takich karmach koty jedzą je latami, a właściciele nie muszą się martwić wybrednym zwierzakiem. Ale dla mnie liczy się przede wszystkim zdrowie kota, więc takie rozwiązanie odpada.
BARF to opcja do przemyślenia dla mnie, aktualne artykuły i badania powoli mnie przekonują do tego, żeby spróbować.


Zmieniając temat - Koteria jest bardzo na 'tak' jeśli chodzi o świąteczny bazarek (planujemy go przed tegorocznymi świętami Bożego Narodzenia). Zaczęłam już działać w tym kierunku. Powstały dwa małe haftowane obrazki z kotkami, jestem aktualnie w trakcie wyszywania kolejnego, tym razem dużo większego. 



Chcąc spróbować czegoś nowego zdecydowałam się także na wykonanie zeszytów. 
Nadrukowałam na kartkach odpowiedni wzór. Kratka jest zbyt mainstremowa, więc zdecydowałam się na kropeczki i krzyżyki ;) Potem poskładałam strony i zszyłam ze sobą kartki w bloczkach po 4 sztuki. Potem przyszedł czas na wzmocnienie ich klejem (ja użyłam kleju Magic - rewelacyjny!). Następnie dodałam pierwszą i ostatnią stronę, wykonałam okładkę i wkleiłam do niej środek zeszytu. 


Potem już tylko 12 godzin w prasie (jak widać poniżej bardzo profesjonalnej - zrobionej z desek kuchennych i ścisków do drewna :P). I na koniec zabezpieczenie brzegów ;)


To wszystko jest dość czasochłonne, bo przy każdym etapie trzeba poczekać aż wyschnie klej, ale wbrew pozorom tworzenie zeszytu to nie jest trudny proces.
Ja korzystałam z tego tutorialu: KLIKJeśli byście chcieli spróbować, to polecam ;)
Efekt końcowy - rewelacja! Póki co powstały dwa, ale planuję zrobić jeszcze 3.
Być może jeden zostawię sobie, a 4 pójdą na licytację.


Po raz kolejny zmienię temat. Moje urodziny w tym roku wypadły mega pozytywnie. W weekend przed nimi miałam mini imprezkę rodzinną. Zrobiliśmy obiad, ale niestety nie wszyscy mogli przyjść. Tak czy inaczej było bardzo miło. Siedzieliśmy sobie przy cieście i herbatce, Majka pierwszy raz odważyła się zrobić 2 kroczki sama, nie panikowała kiedy jedna osoba puściła ją, a druga stała kilka centymetrów dalej :)
Dostałam od mojej mamy i babci rewelacyjną grę Pandemic Legacy. Uwielbiam gry typu 'coop', ta nie znudzi się bardzo szybko, bo przy każdej grze jej treść trochę się zmienia (w zależności od tego jak gramy i co się dzieje).
A prezent od męża jeszcze póki co do mnie nie dotarł, więc realnego zdjęcia Wam nie mogę pokazać. Ale zdjęcie ze sklepu internetowego wklejam poniżej :)


Natomiast już w dniu mojego święta postanowiliśmy z Adamem iść do kina na film "A street cat named Bob". Bardzo, bardzo mocno polecam. Jeden z najlepszych filmów jaki oglądałam przez ostatni rok. Wzruszałam się na nim jak chyba nigdy na żadnym innym filmie. Film pokazuje jak z dnia na dzień może się zmienić dosłownie wszystko tylko dlatego, że zwierzak, którego się pokochało całym sercem odwdzięcza się za otrzymane dobro. Film dotyczy akurat kota, ale tak na prawdę każde zwierzę (pies, koń, chomik, czy krowa) czują, rozumieją i potrafią kochać. 
Przez cały ten film widać tę ogromną więź łączącą kota i chłopaka, na którym rodzina dawno położyła kreskę. I ta więź jest tak piękna, że łzy same napływają do oczu.
Być może tak reaguję na ten film, ponieważ prawie 4 lata temu i ja doświadczyłam tak pięknej kociej miłości i wdzięczności. I trwa ona po dziś dzień.
To nie był dla mnie najlepszy czas, miałam sporo wątpliwości i byłam załamana zmianami, jakie zaszły w moim życiu. Tym, że praktycznie wszystko muszę zaczynać od nowa, to w czym się kształciłam zostało przekreślone dosłownie w jeden dzień. I wtedy zobaczyłam ją. Pojawiła się w jaimś poście na facebooku, nikt jej nie chciał. Kolejna bezdomna, bezimienna kocica, która trafiła na sterylkę, a za kilka dni wróci w miejsce bytowania i wszyscy o niej zapomną. Wyblakłe i postrzępione futerko, smutny i zrezygnowany wzrok… Jak słowo daję, jeszcze jej nie znałam, a już wiedziałam, że jest dla mnie kimś ważnym. Napisałam. I po kilku dniach przywiozłam do domu. Jej własnego domu. Dostała zabawki, miejsce w łóżku, dobrą karmę, a przede wszystkim miłość. I każdego dnia dodawała mi otuchy i siły. Dzięki niej wyszłam z początków depresji, wzięłam się za siebie. Co prawda nie robię teraz tego co wtedy robiłam, ale ona dała mi power. Bez niej nie byłabym dziś tym kim jestem.
Dzięki niej zaczęłam pomagać fundacjom, włączać się w akcje charytatywne, a nawet organizować własne. Dzięki niej dałam dom jeszcze 2 kocim bidom, których nikt nie chciał.
Zyskałam wtedy najlepsza przyjaciółkę. Mowa oczywiście o Purce.


Aktualnie nie potrafię powiedzieć, którego kota kocham najmocniej, wszystkie stawiam na równi. Jednak wiem, że to wszystko osiągnęłam dzięki Pureczce. 
Oczywiście nie będę tutaj umniejszać pomocy mojej rodziny, która była ze mną zawsze w trudnych chwilach. Jednak nawet oni nie potrafili mnie tak bardzo postawić na nogi wtedy, kiedy byłam w dole.



Powiem Wam szczerze, że czasami zastanawiam się co mówią koty. Chciałabym je rozumieć. Kiedy miauczą porozumiewają się ze sobą, wielokrotnie ja również wiem o co im chodzi, ale wiem to po ich zachowaniu. A chciałabym je rozumieć. Często moja trójka rozmawia ze sobą. Kiedyś (jeszcze w ciąży) Purka nagle ni z tego ni z owego obudziła mnie z popołudniowej drzemki, była przerażona i świdrowała mnie wzrokiem. Amaya również zareagowała zjeżonym futerkiem, odmiauknęła coś do Purki, a Purka zwrotnie coś do niej. Pamiętam tą sytuację jak by to było wczoraj i cały czas się zastanawiam co się wtedy wydarzyło. Pamiętam tylko, że miałam jakiś nie do końca przyjemny sen, ale też nie żaden koszmar.
Nobla dla tego, kto wynajdzie translator z kociego języka :P




A tak w ogóle muszę się Wam pochwalić. Numer jeden, to kilka dni temu ukończyłam kurs iOS. Mam teraz certyfikat, który potwierdza moją wiedzę :) 
No i druga sprawa jest taka, że dostałam pracę w tym kierunku. Póki co półroczne zlecenie, ale co będzie dalej to się zobaczy. Ta praca na pewno otwiera przede mną więcej drzwi. Projekt jest na tyle duży, a firma na tyle znana, że będzie to dobrze wyglądać w CV. Więc potem w razie czego powinno być łatwiej pójść dalej.
Niestety nie Swift (iOS), tylko Java (Android), ale przyznam szczerze, że póki co (na etapie poznawania nowego środowiska) dużo przyjemniej pracuje mi się na tej platformie. Do tej pory miałam do czynienia tylko z czystą Javą (jeden projekt w ramach pracy magisterskiej), Java androidowa to dla mnie nowość. 
Ale w gruncie rzeczy może nie jest to taki zły wybór. W każdym razie ja widzę to dość pozytywnie.
Do różowych okularów co prawda jeszcze mi daleko, ale teraz czuję, że może ich posiadanie nie jest nierealne. Na którymś blogu (zabijcie mnie, ale nie dojdę teraz na jakim) znalazłam niedawno świetny cytat "wszystko mija, nawet najdłuższa żmija". Moja jest wyjątkowo długa, ale chcę wierzyć, że to właśnie jest ten moment, kiedy zobaczę jak jej ogon chowa się gdzieś w wysokiej trawie.


A na koniec trochę zimowych klimatów i Majka bawiąca się z jakimś chłopcem na placyku zabaw w centrum handlowym ;)