Rocznicowo nad Bałtykiem

Tego wyjazdu nie planowaliśmy z jakimś dużym wyprzedzeniem, był bardziej spontaniczny niż nasze pozostałe wycieczki, ale może dlatego tak bardzo udany.
Rocznica ślubu (już 4) była kolejnym pretekstem do tego, żeby wybrać sierpień.
Przygotowania zaczęliśmy kilka dni wcześniej robiąc tabliczkę upamiętniającą ten dzień. Jak zwykle niezawodne okazały się Formy Kolory. Nie dość, że spędziliśmy kreatywnie czas, to powstało coś wyjątkowego.

Stworzenie stałej pamiątki tego wielkiego dnia stało się już naszą tradycją. Co roku robimy coś, do czego można będzie wrócić za kilka lat. Coś, co teoretycznie powinno przetrwać latami (o ile komuś nie przyjdzie do głowy tego popsuć). Jest to fajny pomysł, bo zawsze spędzimy razem trochę czasu, robiąc te malowanki (lub inne kreatywne rzeczy) i doskonale się przy tym bawimy. A na koniec już tylko umiejscawiamy nasz wyczyn w wybranym miejscu!
Klej wiązał 24 godziny, po tym czasie można było przyjść i zdjąć zabezpieczenie (taśmę klejącą i gazety).

Nasze dzieło w pełni okazałości prezentuje się tak:
Wyjazd nad morze wiązał się co prawda z większą aktywnością (przecież nie po to jadę, żeby siedzieć całe dnie w pokoju), ale mimo wszystko wypoczęłam. Nad morzem jest zupełnie inne powietrze, człowiek ma wrażenie, że wreszcie może odetchnąć pełną piersią.
Pogody nie mieliśmy jakiejś super, nie było leżenia na plaży ani nawet kąpieli w morzu. Był deszcz, dużo chmur i trochę przejaśnień. Było sporo wycieczek, chodzenie brzegiem morza, spacery po molo i odwiedzanie pobliskich miejscowości.
Była smaczna rybka, gofry z posypką czekoladową i piwo z sokiem malinowym.








Były też koty – dużo kotów. Nie wszystkie udało mi się sfotografować, nie każdy miał ochotę podejść. Ale były też takie jak te – miłe i domagające się pieszczot.
Znowu sprawdza się moja teoria, że buraski to najbardziej otwarte koty ;)


Oczywiście jak każda rasowa kociara musiałam znaleźć tam kocie pamiątki. Pierwsza z nich to jednocześnie rocznicowy prezent od mojego męża. Śliczna bransoletka z kotem i serduszkiem na raz.
Natomiast ostatnie to wynik szukania chustki, bo jestem gapa i zapomniałam z domu swojej (również kociej). Ale co tam, kocich gadżetów nigdy za wiele… :P



Jeśli komuś się spodobała chustka, to przywiozłam jeszcze dwie na licytacje dla Kociej Łapki. Śledźcie aukcje, na pewno niebawem się pojawią :)
Wszystko co dobre szybko się kończy, a więc i ten wyjazd minął bardzo szybko.
W tym roku został nam jeszcze jeden trip, ale o tym napiszę następnym razem.

Moje koty rzecz jasna nie były zachwycone naszym wyjazdem zwłaszcza, że tym razem nie miały mojej mamy do swojej dyspozycji. Tym razem zaglądała do nich moja koleżanka, która siłą rzeczy nie dałaby rady siedzieć z nimi tak długo jak moja mama. Po naszym powrocie przez chwilę okazywały swoje niezadowolenie. Tak naprawdę do momentu, aż otworzyłam puszkę z karmą ;)
Purka skakała po mnie przez całą noc, Amaya spała mi na tyłku, a Misio wmruczał się gdzieś pomiędzy mną, a mężem.
Czarną stroną wyjazdów jest to, że trzeba zostawić w domu koty. Rozłąka z nimi jest dla mnie trudna. Nie potrafię już wyjeżdżać na dłużej niż tydzień, bo tęsknota staje się zbyt dokuczliwa.

Od momentu powrotu żyję faktem, że za parę dni zaczyna się nam 3 dniowa adaptacja w żłobku. Mimo pozytywnego nastawienia jestem trochę zdenerwowana, bo to jednak nowe otoczenie, córka zostanie tam sama z ciociami i dziećmi, które pozna zaledwie 3 dni wcześniej. Nagle nie będzie miała rodziców od godziny 7:30 do tej około 17:00. A przecież do tej pory miała nas praktycznie cały dzień. Jasne, były wyjątki gdzie zostawała z babcią, ale jednak babcia to babcia. Ją też zna od samego początku, czuje się bezpiecznie w jej towarzystwie i jest zadowolona.
Jednocześnie czuję ulgę, bo wreszcie będę miała trochę czasu dla siebie, przez wrzesień nadrobię trochę zaległości, a od października będę mogła wrócić do pracy.
Miotają mną sprzeczne uczucia, ale postaram się nie martwić na zapas.
Na koniec jeszcze kilka zdjęć z naszego wyjazdu. 








4 komentarze:

WrocLove

Powrót do Wrocławia po 3 latach był dla mnie fajną przygodą. Udało mi się odwiedzić miejsca, których nie widziałam poprzednim razem i wrócić do tych, które wtedy mnie urzekły. Parę rzeczy się zmieniło, ale to co podobało mi się najbardziej - klimat wiecznej radości i masa uśmiechniętych ludzi na ulicach - nadal się utrzymuje. To miasto samo w sobie jest cholernie pozytywne i tętni życiem.


To był babski wyjazd 3 pokoleń, czyli córcia, ja i moja mama :)

Ostatnim razem jak byłam we Wrocławiu jeszcze z Adamem nie udało nam się zobaczyć Panoramy Racławickiej, bo była w renowacji. Tym razem nadrobiłam tę zaległość. Jestem pod ogromnym wrażeniem - ten obraz jest tak realistyczny, że aż zapiera dech w piersiach. Każdy jeden szczegół jest wykonany bardzo starannie, człowiek ma wrażenie, że patrzy na prawdziwą scenę walki, w której ktoś kliknął pauzę. Na prawdę bardzo polecam zobaczyć każdemu, kto jeszcze jej nie widział ;)


W ramach spaceru odwiedziłyśmy także wrocławskie zoo. I to jest najpiękniejsze zoo, jakie kiedykolwiek widziałam. Zwierzaki mają ogromne tereny do biegania. Może nie ma tam wybitnie dużo gatunków, ale jestem pewna, że zwierzęta czują się tam dobrze. Mają możliwość schować się wśród traw, drzew i krzewów kiedy znudzi im się bycie podglądanym przez ludzi. Mają również do swojej dyspozycji budynki. 
Akurat jak byłyśmy w zoo, to była ładna pogoda, więc sporo zwierzaków wychodziło na swoje wybiegi. Najśliczniejsze były lwy; lew grzał się na słońcu, a lwica podeszła do niego wtuckała się jak typowy kot domowy :D W końcu kot to kot, duży czy mały - potrzebuje miłości i czułości ;)
Żałuję, że zorientowałam się tak późno i nie udało mi się uchwycić tego cudnego momentu na filmie. Mam za to całą masę zdjęć innych zwierzaków ;)




Z wycieczek na łonie natury bardzo dobrze wspominam ogród botaniczny Uniwersytetu Wrocławskiego. Bardzo miłe, spokojne i relaksujące miejsce. To jest właśnie jeden z tych punktów Wrocławia, który odwiedzałam i będę odwiedzać ilekroć pojawię się w tym mieście. Może ten ogród nie jest duży, ale na pewno ślicznie zorganizowany :)



Wielbicielom dużych wysokości na pewno spodoba się Sky Tower. Ogólnie jest to nic innego jak gigantyczny 49 piętrowy wieżowiec z całą masą biur. Ostatnie piętro jest udostępnione zwiedzającym. Wysokość robi wrażenie, można zobaczyć piękną panoramę Wrocławia i okolic, a przy pięknej pogodzie jest nawet możliwość zobaczenia Karkonoszy. My właśnie miałyśmy wyjątkowo ładną pogodę, bezchmurne niebo, więc widoczność była spora i udało nam się dostrzec Śnieżkę :)




Z kolei dla wielbicieli kolejnictwa/kolejek Piko rewelacyjną atrakcją będzie Kolejkowo, czyli świetna interaktywna makieta Wrocławia. Są tam świetnie odwzorowane m.in. takie punkty jak rynek, arkady i fragment trakcji pociągów dalekobieżnych. Nie znam miasta aż tak dobrze, żeby rozpoznać pozostałe punkty, ale z rozmów innych osób można było wywnioskować, że twórcy makiety bardzo się postarali, bo odwzorowali m.in. dokładnie szyldy sklepów, graffiti na budynkach, czy stan techniczny budynków.


Obowiązkowo będąc we Wrocławiu trzeba się przespacerować po starym mieście i przejść się na Ostrów Tumski. Przy okazji odwiedziłam słynny most Tumski, na którym 3 lata temu zawisła nasza pierwszorocznicowa kłódka. Niestety stan techniczny kłódek nie pozwolił mi rozpoznać tej jedynej naszej - wszystkie, które pasowałyby wielkością i kolorem były tak mocno zardzewiałe, że nie jestem pewna która z nich to nasza (o ile nadal tam wisi).





Dodatkowo muszę się pochwalić, że standardowo gdzie bym nie pojechała - zawsze spotkam tam jakiegoś kota. Ot taka moja natura, że przyciągam te zwierzaki jak magnes. I tak oto przedstawiam wam piękną trikolorkę (imienia nie znam), która łaziła za mną jak ciele za krową w okolicach parku fontann. Pogłaskałam, wytarmosiłam i chciałam iść dalej, ale gdzie tam, kot szedł za mną. Wyszłyśmy z parku od drugiej strony, kot nadal trzymał się przy nodze. Próbowałam pogonić ją, ale i tak wlazła na ulicę. A potem wracałam w te pędy, żeby jakiś wariat nie rozjechał kota, który jak by nigdy nic zaczął sobie robić toaletę na samym środku jezdni… Bardzo boli mnie fakt, że ktoś wypuszcza tak cudownego i miziastego kota (bo jestem na 200% pewna, że to nie jest bezpański kot). Kicia lepi się prawdopodobnie do każdego, kto ma chęć ją głaskać, w końcu komuś wbiegnie pod koła, a nie zawsze w okolicy znajdzie się taka jak ja, która po pierwsze zauważy, a po drugie będzie gotowa wybiec prosto pod czyjeś koła, żeby broń Boże nie ucierpiał zwierzak…




Natomiast w kwestii spotkań rodzinnych muszę przyznać, że jestem zadowolona.
Odwiedziłyśmy dwie rodziny - jedną od strony mojej prababci, drugą od strony dziadka.
Obie rodziny, zarówno ta z pod Wrocławia jak i ta z samego miasta zrobiły na mnie pozytywne wrażenie. Tych z Wrocławia po półgodzinnej rozmowie miałam wrażenie jak bym znała całe życie. Cieszę się, że ich poznałam, w kolejne wakacje przyjadą do nas w odwiedziny do Warszawy. No i na pewno my również za trochę ich znów odwiedzimy. 
Trochę szkoda, że z tymi młodszymi nie udało się nawiązać większych kontaktów. Poznałam jednego chłopaka, wszyscy inni porozjeżdżali się po całej Polsce, część mieszka pod Poznaniem, inni w Jeleniej Górze. Wątpię, czy kiedykolwiek udałoby się zrobić jakiś większy spęd rodzinny, tak żeby wszyscy się na nim zjawili. Kiedyś bardzo wiele rodzin miało taką tradycję, dziś niewiele osób ją pielęgnuje. Ale spróbować może warto, w końcu to dość bliska rodzina.

A na koniec kilka zdjęć przecudownej kocicy moich wujków - Siwej :)





2 komentarze: