Krecik, chałka z sosem pomidorowym, mruczki, metro i trochę lata

Ogólnie będzie dziś o wszystkim po trochu (+ zdjęcia) – notka zapowiada się długa (ale mam nadzieję, że nie nudna). Ostatnio dosyć dużo się wokół mnie dzieje i nie zapowiada się, żeby miało być inaczej. Ogólnie to bardzo pozytywne, bo mobilizuje do działania i nie pozwala się nudzić.

„Praga piękna, Praga śliczna, zakochasz się w Pradze, nie będziesz chciała stamtąd wracać!” – to słowa większości osób, które odwiedziły Pragę. I guzik. Owszem, miasto jest faktycznie ładne, prawie całe utrzymane w klimacie naszej Warszawskiej Starówki. Ich wojna nie dotknęła aż tak mocno jak Warszawę. Bardzo dużo klimatycznych miejsc, małych uliczek, uroczych kamieniczek… Ale żebym miała się jakoś zakochać i nie chcieć wracać…? No nie, chciałam już wracać, nawet bardzo. Już 4 dnia w Pradze praktycznie nie było co robić. Zwiedziliśmy i zobaczyliśmy wszystko co było tam do zobaczenia. Może, gdybyśmy mieli samochód, to byłoby trochę inaczej. Pojechałoby się gdzieś dalej, zobaczyło coś jeszcze w samych Czechach. A tak mogliśmy liczyć tylko na komunikację miejską i pociągi. Zrobiliśmy sobie jednodniową wycieczkę do Brna – studenckiego czeskiego miasteczka. To co nas zaskoczyło, to bardzo niskie ceny (praktycznie wszystkiego) od obiadu po biżuterię. Ponad połowę taniej niż w Pradze. A Praga w gruncie rzeczy też do bardzo drogich miast nie należy.
Czesi – w większości mili, ale kompletnie nieogarnięci i nie znali angielskiego. Gdyby ta sytuacja dotyczyła tylko osób starszych, to pewnie nie byłabym mocno zdziwiona, ale w sklepach, restauracjach, na dworcu kolejowym i nawet na lotnisku (!!) szybciej zrozumieli nas po polsku, niż po angielsku… Komedia :D
Kuchnia czeska – chyba wszystko zależy od tego gdzie się zje. Wszelkie restauracje w okolicach rynku są drogie i niespecjalne. Raczej nie cieszą się super opinią, ale z pewnością są częstym miejscem spotkań. Ale to raczej normalne – tak jak i u nas. Jeśli chce się spróbować czegoś naprawdę dobrego, trzeba pojechać trochę dalej od centrum. Restauracje (najczęściej mniejsze) z dużo lepszym menu; dania aromatyczne i dobrze doprawione. Cenowo też trochę taniej, ale tą różnicę da się odczuć raczej przy większym zamówieniu.
Bardzo polecam kocią kawiarnię. Podają całkiem nienajgorszą herbatę i ciasto bananowe. I mają 7 cudownych kotów, które towarzyszą gościom :) Są rozmruczane i rozmiziane. Dla mnie raj :D
Podsumowując: Jeśli nie byliście w Pradze, to warto pojechać, ale nie na dłużej niż 5 dni. I mimo wszystko nie nastawiajcie się na Bóg wie co, bo się rozczarujecie (to chyba był mój największy problem – nastawiłam się na coś super „z wodotryskami”).









Na początku miesiąca doszłam do wniosku, że zebrać się samej w domu do ćwiczenia jest bardzo ciężkie. Człowiek odkłada to z dnia na dzień, bo „ciągle coś”. A to praca domowa, a to trzeba się nauczyć, a to człowiek zmęczony, a to za późno… wymówek można wymyślać setki, jak nie tysiące. W efekcie razem z moją mamą i jej koleżanką zapisałyśmy się na ćwiczenia na piłkach z elementami pilatesu. No muszę przyznać, że zajęcia mega. Trenerka bardzo ogarnięta, ćwiczenia naprawdę było czuć – szczególnie kolejnego dnia, jak człowiek ledwie wstawał z łóżka :D Moja mama z koleżanką na zajęcia chodzą dalej, ja musiałam z nich niestety zrezygnować na kilka miesięcy. Teraz są rzeczy ważniejsze.
Nareszcie nam się udało i jestem w ciąży :) Aktualnie 5 tydzień. Pilatesu może nie mogę, ale są ćwiczenia dla ciężarnych i prawdopodobnie się na nie zapiszę. Lubię ruch.
Generalnie postaram się bardzo tutaj nie spamować tematami ciążowymi i dziecięcymi, wiem że czasem może to być denerwujące. Szczególnie, kiedy czytasz jakiegoś bloga od dawna i nagle pojawia się dziecko. I temat bloga praktycznie z dnia na dzień zmienia się w poradnik jak być dobrą mamą + miejscem na opis testowanych pieluszek, kaszek albo innych dziecięcych bibelotów. Myślę, że do tego stopnia mi nie odwali, ale musicie zrozumieć, że jest to dla mnie temat ważny i czasem coś związanego z bobasami się może pojawić.


Tak „z innej beczki” – doczekaliśmy się wreszcie kociego tymczasika. Kocurka, który będzie u nas mieszkał do momentu, aż znajdzie swój własny dom stały. Podjęliśmy tą decyzję już jakiś czas temu, ale dopiero wczoraj kotek do nas przyjechał. To drobny burasek. Nie mam pojęcia w jakim może być wieku, weterynarzowi nie udało się tego dokładnie określić, może mieć 2, a może mieć 5 lat. Myślę, że za jakiś czas przejdziemy się z nim na kontrolę i szczepienia (już do mojego weta), ale czekamy jeszcze chwilę, bo to trafienie do nas to z pewnością jest dla niego duży stres. Nie chcę mu niepotrzebnie dokładać.
Kocurek jest miły i ewidentnie kiedyś miał dom. To niesamowite jak on potrafi okazywać miłość człowiekowi, mimo tego jak został kiedyś potraktowany. Wyrzucony z domu niczym niepotrzebny śmieć. Dlaczego? Tego nie wiemy na pewno, można tylko podejrzewać. Wśród kotów wolnożyjących pojawił się nagle, kompletnie nie mógł się odnaleźć, nie wiedział co się dzieje. Karmicielka zorientowała się dosyć szybko, że to przyjazny kotek, ale że ma problemy z jedzeniem. Właściwie… wcale nie jadł. Jego poprzedni właściciele nie zadali sobie trudu, żeby pójść z nim do weterynarza i zorientować się co się dzieje. Łatwiej było go wyrzucić. A kot miał jedynie zapalenie dziąseł. Na podwórzu nabawił się dodatkowo świerzbu. Przeleczony i ogarnięty przez fundację trafił do nas. Jak tylko się do niego odezwie to już mruczy i ugniata łapkami <3

W sumie zapomniałam się pochwalić – zmieniliśmy (znów) lokum. Teraz wynajmujemy kawalerkę na warszawskim Ursynowie praktycznie przy samym metrze. Mokotów był dla nas fajny, ale w naszej cenie ciężko było znaleźć mieszkanie, gdzie właściciel akceptowałby zwierzęta. A wyprowadzka była niestety konieczna, bo nasz sąsiad z dołu (typowy oryginalny trójpaskowy dres) postawił sobie za cel wyganiać stamtąd wszystkich wynajmujących.  Powiedział nam, że nie po to zajmował się przez lata staruszką, która tu wcześniej mieszkała, żeby teraz nic z tego nie mieć. Miał nadzieję, że staruszka przepisze mu mieszkanie, albo co najmniej będzie miał prawo pierwokupu. No i zonk - rodzina sprzedała mieszkanie komu innemu, a dresik został z niczym. Nie wiem jak to potoczy się dalej, ale życzę powodzenia właścicielce, bo na serio będzie miała problem z tymi wynajmami…
A ja (szczególnie teraz w ciąży) nie zamierzam się stresować jakimś kretynem. Przeprowadzka była dobrym rozwiązaniem, wreszcie mam szansę wypocząć w mieszkaniu i normalnie przesypiać noce. Mieszkanie jest widne, koty nie są problemem, można było się wprowadzić praktycznie od zaraz.

Co prawda trochę się już rozpisałam, ale chciałam jeszcze napisać o naszych planach wakacyjnych. Właściwie nie wiem nawet, czy wypalą, wszystko zależy od tego jak się będę czuła (bo to już będzie drugi trymestr i brzuch zacznie ważyć swoje), ale chcielibyśmy zwiedzić Europę. Zmotywowały nas do tego rewelacyjne połączenia kolejowe między większymi miastami. Np. będąc w Pradze mogliśmy w niecałe 4 godziny pojechać do Wiednia. I pewnie byśmy tak zrobili, ale zorientowaliśmy się za późno, że się da w logicznym czasie i w logicznej cenie.
Dlatego teraz będziemy planować tylko o jeden krok w przód. Chcielibyśmy zrobić trasę Berlin – Amsterdam – Bruksela – Paryż – Wenecja – Rzym. A potem w drodze powrotnej może coś jeszcze wyskoczy, zależy gdzie będą przesiadki. W ciąży wolałabym unikać samolotów. Poza tym pociągiem to jeszcze zawsze człowiek coś zobaczy, może wstać, pochodzić… Jedzie się dłużej, to fakt, ale ja lubię jeździć pociągiem (mam tak od dziecka).
Czy wycieczka się uda? Tego nie wiem i nawet mocno się na nią nie nastawiam. Bo przecież jak nie tu, to gdzie indziej. Jak nie objazdówka, to tydzień na Bałtykiem :) Najważniejsze, że razem.

5 komentarze: