Dni mijają jeden za drugim…

Nie mam czasu na nic… Znów piszę raz od wielkiego dzwonu. Jest teraz trochę na głowie. Magisterka, która wcale tak łatwo nie idzie – moja promotorka wyszukuje coraz to nowe rzeczy nawet w miejscach, gdzie już coś zostało zaakceptowane. Dodatkowo dochodzi mi zlecenie, które jest dla mnie akurat nie dość, że sposobem na zarobek, a dodatkowo pewną formą odstresowania. No i jeszcze ciągłe bycie „pod monitorem” – jak nie jeden lekarz, to drugi, jak nie drugi, to trzeci, a jak nie to jeszcze badania. Ciągle jest coś, staram się trochę odpocząć, ale momentami jest ciężko.

Doszedł dodatkowy motyw do zmartwień – kocurek mojej mamy (z którym spędziłam swoje lata szkolne) nagle zachorował. Ma nowotwór, który jest klasyfikowany jako złośliwy. Póki co nie ma przerzutów, ale nigdy nie wiadomo co będzie i kiedy. Na dzień dzisiejszy kwalifikuje się do operacji, którą będzie miał w środę. Trzymajcie kciuki za Urwiska, to kochany i spokojny kot, nie zasłużył sobie na to, co go spotkało. Zupełnie nie mogę sobie z tym poradzić :(

Majówka udana – te kilka dni w Poznaniu to dla umysłu była odskocznia, fizycznie wyjazd był dla mnie męczący – chyba głównie dlatego, że w normalnych warunkach lubię długie spacery, a teraz w ciąży najchętniej bym spała :) Ale mimo zmęczenia było miło i nie żałuję tego wyjazdu. Poznań jest pięknym miastem, często niedocenianym. Warto odwiedzić, ale zdecydowanie NIE WARTO jadać w restauracjach na rynku – kiepska obsługa, jakość dań też nie powala… Ale jak się przejdzie kilka przecznic dalej, można odkryć naprawdę dobre jadłodajnie.

Poza tym u mnie nie wiele nowego. Dzień jak co dzień, raz słońce, raz deszcz. Trochę obowiązków, samopoczucie nadal jak Himalaje – ale i tak już trochę lepiej. Powoli wracam do samodzielnego gotowania, bo zapachy z kuchni już nie są aż tak bardzo uciążliwe jak wcześniej. Wszystko po mału wraca na właściwy tor, oby tak dalej ;)


4 komentarze: