Po trochu o wszystkim

Może zacznę od tego, na czym skończyłam w ostatnim poście.
Mój "art spirit" przeżywa teraz drobny kryzys. I nie dlatego, że mi się nic nie chce, ale że nie mam teraz tyle czasu na zabawy handmade ile bym chciała. Pomysłów tysiąc na minutę, ale nie ma kiedy do tego usiąść. Z bransoletkami aktualnie jestem już chyba na mecie, raczej nie będę zaczynała kolejnych w najbliższym czasie. Narobiłam ich tak dużo, że momentami nie wiem którą założyć ;)


Kto zgadnie, która była najtrudniejsza? ;)
Aktualnie moja wena idzie w kierunku rysunków - niekoniecznie tych digitalizowanych.


Póki co odstresowuję się przy kolorowankach, ale mam w planie wykonać ciekawy projekt pod tytułem "gdyby mój kot był człowiekiem to wyglądałby tak". Sama mam 3 koty i chciałabym je narysować w tej formie. Bardzo możliwe, że potem przeniosę to do jakiegoś programu graficznego, ale założenie jest takie, żeby w pierwszej kolejności wykorzystać do tego kredki. Mam już koncepcję jak mają wyglądać postaci, widzę je przed oczami. Może dodam krótki opis ich charakteru - nie dłuższy niż 5-10 zdań. Tak sobie myślę, że mógłby powstać z tego jakiś konkurs z nagrodami, ale to jeszcze do przemyślenia. Jeśli już, to będę o tym pisać raczej na naszym fanpage'u (o tutaj: Wymruczane Marzenia). Chyba najrozsądniej będzie zająć się tym po nowym roku. Może wtedy będę miała trochę więcej czasu, choć też nie mam pewności. W styczniu jak dobrze pójdzie, to szykuje nam się wyjazd za granicę. Ale póki co nie będę się zagłębiać w temat, bo to jeszcze nic pewnego.

Odnośnie moich kotów, to w chwili obecnej wszystko się sypie.
Urwis ma się źle. Nowotwór odrósł w zastraszająco szybkim tempie i jest klasyfikowany jako nieoperacyjny. Nie mamy pojęcia ile czasu mu zostało, widać że kot czuje się coraz gorzej i ma coraz mniej chęci do życia. Dopóki jeszcze widać w nim choćby najmniejszą tlącą się iskierkę nie zdecydujemy się na eutanazję. Ale prawdę mówiąc nie wiem ile czasu on jeszcze będzie miał siłę żyć. Czuję się fatalnie, nie mogę pogodzić się z tym, że on umiera. Kot, z którym spędziłam w zasadzie całe swoje dzieciństwo. On ma dopiero 15 lat, przed nim mogło być jeszcze trochę życia... Nie mogę się z tym pogodzić, to niesprawiedliwe :(


Moje koty też w nienajszczęśliwszej formie. Co prawda badania moczu powychodziły niezłe, ale Misio ma ciągłe nawracające stany zapalne żołądka. Jednen przeleczymy i za moment pojawia się kolejny. Miał usunięte kolejne psujące się zęby, jest już po konsultacji USG, które też nie wyszło idealne. Czekam jeszcze na kolejną konsultację wyników z wetem, mam jakieś złe przeczucia (tfu tfu) :(


Z kolei Purce leczymy teraz zmiany skórne, które nagle pojawiły się na dwóch łapkach. Dostaliśmy maść ze sterydem i 2 razy dziennie musimy smarować łapki i na pół godziny zakładać jej kołnierz... Moja biedna lapma nie umie w tym chodzić - 'zawiesza się', klinuje, albo spada z łóżka.
Żal mi jej, ale nie ma wyjścia, lepsze to, niż żeby zlizała to świństwo...


Na wyniki badań Amai nadal czekam. Tutaj mam nadzieję, że będzie przynajmniej tak jak było do tej pory...


Święta już za pasem, w tym roku czas mija mi bardzo szybko, jest już połowa listopada, nie wiem gdzie mi zginął cały ostatni miesiąc. W tym roku nie czuję gorączki prezentów, postanowiliśmy wspólnie, że Mikołaj odwiedzi tym razem tylko najmłodszych, czyli trójkę dzieci mojego brata i moją córeczkę. Jeszcze nie ustaliliśmy kto co przygotowuje, ale mogę się spodziewać, że tak jak przez ostatnie kilka lat nam przypadnie sałatka i jakieś jedno ciasto. To będzie spore pole do popisu, bo ostatnio dość często pieczemy - a w sumie nie ja, ale mój mąż ma do tego smykałkę. W moim przypadku pieczenie to jedna wielka porażka. Mogę gotować, smażyć, dusić... ale od piekarnika trzymam się z daleka. 
Świąt jak co roku nie mogę się doczekać - spotkania z rodziną, zapachu choinki i smaku mandarynek :)


A w tym roku będzie jeszcze weselej niż zwykle ;)



4 komentarze:

Zdajemy pierwsze relacje!

Dziś mija dokładnie miesiąc od narodzin naszej córeczki :)
Mamy się wszyscy dobrze i mimo nieprzespanych nocy jesteśmy naprawdę szczęśliwi.
Maja urodziła się 20.10 o godzinie 16:03, ważyła 3,9 kg i dostała 10 punktów. Termin trochę szybszy niż planowany, ale tak akurat wyszło. Całe szczęście, że ufam swojej intuicji i nie polegałam na tym, co powiedziała mi moja ginekolog… Zabawne, tego dnia rano miałam u niej planową wizytę, na której usłyszałam, że przecież jeszcze nie rodzę. Mimo to pojechałam do szpitala, gdzie okazało się, że po części odeszły mi już wody, a poród już się zaczął nad ranem na co najmniej 4 godziny przed wizytą u gin. Tak więc w tempie trafiłam na salę operacyjną, cesarka trwała niecałe 40 min. Szybko, sprawnie i bez żadnych komplikacji. Po kilku dniach już byłyśmy w domu :) 
Malutka nie jest bardzo płaczliwa, wiadomo, jak każdy noworodek płaczem domaga się jedzenia, zmiany pieluchy, czy uwagi. Jednak nie mogę powiedzieć, że jest marudnym dzieckiem (przynajmniej w tym momencie). Nie bardzo jeszcze umie odróżnić dzień od nocy (a szybkie ściemnianie się w tym nie pomaga), więc w dzień śpi rewelacyjnie, w nocy najchętniej cały czas siedziałaby na rękach. Mam nadzieję, że niedługo nauczy się i będzie odwrotnie :)
Moje koty zareagowały bardzo pozytywnie. Na początku Purka i Amaya bardzo ostrożnie podchodziły do małej, ale już wieczorem Amaya lizała małą po główce ;) A Misio – jak to Misio – kocha wszystkich i wszystko, więc od pierwszego dnia śpi z nią w łóżeczku. Purka póki co raczej unika Mai, ale też specjalnie nie ucieka. Jest ciekawska i czasem lubi sobie ją poniuchać. 
Od razu zaznaczam – nie koty to nie mordercy, żadne mi nie udusi, nie podrapie dziecka, nie wydrapie oczu, ani nie zarazi śmiertelnymi chorobami. I jest to dla mnie przykre, kiedy z takich wyimaginowanych powodów zwierzaki tracą swoje domy.
One nie rozumieją dlaczego… 
Poniżej podzielę się z Wami kilkoma zdjęciami jako dowód na to, że koty to najlepsze niańki pod słońcem :)

Tutaj się przytulamy :)

A tutaj robimy trzyzmianowy system wart przy łóżeczku :P

"Muszę trzymać, żeby nie wypluła smoczka!"

"Tak mruczałem, że aż mi się przysnęło"

"Odkrywała się, więc muszę przytrzymać kołderkę"

"Razem mamy bardziej kolorowe sny"

"Idź się spokojnie ubierz, ja ją przypilnuję"

Na dzisiaj to chyba tyle, w wolnej chwili pochwalę się moimi kolejnymi bransoletkami. Co prawda wena twórcza odnośnie bransoletek z muliny powoli ucieka, ale za to robi miejsce innej ;) Ale o tym następnym razem :)

5 komentarze:

Coraz bliżej, coraz więcej stresu

Termin cesarki mam wyznaczony na 26 października. Później niż wcześniej, ale wg lekarzy tak będzie najlepiej. Im dłużej mała siedzi w środku tym lepiej – przynajmniej tak twierdzi szpital. No i zapewne mają rację. Choć nie ukrywam, że miałam nadzieję na wcześniejszy termin, bo robi się coraz ciężej.
No i coraz więcej stresu – co najśmieszniejsze nie z powodu operacji, czy szpitala, ale dopadają mnie raczej takie metafizyczne lęki… Czy się nadaję, czy podołam, czy mała będzie szczęśliwa, czy dam jej wszystko, czego taki mały brzdąc potrzebuje, czy na pewno starczy mi cierpliwości i wytrwałości. Czy na pewno jestem tak silna i odpowiedzialna jak powinnam być.
Ostatnio czytałam w internecie wypowiedź jakiejś dziewczyny. Młodej matki, do tej pory energicznej i pełnej entuzjazmu kobiety. Aktualnie ma 3 letniego synka – kochanego i cudownego dzieciaczka, kochającego męża i wydawać by się mogło idealne życie. Nie zamieniłaby tego na nic innego, ale jednak nie jest do końca szczęśliwa. Odkąd na świecie pojawił się mały nie miała dla siebie nawet jednego dnia. Ot takiego, żeby zrelaksować się i odpocząć. Nie dosypia, nie ma czasu, żeby spotkać się z przyjaciółką, iść do fryzjera, pójść na randkę z mężem (tylko we dwoje), nie miała nawet czasu na przeczytanie jednej książki… Przez pierwszy rok na macierzyńskim – dziecko, dom, obiady, ciągle coś do robienia. Potem wróciła do pracy i wcale nie jest lepiej… Obowiązków w domu nie ubyło, ale za to ubyło czasu, doby nie da się rozciągnąć, a szkoda. Ten, któremu by się to udało z pewnością dostałby nagrodę Nobla. Nie chcę tutaj wyjść na marudną, albo niezdecydowaną, ale czy naprawdę to wygląda tak strasznie? Czy na serio będę mogła zapomnieć o jakimkolwiek relaksie? Oczywiście nie zdziwię się, jeśli usłyszę „masz czego chciałaś”. Owszem, chciałam i chcę nadal, ale ja po prostu się boję. Boję się, bo przez te lata zdążyłam już siebie trochę poznać i wiem, że całkowita rezygnacja z własnej osoby i czasu „wolnego” doprowadzi mnie do frustracji… Tak samo jak doprowadza mnie do niej siedzenie w domu bez stałej pracy. Zazdroszczę mężowi i wszystkim na około, że mają szansę, że mogą wyjść z domu i pojechać do tej pracy. Spędzić czas w innym towarzystwie, w innej atmosferze, że mogą oddzielić wyraźną kreską dom od pracy. A oni z kolei zazdroszczą mnie – bo nie muszę wstać co dzień o 6 rano, sama wybieram sobie godziny pracy, bo nie jadę zatłoczoną komunikacją miejską/nie stoję w korkach, bo nie użeram się klientami/pracodawcą każdego dnia… Są plusy i minusy wszystkiego. Zamknięcie w 4 ścianach też nie jest takie super, serio… Biorę teraz trochę mniej zleceń, po pierwsze dobiła mnie ostatnia sytuacja z klientem-betonem, po drugie czuję się teraz wiecznie zmęczona. Ostatni miesiąc daje trochę w kość.


Powoli zaczynam się już pakować do szpitala, mam w zasadzie wybraną wyprawkę dla dziecka i praktycznie wszystkie rzeczy dla siebie. Póki co brakuje mi chyba tylko kosmetyków i środków higienicznych. Wydaje mi się, że lepiej przygotować sobie to wszystko wcześniej, żeby potem nie mieć nerwowej sytuacji.


Żeby przestać się wiecznie zamartwiać i wyolbrzymiać problemy zaczęłam trochę programować. Ot tak, żeby się czymś zająć, a przy okazji może za jakiś czas wypuszczę jakąś swoją prostą aplikację na smartfony. W jakim celu? Sama jeszcze nie sprecyzowałam, może dla własnego doświadczenia, może dla satysfakcji. Czuję się w tym środowisku trochę niepewnie, większość moich znajomych to programiści, kiedy zaczynają rozmawiać o kodach ja siedzę jak kołek i nawet nie próbuję udawać, że cokolwiek z tego rozumiem… Może wreszcie zacznę ;)


Spędzam też trochę czasu na robótkach ręcznych. Z szydełkowego szalika póki co zrezygnowałam, ponieważ robiąc przegląd szafy doszłam do wniosku, że nie potrzebuję nowego. Za to zrobiłam dwie nowe bransoletki z muliny (ta z arbuzami i ta z kotkiem). I nie powiedziałam w tej kwestii jeszcze ostatniego zdania. Mam w planach stworzyć jeszcze co najmniej jedną, a może więcej :) O ile wena nie pójdzie w las ;)



3 komentarze:

Nie mam pomysłu na temat

Dni mijają jeden za drugim. Mój grafik coraz bardziej zapełniony masą wizyt lekarskich i kontroli. Im bliżej porodu, tym więcej badań. Dodatkowo weszła teraz szkoła rodzenia, na którą zapisałam się za namową kumpeli. Poradziła mi, żeby pójść, warto posłuchać, popatrzeć – zwłaszcza, że w szkołach rodzenia przy szpitalach organizowane są wejścia na oddział w celu zapoznania się z salami porodowymi, organizacją szpitala i ogólnie, żeby się opatrzeć co gdzie i jak. Bo przecież strach ma wielkie oczy, lęk przed nieznanym jest większy. Tak więc każda dziewczyna może wejść i obejrzeć wszystko zanim zostanie przyjęta na oddział. Uważam to za bardzo pozytywne. Co prawda w moim przypadku, gdzie jestem od razu kierowana na cc ma to mniejsze znaczenie, nie mniej jednak chętnie wejdę i zapoznam się z terenem.
Same zajęcia do tej pory raczej ok – na kliku przynudzali, kilka było bardzo ciekawych. Wiadomo, jeśli każdy wykład jest prowadzony przez kogoś innego to siłą rzeczy jeden wykłada lepiej inny gorzej. A taka położna, czy ginekolog nie muszą mieć przecież zdolności akademickich. Po ostatnich zajęciach np. cieszę się, że jednak jestem kierowana na zabieg, bo położna tak nastraszyła porodem naturalnym, że kilka dziewczyn zrobiło się dosłownie białe na twarzy. Trochę niefajnie, bo jednak nie takie jest założenie tych zajęć…
No i warto wiedzieć, że idąc na taką szkołę rodzenia (która jest dla większości osób darmowa) kobieta zostanie dosłownie zalana reklamami i konkretnymi ofertami produktów i usług. No ale czego oczekiwać, skoro zajęcia są darmowe? Jakiś sponsorów mieć muszą, więc cóż zrobić – reklama dźwignią handlu. Oni zrobią reklamę, dostaną pieniądze na prowadzenie zajęć. Przecież żadna z tych położnych, czy innych specjalistów nie będzie prowadziła co tydzień zajęć (po swoich godzinach pracy) za przysłowiowy „uścisk dłoni”. A takie zajęcia odbywają się przez cały rok…
Żałuję tylko, że nie mogę uczestniczyć w ćwiczeniach fizycznych. Rzecz jasna nikt mi nie chce wypisać tego cholernego świstka, że ‘brak przeciwwskazań’… Bo rozrusznik… Tak jak on by był jakąś wielką przeszkodą…
A tak swoją drogą nie lubię, kiedy ktoś mnie nazywa cyborgiem. Bo co, bo mam metalową puszkę z baterią? Bo bez tego moje serce nie pracuje? I to jest powód, tak? To tak jak by podejść na ulicy do kogoś, kto ma protezę nogi i powiedzieć mu, że jest transformersem… Litości…


Moja wena na szycie co prawda trochę zmalała, ale za to pojawiła się nowa – na zrobienie czegoś na szydełku. Moja mama akurat robiła porządki w wełnach i wybrałam sobie kilka ładnych włóczek, z których planuję coś zrobić. Póki co powstaje komin na szyję. Jak będę miała dryg i starczy mi jeszcze materiałów, to może zrobię jeszcze czapkę do kompletu. Ale to kwestia do przemyślenia, bo czapek mam multum. Jak skończę, to podzielę się zdjęciami :) Ale to może chwilę zająć.

Z pracą mojego męża póki co jest ok – znalazł nową i ma dużo fajniejszy zespół do współpracy. No i projekt na dużo wyższym poziomie.
Ja też dostałam teraz zlecenie, ale klient okazał się być totalnym betonem. Kompletnie nie trzyma się umowy, którą ze mną podpisał, a teraz próbuje mnie zastraszyć odszkodowaniami i sądem. Kolejny bezsensowny stres dla mnie, mimo że na logikę wg umowy on nie ma racji. Ale z sądami nigdy nie wiadomo – jak ma dobrego prawnika to może być kłopot. Sama również jestem już umówiona z prawnikiem, zobaczymy jak to się dalej rozwinie. Może i ja powinnam postraszyć go sądami.
To wszystko jest nie na moje nerwy :( Koniec z wolnym zawodem, mam już dość pracy jako freelancer. Nie wiem czemu, ale istnieje takie przekonanie, że freelancera można (mówiąc kolokwialnie) „wydymać na każdy sposób”.
Zlecić coś i nie zapłacić, nie trzymać się umowy, zapłacić część, rozmyślić się, poprosić o dodatkowe poprawki i dziwić się, że są dodatkowo płatne, przyjść z własnym pomysłem i oczekiwać zrealizowania go za darmo, bo ‘przecież to mój pomysł, a Pani ma tylko narysować to w tych swoich programach graficznych’, oczekiwać rozpoczęcia prac bez wpłacenia zaliczki, chcieć ‘a taką tylko jedną grafikę, ale bez umowy, bo to za dużo zachodu’… Jezu, ile ja już miałam takich beznadziejnych przypadków… A potem pretensje i anse, że to przecież „nieprofesjonalne zachowanie”. Gdzie tu brak profesjonalizmu ja się pytam??

5 komentarze:

Sierpniowo – upalnie

Nie było teraz czasu na pisanie. W ogóle mam teraz mniej czasu na komputer. To co robię w internecie najczęściej udaje mi się ogarnąć przez telefon – to jest pocieszające, dzięki temu jestem w stanie lepiej zarządzać czasem.
Po wakacjach (raptem 2 tygodniowych) nagle mam masę badań i wizyt lekarskich, a jak wracam z nich (szczególnie w taki upał jakiego można było doświadczyć w ostatnich dniach), to uwierzcie – człowiekowi odechciewa się już wszystkiego.
W te najgorsze dni radziliśmy sobie tylko dzięki zimnym prysznicom, wiatrakowi i hektolitrom wody mineralnej. Nawet koty nie miały nic przeciwko, jak przecierałam im futerka mokrym ręcznikiem, wręcz ustawiały się w kolejce... Chętnie też korzystały z takiego wynalazku jak mokra szmata leżąca na podłodze. Woda zmieniana co 2-3 godziny (na zimną plus często wrzucałam im do miseczek z piciem po kostce lodu)… I jakoś się udało. Dziękuję Bogu, że upały się skończyły, teraz mogę zacząć wreszcie oddychać…



Mamy teraz trochę zmartwień głównie w pracy (a może powinnam powiedzieć ex-pracy) mojego męża. Nie będę się rozpisywać, bo to w gruncie rzeczy nie dotyczy mnie bezpośrednio, jednak mimo wszystko dostarcza mi pewną dawkę stresu. Ale teraz będzie już tylko lepiej, zmiana pracy powinna rozwiązać problemy.
Ja też intensywnie szukam pracy. Tak, ciąża nie jest dla mnie żadnym ograniczeniem w tej kwestii. Do rozwiązania mogę normalnie pracować, potem nie widzę kłopotu w pracy zdalnej i kilka razy w miesiącu w biurze. Jestem zorganizowana i terminowa, więc wiem, że sobie poradzę. Studiowałam dziennie przez ostatnie 2 lata i robiłam kilka projektów w tym czasie. Nigdy nie miałam kłopotów z ilością obowiązków i pogodzeniem uczelni z pracą. Tak więc dlaczego teraz miałabym mieć problem z pogodzeniem urlopu macierzyńskiego z pracą?
Tak więc latam na rozmowy, ale póki co niewiele z nich wynika. Mój brzuch jest do tej pory narzędziem odstraszającym potencjalnych pracodawców, mimo, że otwarcie informuję ich o swoich możliwościach i umiejętnościach organizacyjnych, a oni przecież i tak zawsze dają umowę na okres próbny, ewentualnie śmieciową formę zatrudnienia (dzięki czemu mogą się w razie czego szybko wycofać z ewentualnej współpracy ze mną).
Ale to są właśnie polskie realia. Coraz bardziej zastanawiam się nad możliwością wyjazdu za granicę, ale nie wiem czy wytrzymam to psychicznie.

Martwi mnie fakt, że siedzę w domu i robię za przysłowiową „kurę”. Nie chcę tego, źle się czuję w tej roli, nie chciałabym, żeby moja córka patrzyła na mnie w ten sposób – matka opiernicza się w domu, a tatuś pracuje… Czuję się przez to wszystko totalnie bezużyteczna i niedoceniona. Wcześniej dyskwalifikowały mnie studia dzienne, a teraz ciąża. Boję się, że żadne dziecko nie chciałoby mieć matki, do której bez przerwy przyczepiona jest plakietka „życiowy nieudacznik”, bądź „ofiara losu”. Córka chciałaby mieć mamę, która będzie jej autorytetem. A ze mnie jaki autorytet?
Bez pracy i bez perspektyw, na dodatek jestem cholerykiem, więc łatwo mnie zirytować i szybko się załamuję, kiedy wszystko idzie pod górkę. Dlatego jestem już zmęczona wiecznym szukaniem pracy, marnowaniem czasu na jeżdżenie z rozmowy na rozmowę, kiedy widzę, że nic z tych rozmów nie wynika. Ok, żadna praca nie hańbi, mogłabym iść pracować w sklepie na kasie, ale ja chcę od życia trochę więcej, chcę się rozwijać, pracować w fajnym zespole, mieć jakieś perspektywy… Może wymagam od życia zbyt wiele…?
Ok, koniec marudzenia.

Moja wena twórcza ostatnio przerodziła się w uszycie 3 kocyków i maskotki dla córci. Natomiast ze skrawków powstało kilkanaście masKOTKÓW, które będą sprzedane charytatywnie przez Koterię. Prawdopodobnie pojawią się na pikniku w Kafce we wrześniu. Jeśli coś zostanie po pikniku, to pewnie pojedzie na wystawy kotów (gdzie również fundacja się czasem wystawia). Czasem mam taki dryg, że szyłabym i szyła. To bardzo często poprawia humor.



4 komentarze:

Powakacyjnie

Wyjazd nad morze w tym roku przebiegł pod znakiem lenistwa i nicnierobienia. Do tego stopnia, że aż mnie nosiło, żeby czymś się zająć.
Codzienne spacery brzegiem morza, kilka podejść do zachodu słońca (w tym tylko jeden bezchmurny), gofry z owocami i karmienie mew co kilka dni.



Pogoda nie była bardzo dokuczliwa, maksymalnie 22 stopnie, co dla mnie było wręcz zbawienne, teraz upały znoszę tragicznie. Powrót do Warszawy był dla mnie szokiem termicznym. W przeciągu jednej nocy nogi zrobiły mi się jak balony, a zdążyłam już przez te 2 tygodnie zapomnieć o opuchliznach…
Ale wracając do wyjazdu – woda zimna, pogoda w kratkę, ludzi to jednak nie zniechęcało. Plaża pełna do tego stopnia, że ciężko było przejść między parawanami. Polacy jak to Polacy – każdy musi mieć swoją odgrodzoną wielką „działkę” – potrafili wbić po 4 parawany (każdy po około 8 metrów), a po środku rozłożyć 2 koce… Komedia serio. Najbardziej współczuję dzieciakom, nie miały nawet gdzie budować zamków z piasku, ani grać w piłkę, bo tu parawan, tam parawan, a gdzie indziej koc. I nie daj Boże nasyp takiemu trochę piachu na ręcznik przebijając się między parawanami, to awantura…
Awanturowali się także właściciele wielkiego dmuchanego pałacu postawionego na środku plaży. No bo jak ludzie w ogóle mają czelność rozkładać się 5 metrów od ich kolorowego do granic możliwości przybytku???!! I z nami próbowali się raz wykłócać, ale jakoś trochę zeszli z tonu, jak zapytałam ich, czy to jest prywatna plaża i kazałam im wezwać policję jeśli coś im się nie podoba. Ciekawa jestem czy policja by ich wyśmiała, czy dała mandat za nieuzasadnione wezwanie :) Ale żeby nie było – na drugi dzień ogrodzili się siatką…

W deszczowe dni, kiedy cały plażowy natłok schodził do miasta my uciekaliśmy na wycieczki. Udało nam się pojechać do Szczecina i do Trójmiasta. Zawsze coś innego do zobaczenia, choć czasem ciężko się było zebrać i wstać rano. A z kolei z Ustki, żeby gdziekolwiek dalej się dostać, to trzeba było dobić się do Słupska.

Sesja zdjęciowa w Słowińskim Parku wyszła cudownie. Dziewczyna, którą wzięliśmy jest bardzo profesjonalna i materiał, który od niej dostaliśmy już po tygodniu będzie dla nas wspaniałą pamiątką.


Podsumowując – wyjazd bardzo udany, jak wszędzie gdzie do tej pory bywam udało mi się spotkać koty. Pewnie nie prędko teraz gdziekolwiek wyjadę, ale być może któregoś dnia znów będę chciała wrócić do Ustki, a jeśli nie, to na pewno wrócę do Słowińskiego Parku Narodowego.





Oczywiście po naszym powrocie koty odżyły. Przez te 2 tygodnie zajmowała się nimi moja mama. Były bardzo stęsknione i niedogłaskane, bo jednak nie mogła poświęcać im tyle czasu ile one potrzebują. Mogłam obserwować je przez ten czas, ponieważ zamontowaliśmy małą kamerkę. Dzięki temu mniej się o nie martwiłam, ale nie zmniejszało to uczucia, że mi ich brakuje. Nawet tego budzenia o 3 w nocy. Bez nich było mi tak pusto i smutno. Dłuższe wyjazdy to jednak nie dla mnie. Na przyszłość zapewne będziemy jechać na krócej i parę razy.

A w ogóle, to chyba wraca mi wena twórcza. Kupiłam kilka rodzajów materiałów, żeby uszyć dla Mai (tak, zdecydowaliśmy się wreszcie na imię dla córeczki) kocyki i jakiegoś pluszaka :)
Powstanie też zapewne kilka masKOTKÓW na licytację na bezdomne koty. Zależy od mojego samopoczucia. Postaram się pochwalić, jak już coś uszyję, póki co czekam aż zasypią mnie paczki :)

5 komentarze:

Wakacyjnie i przedwyjazdowo

Może zacznę od tego, że jestem już spokojnym człowiekiem. Odszedł jeden stres – studia. Pod koniec czerwca obroniłam się!


Spodziewałam się pewnych trudności w zorganizowaniu obrony, ale moja promotorka stanęła na głowie, żeby termin był jak najszybszy. I udało się. Panie w Dziekanacie ogarnęły przewodniczącą komisji. Recenzent się dostosował, w sumie oni z promotorką mają dosyć dobre układy, współpracują w wielu projektach, więc akurat domyślałam się, że kwestia dogadania się między nimi nie będzie jakimś problemem.
Na obronie nawet nikt nie prosił mnie o omówienie mojej pracy. Poster miałam, byłam przygotowana, żeby coś opowiedzieć, ale komisja tylko zadała 3 pytania, dziękuję, magister, „kolejną osobę zapraszamy” :)
I tym sposobem mam już jeden stres mniej.
Spotkałam się ze swoją promotorką już po obronie. Kwiatki, podziękowania etc. Jestem w szoku, powiedziała, że dobrze jej się ze mną współpracowało. A ja cały czas myślałam, że ma mnie dosyć i modli się, żeby nigdy więcej nie mieć takich dyplomantów :D A tu zaskoczenie. To miłe :)


Urwisek już od dłuższego czasu bez kaftanika. Zupełnie zapomniał o wszelkich niewygodach i bólu. Sierść co prawda jeszcze mu nie odrosła, ale stał się żywszy i ma większą ochotę na psoty (mimo, że jest raczej starszy). No i powrócił apetyt :)
Badanie histopatologiczne potwierdziło, że to niestety mięsak. Teraz trzeba go bacznie obserwować, czy nic nie odrasta i regularnie badać, czy nie ma przerzutów. Kocurek jest pod stałą kontrolą, aby w razie czego szybko wychwycić wszelkie zmiany. Martwię się o niego, ale wiem, że w chwili obecnej nie mamy na nic wpływu. Wiemy tylko, że operacja była przeprowadzona prawidłowo, guz został wycięty całkowicie, nie został ani kawałek wrogiej tkanki. Jest więc szansa dla kiciusia.


Stan mojej Pureczki aktualnie też jest dla mnie zmartwieniem. Na dobrą sprawę nie wiadomo, co się z nią dzieje. Kicia zachowuje się całkowicie normalnie, jednak badania krwi (kontrolne, robione regularnie) wykazały podwyższoną kreatyninę. Od razu zrobiliśmy też USG (które wyszło dobre) i badanie moczu, które z kolei wykazało kreatyninę w normie, jednak okazało się, że pH jest mocno zasadowe i pojawiły się ketony. Nie mamy pojęcia co jest przyczyną. Póki co zakwaszamy mocz (preparatami z żurawiną) i na wszelki wypadek podajemy pastę, która ma rozbijać ewentualne kryształy, które mogą się w tej sytuacji pojawić w każdej chwili. Kot pod stałą kontrolą i obserwacją. Czy sika normalnie, czy nie boli, czy nie pojawia się krew w moczu… Koszty kosztami, to w tym momencie jest najmniejszy kłopot. Martwi mnie, że ona taka młodziutka już zaczyna chorować, a wetka nawet nie ma pomysłu co jej może być. To taka bezsilność. Przez miesiąc mamy podawać tą pastę i żurawinę, dopiero po tym czasie możemy powtórzyć badania i zobaczymy co wyjdzie...


Wczoraj miałam kolejne USG. Wszystko wyszło dobrze, nasze maleństwo ma 550 gram i  jest to dziewczynka :) Jeszcze nie mamy wybranego imienia dla córeczki, na razie jest kilka pomysłów, ale są w trakcie dyskusji. Musimy usiąść na spokojnie i wybrać.
No i będziemy mogli już powoli zacząć kompletować wyprawkę!


Aktualnie żyję naszym wyjazdem nad morze. Jedziemy już w najbliższą sobotę. Dwa tygodnie relaksu w Ustce. Zamierzamy również odwiedzić Słowiński Park Narodowy i tam chcemy mieć śliczną plenerową ciążową sesję zdjęciową. Uwielbiam to miejsce, zawsze będzie mi się dobrze kojarzyło. Właśnie dlatego zdecydowaliśmy się na plener właśnie tam. To będzie niezwykła pamiątka.
No i to prawdopodobnie nasz ostatni wyjazd przed porodem. Kolejny będzie możliwy dopiero w przyszłe wakacje, kiedy maleńka będzie miała już prawie roczek. Tak więc muszę korzystać z relaksu ile się tylko da! :)
Pozdrawiam cieplutko, odezwę się po powrocie z nad morza!

2 komentarze:

O wszystkim po trochu

Oj chyba muszę trochę nadgonić z informacjami. Trochę się dzieje, a ja kompletnie nie mam czasu pisać.

Pracę magisterską mam już w zasadzie na ukończeniu. Po cichu trzymam kciuki, że to była już ostatnia poprawka od promotorki. Ona tak samo ma już dość tematu jak i ja (a może i bardziej, bo w końcu nie jestem jej jedyną dyplomantką – musi co chwila czytać pracę kolejnej osoby).
Jeśli faktycznie nie będzie już nic więcej do dopisywania, to na dniach złożę ją w dziekanacie i będę czekała na wyznaczenie terminu obrony. Oby przed wyjazdem nad morze… Mam nadzieję, że uda się to zorganizować przed 4 lipca, ale liczę się z tym, że niestety może to nade mną wisieć dłużej, bo sekretariat zastrzega sobie, że ma czas na ustalenie terminu nawet na miesiąc od momentu złożenia pracy. Tak więc no… :/ Ale no nic, bądźmy dobrej myśli.

Urwis ma się już dobrze. Na początku chodził trochę jak pijany (po narkozie), ale już dzień po zabiegu widać było, że czuje się lepiej; a po wyjęciu wenflonu jego zachowanie całkowicie wróciło do normy. Ubranko weterynaryjne okazało się dla niego za małe (to naprawdę duży kocur), więc kupiliśmy mu dziecięce śpioszki :D Wyglądał w nich przecudnie :) I co najważniejsze – bawełniane, nie obciskające, Urwiskowi kompletnie nie przeszkadzały (a uwierzcie mi, są koty, które kubraczków wprost nie znoszą). Urwis aktualnie już po zdjęciu szwów, wszystko się ładnie goi, ewidentnie widać, humor mu powraca, guz wcześniej bardzo mu przeszkadzał – uciskał na kręgosłup. Teraz już tylko pozostaje mieć nadzieję, że nie zrobią się przerzuty, albo że nowotwór nie odrośnie. Póki co nadal czekamy na wyniki badań histopatologicznych pobranego materiału, wtedy powinno być już na 100% wiadomo z czym mamy do czynienia.


Długi weekendzik mija nam niezwykle miło. Bardzo spontanicznie postanowiliśmy zrobić sobie 2-dniową wycieczkę do Torunia i Bydgoszczy. Najlepsze jest to, że o wycieczce dowiedziałam się w zasadzie w dniu, w którym wyruszaliśmy. W piątek mój mąż zerwał mnie z łóżka o 7 rano i mówi ubieraj się i wychodzimy. Zabrał plecak na plecy, stwierdził, że już spakował tam mój portfel i wszystko co będzie mi potrzebne do „wycieczkowania się” i czekał gotowy do wyjścia. Prawdę mówiąc spodziewałam się bardziej jakiegoś pikniku na Kabatach, albo nad jeziorem Zegrzyńskim… :D
A tymczasem czekała mnie podróż do Torunia, nocleg, a następnie przejazd do Bydgoszczy. I wieczorem z powrotem do Warszawy :)
Miasteczka bardzo ładne i bardzo spokojne. Człowiek jedzie tam i ma wrażenie, że ludzie nigdzie się nie spieszą. Jest spokojnie, pełen relaks. Taki to urok mniejszych miejscowości. Jedyne, co mogło trochę przeszkadzać, to straszny upał. Ale z tego, co się orientuję, to w całej Polsce było gorąco jak w piekle.








Dzisiejszy dzień również nie należy do komfortowych, siedzimy w domu i czekamy do wieczora. Spacer najwcześniej po 18:30…
Moje koty też cały dzień leżą „bez życia”, tylko przekładają się z miejsca na miejsce, woda z misek znika tak szybko i niepostrzeżenie, jak by dosłownie sama parowała. Na jedzenie jakoś nie mają specjalnej ochoty.
Ja też teraz nie czuję się super komfortowo. Ciąża i upał zdecydowanie nie idą ze sobą w parze. Jestem jeszcze bardziej ospała niż zwykle. I te wiecznie spuchnięte stopy… :(
Ale już niedługo maluch zrekompensuje mi te niedogodności ;)
Pod koniec miesiąca mam kolejne USG, tym razem już będę wiedziała, czy synek, czy córeczka! Póki co czuję tylko takie lekkie łaskotanie w brzuchu :)


2 komentarze:

Dni mijają jeden za drugim…

Nie mam czasu na nic… Znów piszę raz od wielkiego dzwonu. Jest teraz trochę na głowie. Magisterka, która wcale tak łatwo nie idzie – moja promotorka wyszukuje coraz to nowe rzeczy nawet w miejscach, gdzie już coś zostało zaakceptowane. Dodatkowo dochodzi mi zlecenie, które jest dla mnie akurat nie dość, że sposobem na zarobek, a dodatkowo pewną formą odstresowania. No i jeszcze ciągłe bycie „pod monitorem” – jak nie jeden lekarz, to drugi, jak nie drugi, to trzeci, a jak nie to jeszcze badania. Ciągle jest coś, staram się trochę odpocząć, ale momentami jest ciężko.

Doszedł dodatkowy motyw do zmartwień – kocurek mojej mamy (z którym spędziłam swoje lata szkolne) nagle zachorował. Ma nowotwór, który jest klasyfikowany jako złośliwy. Póki co nie ma przerzutów, ale nigdy nie wiadomo co będzie i kiedy. Na dzień dzisiejszy kwalifikuje się do operacji, którą będzie miał w środę. Trzymajcie kciuki za Urwiska, to kochany i spokojny kot, nie zasłużył sobie na to, co go spotkało. Zupełnie nie mogę sobie z tym poradzić :(

Majówka udana – te kilka dni w Poznaniu to dla umysłu była odskocznia, fizycznie wyjazd był dla mnie męczący – chyba głównie dlatego, że w normalnych warunkach lubię długie spacery, a teraz w ciąży najchętniej bym spała :) Ale mimo zmęczenia było miło i nie żałuję tego wyjazdu. Poznań jest pięknym miastem, często niedocenianym. Warto odwiedzić, ale zdecydowanie NIE WARTO jadać w restauracjach na rynku – kiepska obsługa, jakość dań też nie powala… Ale jak się przejdzie kilka przecznic dalej, można odkryć naprawdę dobre jadłodajnie.

Poza tym u mnie nie wiele nowego. Dzień jak co dzień, raz słońce, raz deszcz. Trochę obowiązków, samopoczucie nadal jak Himalaje – ale i tak już trochę lepiej. Powoli wracam do samodzielnego gotowania, bo zapachy z kuchni już nie są aż tak bardzo uciążliwe jak wcześniej. Wszystko po mału wraca na właściwy tor, oby tak dalej ;)


4 komentarze:

Krótko i po trochu

Kwestię z poprzedniego postu udało mi się jakoś ogarnąć, zaświadczenie dostałam, ale musiałam się trochę nachodzić. Najważniejsze, że z sukcesem… :)

Aktualnie robię wszystko, żeby się obronić jeszcze przed pierwszym terminem obron. Pracę mam w zasadzie skończoną, musi jeszcze przejść przez weryfikację mojej promotorki. Z tym może być ciężko, bo ona lubi kolorować na czerwono cały dokument :D Ale jestem dobrej myśli. Moja praca jest dość krótka, ale to akurat nie będzie problem. Jeszcze nie wiem, jak się z tego cudaka obronię, ale mam nadzieję, że nikt brzuchatej nie uwali. Zwłaszcza, że wszem i wobec mówię, że na doktorat się nie wybieram…

Próbuję ogarnąć wcześniejsze absolutorium. Wstępnie mam już zgodę, ale muszę jeszcze dogadać szczegóły z jedną z wykładowczyń. Generalnie jest chętna pójść mi na rękę. Jeszcze tylko nie wiem na jakich zasadach.

Sercowo u mnie różnie, w zasadzie badania wychodzą w miarę ok, ale czuję się w kratkę. Staram się nie planować nic na długo przed, bo nigdy nie wiem jak się będę czuła. Czasem w ciągu godziny moje samopoczucie zmienia się na tyle, że jestem zmuszona odłożyć swoje wcześniejsze plany. Najciężej jest właśnie z zajęciami na uczelni, bo na ćwiczeniach muszę być. Z wykładami jest łatwiej o tyle, że to co stracę będę musiała nadrobić sama w domu. Ale przynajmniej nie mam problemu z nieobecnościami.

Chcielibyśmy pojechać na majówkę do Poznania. Jeszcze nie wiem jak to będzie. Nie wiem jak mam wszystko planować. Niby rezerwację zawsze można anulować, a bilet zwrócić…


4 komentarze:

To je Polska…

Jak na ironię piszę w Prima Aprilis, ale mój wpis nie ma nic wspólnego z żartami. No chyba, że jako jeden wielki żart potraktujemy naszą cudowną służbę zdrowia. To by się w sumie zgadzało….
Dlaczego psioczę na NFZ? Ano dlatego, że dostaję rozbieżne informacje i mimo spędzenia dzisiaj ponad 1,5 godziny w szpitalu (na planowej wizycie) nie załatwiłam kompletnie nic…
Zaczęło się od tego, że ponad 2 lata temu, kiedy byłam wypisywana ze szpitala łaskawi lekarze powiedzieli mi, że jeśli kiedykolwiek zajdę w ciążę nie wolno mi rodzić naturalnie, ponieważ moje serce tego zwyczajnie nie wytrzyma. Tylko i wyłącznie cesarka. Mówię: ok, nie ma problemu, operacje mi nie straszne, to praktycznie rutynowe zabiegi.
Czego się dowiaduję teraz? Otóż nikt mi nie wypisze zaświadczenia o wskazaniach do cesarskiego ciecia, bo nikt nie ma do tego kompetencji…

W punkcie kontroli stymulatorów pracuje lekarz, który przed swoim nazwiskiem nie ma jeszcze wpisanego jakże zaszczytnego tytułu „kardiolog”, więc nic mi nie może wypisać (skończył specjalizację, ale nie ma jeszcze przepracowanej odpowiedniej ilości godzin, żeby taki tytuł otrzymać). Ok, wszystko rozumiem, on nie może, ale na oddziale jest dużo ludzi z tym tytułem, niech załatwia.

Dzwoni więc do zespołu ablacyjnego (pod którego podlegałam w momencie przyjęcia na oddział i który wykonał mi ablację). Zespół ablacyjny mówi natomiast, że oni takiego zaświadczenia nie wystawią, bo po pierwsze oni mnie wyleczyli – nie mam już częstoskurczów, arytmii, tętna dochodzącego do 250 uderzeń na minutę i dodatkowej drogi przewodzenia – tak więc oni swoją „działkę” zakończyli. A po drugie, potem przejął mnie zespół stymulatorowy, ponieważ ablacja była powikłana blokiem (brakiem przewodzenia między komorami, a przedsionkami, co w efekcie skutkowało zatrzymaniem akcji serca), tak więc to oni powinni mi dalej wystawiać jakiekolwiek zaświadczenia i decydować o przebiegu mojego leczenia.

Dzwoni więc tym razem do zespołu stymulatorowego i czego się dowiaduje? Otóż zespół stymulatorowy stwierdza, że rozrusznik sam w sobie nie jest wskazaniem do cesarki (no bo przecież to właśnie dzięki rozrusznikowi jestem wyleczona i mogę normalnie funkcjonować), więc oni mi takiego zaświadczenia nie wypiszą. Wskazaniem do cesarki jest fakt, że mam napadowy blok całkowity i nie mogę rodzić siłami natury. Kazali się więc zgłosić do zespołu ablacyjnego, który takie zaświadczenie ma wypisać.

I tak kółeczko się zamyka, ponieważ nikt nie chce ponieść odpowiedzialności, nikt nie chce podpisać się nazwiskiem. Nie wiem czego się boją, co niby mogłoby się stać…
W każdym razie zostaję „na lodzie” – albo będę ryzykować i rodzić naturalnie, albo wezmę cesarkę na żądanie i zapłacę niemałe pieniądze… Bo raczej nie mam co liczyć na przekonanie ginekologa, żeby mi takie zaświadczenie wypisał ze względu na to, że ginekolog mówi, że się na tym nie zna i potrzebuje konkrety od kardiologa…
Po prostu paranoja….
Nie mam już siły dzisiaj pisać nic więcej, może na dniach…
Na poprawę nastroju Purka :)


0 komentarze:

Krecik, chałka z sosem pomidorowym, mruczki, metro i trochę lata

Ogólnie będzie dziś o wszystkim po trochu (+ zdjęcia) – notka zapowiada się długa (ale mam nadzieję, że nie nudna). Ostatnio dosyć dużo się wokół mnie dzieje i nie zapowiada się, żeby miało być inaczej. Ogólnie to bardzo pozytywne, bo mobilizuje do działania i nie pozwala się nudzić.

„Praga piękna, Praga śliczna, zakochasz się w Pradze, nie będziesz chciała stamtąd wracać!” – to słowa większości osób, które odwiedziły Pragę. I guzik. Owszem, miasto jest faktycznie ładne, prawie całe utrzymane w klimacie naszej Warszawskiej Starówki. Ich wojna nie dotknęła aż tak mocno jak Warszawę. Bardzo dużo klimatycznych miejsc, małych uliczek, uroczych kamieniczek… Ale żebym miała się jakoś zakochać i nie chcieć wracać…? No nie, chciałam już wracać, nawet bardzo. Już 4 dnia w Pradze praktycznie nie było co robić. Zwiedziliśmy i zobaczyliśmy wszystko co było tam do zobaczenia. Może, gdybyśmy mieli samochód, to byłoby trochę inaczej. Pojechałoby się gdzieś dalej, zobaczyło coś jeszcze w samych Czechach. A tak mogliśmy liczyć tylko na komunikację miejską i pociągi. Zrobiliśmy sobie jednodniową wycieczkę do Brna – studenckiego czeskiego miasteczka. To co nas zaskoczyło, to bardzo niskie ceny (praktycznie wszystkiego) od obiadu po biżuterię. Ponad połowę taniej niż w Pradze. A Praga w gruncie rzeczy też do bardzo drogich miast nie należy.
Czesi – w większości mili, ale kompletnie nieogarnięci i nie znali angielskiego. Gdyby ta sytuacja dotyczyła tylko osób starszych, to pewnie nie byłabym mocno zdziwiona, ale w sklepach, restauracjach, na dworcu kolejowym i nawet na lotnisku (!!) szybciej zrozumieli nas po polsku, niż po angielsku… Komedia :D
Kuchnia czeska – chyba wszystko zależy od tego gdzie się zje. Wszelkie restauracje w okolicach rynku są drogie i niespecjalne. Raczej nie cieszą się super opinią, ale z pewnością są częstym miejscem spotkań. Ale to raczej normalne – tak jak i u nas. Jeśli chce się spróbować czegoś naprawdę dobrego, trzeba pojechać trochę dalej od centrum. Restauracje (najczęściej mniejsze) z dużo lepszym menu; dania aromatyczne i dobrze doprawione. Cenowo też trochę taniej, ale tą różnicę da się odczuć raczej przy większym zamówieniu.
Bardzo polecam kocią kawiarnię. Podają całkiem nienajgorszą herbatę i ciasto bananowe. I mają 7 cudownych kotów, które towarzyszą gościom :) Są rozmruczane i rozmiziane. Dla mnie raj :D
Podsumowując: Jeśli nie byliście w Pradze, to warto pojechać, ale nie na dłużej niż 5 dni. I mimo wszystko nie nastawiajcie się na Bóg wie co, bo się rozczarujecie (to chyba był mój największy problem – nastawiłam się na coś super „z wodotryskami”).









Na początku miesiąca doszłam do wniosku, że zebrać się samej w domu do ćwiczenia jest bardzo ciężkie. Człowiek odkłada to z dnia na dzień, bo „ciągle coś”. A to praca domowa, a to trzeba się nauczyć, a to człowiek zmęczony, a to za późno… wymówek można wymyślać setki, jak nie tysiące. W efekcie razem z moją mamą i jej koleżanką zapisałyśmy się na ćwiczenia na piłkach z elementami pilatesu. No muszę przyznać, że zajęcia mega. Trenerka bardzo ogarnięta, ćwiczenia naprawdę było czuć – szczególnie kolejnego dnia, jak człowiek ledwie wstawał z łóżka :D Moja mama z koleżanką na zajęcia chodzą dalej, ja musiałam z nich niestety zrezygnować na kilka miesięcy. Teraz są rzeczy ważniejsze.
Nareszcie nam się udało i jestem w ciąży :) Aktualnie 5 tydzień. Pilatesu może nie mogę, ale są ćwiczenia dla ciężarnych i prawdopodobnie się na nie zapiszę. Lubię ruch.
Generalnie postaram się bardzo tutaj nie spamować tematami ciążowymi i dziecięcymi, wiem że czasem może to być denerwujące. Szczególnie, kiedy czytasz jakiegoś bloga od dawna i nagle pojawia się dziecko. I temat bloga praktycznie z dnia na dzień zmienia się w poradnik jak być dobrą mamą + miejscem na opis testowanych pieluszek, kaszek albo innych dziecięcych bibelotów. Myślę, że do tego stopnia mi nie odwali, ale musicie zrozumieć, że jest to dla mnie temat ważny i czasem coś związanego z bobasami się może pojawić.


Tak „z innej beczki” – doczekaliśmy się wreszcie kociego tymczasika. Kocurka, który będzie u nas mieszkał do momentu, aż znajdzie swój własny dom stały. Podjęliśmy tą decyzję już jakiś czas temu, ale dopiero wczoraj kotek do nas przyjechał. To drobny burasek. Nie mam pojęcia w jakim może być wieku, weterynarzowi nie udało się tego dokładnie określić, może mieć 2, a może mieć 5 lat. Myślę, że za jakiś czas przejdziemy się z nim na kontrolę i szczepienia (już do mojego weta), ale czekamy jeszcze chwilę, bo to trafienie do nas to z pewnością jest dla niego duży stres. Nie chcę mu niepotrzebnie dokładać.
Kocurek jest miły i ewidentnie kiedyś miał dom. To niesamowite jak on potrafi okazywać miłość człowiekowi, mimo tego jak został kiedyś potraktowany. Wyrzucony z domu niczym niepotrzebny śmieć. Dlaczego? Tego nie wiemy na pewno, można tylko podejrzewać. Wśród kotów wolnożyjących pojawił się nagle, kompletnie nie mógł się odnaleźć, nie wiedział co się dzieje. Karmicielka zorientowała się dosyć szybko, że to przyjazny kotek, ale że ma problemy z jedzeniem. Właściwie… wcale nie jadł. Jego poprzedni właściciele nie zadali sobie trudu, żeby pójść z nim do weterynarza i zorientować się co się dzieje. Łatwiej było go wyrzucić. A kot miał jedynie zapalenie dziąseł. Na podwórzu nabawił się dodatkowo świerzbu. Przeleczony i ogarnięty przez fundację trafił do nas. Jak tylko się do niego odezwie to już mruczy i ugniata łapkami <3

W sumie zapomniałam się pochwalić – zmieniliśmy (znów) lokum. Teraz wynajmujemy kawalerkę na warszawskim Ursynowie praktycznie przy samym metrze. Mokotów był dla nas fajny, ale w naszej cenie ciężko było znaleźć mieszkanie, gdzie właściciel akceptowałby zwierzęta. A wyprowadzka była niestety konieczna, bo nasz sąsiad z dołu (typowy oryginalny trójpaskowy dres) postawił sobie za cel wyganiać stamtąd wszystkich wynajmujących.  Powiedział nam, że nie po to zajmował się przez lata staruszką, która tu wcześniej mieszkała, żeby teraz nic z tego nie mieć. Miał nadzieję, że staruszka przepisze mu mieszkanie, albo co najmniej będzie miał prawo pierwokupu. No i zonk - rodzina sprzedała mieszkanie komu innemu, a dresik został z niczym. Nie wiem jak to potoczy się dalej, ale życzę powodzenia właścicielce, bo na serio będzie miała problem z tymi wynajmami…
A ja (szczególnie teraz w ciąży) nie zamierzam się stresować jakimś kretynem. Przeprowadzka była dobrym rozwiązaniem, wreszcie mam szansę wypocząć w mieszkaniu i normalnie przesypiać noce. Mieszkanie jest widne, koty nie są problemem, można było się wprowadzić praktycznie od zaraz.

Co prawda trochę się już rozpisałam, ale chciałam jeszcze napisać o naszych planach wakacyjnych. Właściwie nie wiem nawet, czy wypalą, wszystko zależy od tego jak się będę czuła (bo to już będzie drugi trymestr i brzuch zacznie ważyć swoje), ale chcielibyśmy zwiedzić Europę. Zmotywowały nas do tego rewelacyjne połączenia kolejowe między większymi miastami. Np. będąc w Pradze mogliśmy w niecałe 4 godziny pojechać do Wiednia. I pewnie byśmy tak zrobili, ale zorientowaliśmy się za późno, że się da w logicznym czasie i w logicznej cenie.
Dlatego teraz będziemy planować tylko o jeden krok w przód. Chcielibyśmy zrobić trasę Berlin – Amsterdam – Bruksela – Paryż – Wenecja – Rzym. A potem w drodze powrotnej może coś jeszcze wyskoczy, zależy gdzie będą przesiadki. W ciąży wolałabym unikać samolotów. Poza tym pociągiem to jeszcze zawsze człowiek coś zobaczy, może wstać, pochodzić… Jedzie się dłużej, to fakt, ale ja lubię jeździć pociągiem (mam tak od dziecka).
Czy wycieczka się uda? Tego nie wiem i nawet mocno się na nią nie nastawiam. Bo przecież jak nie tu, to gdzie indziej. Jak nie objazdówka, to tydzień na Bałtykiem :) Najważniejsze, że razem.

5 komentarze: