Sierpniowo – upalnie

Nie było teraz czasu na pisanie. W ogóle mam teraz mniej czasu na komputer. To co robię w internecie najczęściej udaje mi się ogarnąć przez telefon – to jest pocieszające, dzięki temu jestem w stanie lepiej zarządzać czasem.
Po wakacjach (raptem 2 tygodniowych) nagle mam masę badań i wizyt lekarskich, a jak wracam z nich (szczególnie w taki upał jakiego można było doświadczyć w ostatnich dniach), to uwierzcie – człowiekowi odechciewa się już wszystkiego.
W te najgorsze dni radziliśmy sobie tylko dzięki zimnym prysznicom, wiatrakowi i hektolitrom wody mineralnej. Nawet koty nie miały nic przeciwko, jak przecierałam im futerka mokrym ręcznikiem, wręcz ustawiały się w kolejce... Chętnie też korzystały z takiego wynalazku jak mokra szmata leżąca na podłodze. Woda zmieniana co 2-3 godziny (na zimną plus często wrzucałam im do miseczek z piciem po kostce lodu)… I jakoś się udało. Dziękuję Bogu, że upały się skończyły, teraz mogę zacząć wreszcie oddychać…



Mamy teraz trochę zmartwień głównie w pracy (a może powinnam powiedzieć ex-pracy) mojego męża. Nie będę się rozpisywać, bo to w gruncie rzeczy nie dotyczy mnie bezpośrednio, jednak mimo wszystko dostarcza mi pewną dawkę stresu. Ale teraz będzie już tylko lepiej, zmiana pracy powinna rozwiązać problemy.
Ja też intensywnie szukam pracy. Tak, ciąża nie jest dla mnie żadnym ograniczeniem w tej kwestii. Do rozwiązania mogę normalnie pracować, potem nie widzę kłopotu w pracy zdalnej i kilka razy w miesiącu w biurze. Jestem zorganizowana i terminowa, więc wiem, że sobie poradzę. Studiowałam dziennie przez ostatnie 2 lata i robiłam kilka projektów w tym czasie. Nigdy nie miałam kłopotów z ilością obowiązków i pogodzeniem uczelni z pracą. Tak więc dlaczego teraz miałabym mieć problem z pogodzeniem urlopu macierzyńskiego z pracą?
Tak więc latam na rozmowy, ale póki co niewiele z nich wynika. Mój brzuch jest do tej pory narzędziem odstraszającym potencjalnych pracodawców, mimo, że otwarcie informuję ich o swoich możliwościach i umiejętnościach organizacyjnych, a oni przecież i tak zawsze dają umowę na okres próbny, ewentualnie śmieciową formę zatrudnienia (dzięki czemu mogą się w razie czego szybko wycofać z ewentualnej współpracy ze mną).
Ale to są właśnie polskie realia. Coraz bardziej zastanawiam się nad możliwością wyjazdu za granicę, ale nie wiem czy wytrzymam to psychicznie.

Martwi mnie fakt, że siedzę w domu i robię za przysłowiową „kurę”. Nie chcę tego, źle się czuję w tej roli, nie chciałabym, żeby moja córka patrzyła na mnie w ten sposób – matka opiernicza się w domu, a tatuś pracuje… Czuję się przez to wszystko totalnie bezużyteczna i niedoceniona. Wcześniej dyskwalifikowały mnie studia dzienne, a teraz ciąża. Boję się, że żadne dziecko nie chciałoby mieć matki, do której bez przerwy przyczepiona jest plakietka „życiowy nieudacznik”, bądź „ofiara losu”. Córka chciałaby mieć mamę, która będzie jej autorytetem. A ze mnie jaki autorytet?
Bez pracy i bez perspektyw, na dodatek jestem cholerykiem, więc łatwo mnie zirytować i szybko się załamuję, kiedy wszystko idzie pod górkę. Dlatego jestem już zmęczona wiecznym szukaniem pracy, marnowaniem czasu na jeżdżenie z rozmowy na rozmowę, kiedy widzę, że nic z tych rozmów nie wynika. Ok, żadna praca nie hańbi, mogłabym iść pracować w sklepie na kasie, ale ja chcę od życia trochę więcej, chcę się rozwijać, pracować w fajnym zespole, mieć jakieś perspektywy… Może wymagam od życia zbyt wiele…?
Ok, koniec marudzenia.

Moja wena twórcza ostatnio przerodziła się w uszycie 3 kocyków i maskotki dla córci. Natomiast ze skrawków powstało kilkanaście masKOTKÓW, które będą sprzedane charytatywnie przez Koterię. Prawdopodobnie pojawią się na pikniku w Kafce we wrześniu. Jeśli coś zostanie po pikniku, to pewnie pojedzie na wystawy kotów (gdzie również fundacja się czasem wystawia). Czasem mam taki dryg, że szyłabym i szyła. To bardzo często poprawia humor.



4 komentarze: