Wakacje nad Tamizą

Nasze wakacje w Londynie okazały się prawdziwymi wakacjami. Takimi, na których można wypocząć psychicznie i oderwać się od zobowiązań. Do Londynu polecieliśmy sami z mężem. Nasza córeczka została w Warszawie ze swoją babcią (a moją mamą). Instytucja babci jest chyba najlepszą z możliwych i nie wyobrażam sobie jak można funkcjonować bez niej. Podziwiam matki, które radzą sobie całkiem same.



Mogliśmy pierwszy raz od blisko roku pozwolić sobie na wstanie z łóżka o 9:00, na spacery po zmroku, na spontaniczne pomysły i na zwiedzanie wszystkiego w swoim tempie.
A do zwiedzania w Londynie jest sporo.
Fakt, że to nasz drugi pobyt w stolicy Anglii, sporo udało nam się zobaczyć poprzednim razem, teraz uzupełniliśmy to, gdzie nie zdążyliśmy pójść ostatnio.


Po raz kolejny poszliśmy do British Museum i do Natural History Museum, żeby zobaczyć to, co pominęliśmy ostatnio, oraz to co się zmieniło. To są te dwa muzea, które powinny się znaleźć na liście każdego turysty, który odwiedza Londyn. Mnie osobiście urzekło to drugie i przy kolejnej okazji z chęcią zajrzę tam ponownie.


Warto zobaczyć także Tate Modern - muzeum sztuki nowoczesnej. Ja prawdę mówiąc nie jestem fanką wygibasów (może zwyczajnie się nie znam), nie mniej jednak pójście tam, to dla mnie ciekawe doświadczenie. Warto wjechać na 10 piętro na taras widokowy, ale osobiście współczuję mieszkańcom okolicznych apartamentów, którym co dzień tłumy ludzi zaglądają w okna.

Jak już jestem przy tarasie widokowym - amatorom pięknych panoram polecam również Sky Garden. Jest to 35 piętrowy biurowiec, w którym na samej górze zorganizowano kawałek zieleni. Można usiąść i napić się średniej jakości kawy lub zjeść taki sobie obiad i obserwować Londyn z góry. Wjazd na górę jest darmowy, ale i tak trzeba wcześniej zarezerwować sobie godzinę.



Zaliczyliśmy oczywiście również przejazd czerwonym piętrowym autobusem oraz kolejkę linową Emirates Cable Car. Niezapomniane wrażenia :)

Londyn słynie z zakupów. Największa ulica handlowa Oxford Street - zaludniona o każdej porze dnia - jest wypełniona sklepikami, butikami i biżuterią w dość wysokich cenach oraz chińskimi syfnymi pamiątkami. Tam raczej ciężko znaleźć cokolwiek unikatowego i ciekawego. 
Jeśli szuka się czegoś na prawdę fajnego, to warto odwiedzić jeden z kilku marketów. Najbardziej nietypowy to Camden Market - jak się dobrze poszuka, to można wyhaczyć  unikatowe przedmioty - ubrania, biżuterię, antyki, limitowane płyty CD i winylowe i wiele innych. Są także sklepiki z bardziej popularnymi rzeczami, w takim zaopatrzyłam się np. w wielokolorowe trampki (które tak swoją drogą są dość popularne w Wielkiej Brytanii).




Drugi market, który bardzo mi się spodobał to ten, który jest w dzielnicy Greenwich. Zlokalizowany jest w bramie między budynkami, jest o wiele wiele mniejszy niż Camden, ale ma swój urok. Znajdzie się tam więcej przedmiotów handmade i sporo rzeczy dla dzieci (a będąc w Greenwich warto odwiedzić również obserwatorium).
Ale ciekawe sklepiki i butiki można znaleźć także bliżej centrum Londynu w dzielnicy Soho. Jest tam w sumie wszystko i nic - sklepy z koraliczkami, grami, kartkami i elementami papierniczymi, kolorowymi do granic możliwości butami (np. te na zdjęciu poniżej, koleżanka stwierdziła, że idealnie nadawałyby się, żeby zasadzić komuś kopa w tyłek), przydasiami i kurzołapami oraz… nietypowe ciekawe kawiarenki i knajpki praktycznie z przekroju całego świata (chińszczyzna przez tajskie, japońskie, francuskie aż po amerykańskie). Wiele z nich na prawdę dobre i godne polecenia. Do Soho warto się przejść również po to, aby poczuć klimat tego hipsterskiego Londynu, tego którego nie poczuje się na Oxford Str. ani nigdzie indziej.



W samym Londynie sporą atrakcją może być przepłynięcie się po Tamizie. Najtańszą i chyba najfajniejszą opcją jest skorzystanie z tramwaju wodnego (można płacić za pomocą Oyster Card). Przejazd taki trwa tyle ile ma się czasu albo ochoty - można w każdej chwili wysiąść na dogodnej stacji i ruszyć w dalsze zwiedzanie.


Spełnionym marzeniem z dzieciństwa okazała się dla mnie wizyta w m&m’s world. Sklep z 3 ścianami wypełnionymi cukierkami m&m’s. Jadłabym je garściami… Staram się ostatnio odżywiać w miarę możliwości zdrowo, więc skończyło się na jednej torebce, którą będę jadła chyba przez najbliższy rok ;)



Obowiązkowym punktem programu (przynajmniej mojego) było odwiedzenie Lady Dinah’s Cat Emporium. Cudowna i klimatyczna kocia kawiarnio - restauracja. Koty są cudowne, choć leniwe i raczej niechętne do zabawy (przynajmniej ja akurat tak trafiłam). Nie mniej jednak przyjemnie było napić się czekolady w ich towarzystwie.







Koty spotykam zawsze i wszędzie - gdzie nie pojadę - czy to na wakacje, czy biznesowo mruczek musi być. Tak było również tym razem. Tę piękną damę spotkałam na jednej z londyńskich uliczek. Nie bała się, sama podeszła i domagała się pieszczot. Ewidentnie ktoś ją dokarmia, ale chyba nie zaspokaja jej potrzeb emocjonalnych. Strasznie mi jej szkoda, gdybym miała więcej czasu, to spróbowałabym jej zorganizować przylot do Polski i jakiś dom tymczasowy. To jest dla mnie najtrudniejsze w wyjazdach za granicę - te wszystkie kochane koty trzeba zostawić tam gdzie żyją, mimo że one zasługują na więcej. Powinny mieć dom, być rozpieszczane i zasypiać ze swoim człowiekiem na podusi. A zamiast tego mają tylko ulicę i fakt, że ktoś czasem postawi im puszkę albo wysypie chrupków… Nie mają imienia, a ich przeszłość i przyszłe losy nikogo nie interesują…




Od mojego ostatniego pobytu Londyn się nieco zmienił. Przybyło wiele muzułmanek oraz… wielu polaczków cebulaczków słoiczków na obczyźnie.
Ja miałam chyba tę wątpliwą przyjemność trafić do hotelu w polskiej dzielnicy.
Przy samym metrze był mały skwerek, a w nim panowie na ławeczkach z browarem „Żywiec” zakupionym w pobliskim monopolowym pt. „polski sklep” i słuchający polskiego disco polo na gównianym bumboxie za 5 funtów. Oczywiście co drugie słowo leciały panienki i męskie członki, narzekali na zły świat, na to jak im ciężko i na inne bardzo życiowe tematy.
W metrze wielki pan polaczek boss wszystkich bossów na dzielni, który przyjechał do ingland, żeby łork hiir. Jechał taki i darł ryja na cały pociąg (rozmawiając z kimś po polsku przez telefon), że on dzisiaj przyjdzie na piwko, albo wódeczkę i przyniesie dobre ogórki, bo jego Halinka właśnie zrobiła. „No ale jak to Baśka się nie zgadza? Przecież to nie możliwe… jak to ona nie będzie pić? No i co z tego, że jutro do roboty…?” Stanęło na tym, że i tak przyjdzie, bo ma ochotę na biir w jego towarzystwie, a jak Baśka nie chce, to niech wyjdzie.
Wstyd mi było odzywać się do Adama po polsku, żeby miejscowi nie skojarzyli, że to ten sam naród.
W samolocie wcale nie było lepiej. Leciał za nami pewien pan Seba (dorosły dres) ze swoją Krystyną. Wepchał swoją szanowną torbę na półkę z takim impetem, że komuś dalej coś pospadało, nasz bagaż zgniótł ręką i był wielce zadowolony z siebie. Na prośbę, żeby robił to delikatniej, bo w plecaku jest woda odburknął, że to nie jego problem. No cóż, woda była w kieszonce z siateczki, więc w najgorszym wypadku zalałaby bardziej jego torbę niż naszą, co wyraźnie paniczowi wyjaśniłam z uśmiechem na twarzy. Jego reakcja? Przez bite pół lotu nadawał (chyba sam do siebie, sama nie wiem), jakie to z nas słoiki, jak to ogórkową wieziemy i jeszcze go straszymy, że mu zupa zaleje ciuchy, żebyśmy jeszcze kartofle zabrali z polski… ludzie mieli taki ubaw że hej, a Krystyna cały czas paliła buraka…
I tacy ludzie nas tam reprezentują. Oni nam wyrabiają opinię. Kompletnie się nie dziwię, że Anglicy nas tam nie chcą, że uciekają z Unii i że mają już tego wszystkiego dość.
Pójdzie taki polaczek do pubu, nawali się w cztery litery i sadzi się do miejscowych. A potem się dziwi, że dostał w mordę… Sama bym takiemu dała po łbie, jak by przyjechał do mojego kraju i jeszcze by mu ciągle coś nie pasowało.

No cóż, Londyn jest piękny, ale chyba długo tam nie pojadę. Może za trochę coś się zmieni, może będzie mniej chamstwa, ludzie zaczną patrzeć przez trochę inny pryzmat.





Wakacje mimo wszystko nam się udały. Wróciliśmy do domu stęsknieni za Majką i kotami. W przyszłym roku postawimy może na jakieś cieplejsze miejsce i kto wie, może znów będzie to urlop tylko dla nas? ;)

A na koniec jeszcze wrzucam filmik naszego autorstwa - Londyn w pigułce :)
Trzymajcie się ciepło!




4 komentarze:

Z dobrym nastrojem na nowy tydzień

Dobry humor przyszedł do mnie od początku tygodnia. Czuję w sobie siłę i dużo energii. Mam ochotę wsiąść na rower i objechać pół Warszawy i wiem, że dziś dałabym radę. Szkoda, że póki co mogę tylko pomarzyć o nocnych wycieczkach. Kiedyś wszystko było łatwiejsze, ale mimo to jestem zadowolona z tego jak aktualnie wygląda moje życie i w żadnym wypadku nie zamieniłabym go na inne.

Majkowy żłobek wypadł w sumie dobrze. Adaptacja przebiegła super - pierwszego dnia Majka bawiła się godzinkę z ciociami, a ja siedziałam na ławce. Kolejne dni zostawała już sama najpierw na 3, a potem na 5 godzin. Wszystko szło super, nie płakała, bawiła się, jadła z dokładkami i była zadowolona. Kiedy zaczęła już regularnie żłobkować - po te 6-7 godzin - nagle zaczął się płacz. Płacze jak mąż ją zanosi, płacze jak ciocia zostawia na chwilkę samą, płacze jak inne mamy odbierają wcześniej dzieci. Ale suma summarum nie jest źle - w ciągu dnia bawi się i wszystkich zaczepia, ja jeszcze póki co staram się przychodzić po nią koło 16, żeby mimo wszystko miała więcej czasu na oswojenie się z tą nową rzeczywistością.
Po pierwszym tygodniu zaliczyła już swoją pierwszą w życiu chorobę, na szczęście tylko trzydniówka - skończyło się tak samo szybko jak się zaczęło. Dziś jeszcze siedziała ze mną w domu, jutro znów wraca do dzieci.
Nadal jestem dobrej myśli i mocno trzymam za nią kciuki, bo choć może się tak w pierwszej chwili wydawać, to mimo wszystko ta rozłąka nie jest dla niej łatwa.

Już lada moment, bo w następną środę, szykuje nam się trip do Londynu. Nie mogę się doczekać zwiedzania Muzeum Historii Naturalnej.
Sama jeszcze do końca nie wiem jaki mamy dokładnie plan, bo nie mam pewności w jakim składzie jedziemy. Pierwotnie miałam jechać z mężem i córką, ale jeśli udałoby się, że mała zostanie z babcią, to wolelibyśmy pobyć trochę sami. Brakuje nam takich momentów, kiedy możemy spędzać ze sobą czas wiedząc, że nie przerwie nam płacz, albo godzina powrotu do domu. Co prawda bilety na samolot już kupione, ale jestem skłonna stracić te kilka złotych za bilet Majki na rzecz odpoczynku. Zobaczymy jak sytuacja się rozwinie i co w końcu postanowimy.
Dla małej byłoby lepiej, gdyby była tutaj - miałaby stały rytm dnia (czego nie mogę jej zapewnić na wakacjach) i nie traciłaby zajęć w żłobku (akurat jak nas nie będzie przychodzi m.in pani prowadząca dogoterapię). Po cichu liczę na to, że moja mama się zgodzi, dużego kłopotu mieć nie będzie - zaprowadzić do żłobka, odebrać ze żłobka, posiedzieć 2 godziny, wykąpać, nakarmić i położyć spać. I od 19:00 ma czas dla siebie. To tylko tydzień, więc myślę, że sobie poradzi.

Poza wyjazdami trochę się u mnie dzieje (nareszcie!).
Mogę już zacząć poszukiwania pracy, przygotowuję się do tego, aby znów wrócić do ludzi, przeprosiłam się z oprogramowaniem, na którym będę pracować, robię drobne projekty (ot sama dla siebie), które ułatwią mi zmianę branży (mam nadzieję, że to wypali).
Jeszcze przez wrzesień mam więcej czasu, żeby zadbać o siebie - częściej wychodzę na rower, znów zaczęłam malować paznokcie.
Ostatnio udało mi się stworzyć coś na prawdę fajnego. Zainspirowałam się jednym z tutoriali na YouTube i postanowiłam sama spróbować.
Takie esy floresy robi się bardzo łatwo. Do filiżanki nalewam wody (temperatura pokojowa) i wlewam po kropelce różnych lakierów - każdy z nich powinien się ładnie rozchodzić. Co prawda nie każdy lakier się do tego nadaje, ale większość sobie radzi (moje ulubione to te z Inglota). Potem patyczkiem robię taki wzór, jaki mam ochotę mieć na pazurkach i zanurzam palec w wodzie. Nadmiar lakieru zbieram patyczkiem i viola! ;)
Ważne jest tylko to, żeby najpierw położyć sobie bazę (ja akurat wybrałam kolor biały), bo bez bazy będzie wyglądać kiepsko.
Zmywanie nadmiaru lakieru, który osadził się na palcach to praktycznie syzyfowe prace, ale na to też znalazłam sposób.
Jest bardzo prosty, kosztuje w granicach 2-5zł i nazywa się „klej Wikol” (można go kupić w sklepie papierniczym).
Nakłada się go dokładnie na całe palce (ja nakładam z dwóch stron), czekam chwilę aż wyschnie, wykonuję manicure, a potem zdejmuję klej z palców jak taśmę klejącą.
Dzięki temu oszczędzam sobie tak z pół godziny roboty ;)
Ogólnie jak macie chwilkę, to polecam się pobawić, bo na prawdę fajny efekt. Ja dzięki temu, że odżyłam emocjonalnie znów mogłam wrócić do kombinowania i nawet złapałam się za maszynę do szycia. Akurat była okazja, bo moja znajoma jest w ciąży i postanowiłam zrobić jej niespodziankę szyjąc kocyk, poszewkę na podusię i przytulankę jeżyka dla jej synka. Cały dzień roboty, a ja czułam się tak szczęśliwa i wypoczęta jak bym leżała do góry brzuchem na słonecznej plaży!
Nasze życie towarzyskie również się ostatnio poprawiło. Może nie są to jakieś wyżyny, ale zdarza mi się od czasu do czasu wyjść z kimś na kawę, albo zaprosić kogoś do nas. Dzięki temu czuję, że jednak nie wszyscy o mnie całkiem zapomnieli, a nawet jeśli, to mimo wszystko od czasu do czasu sobie o mnie przypominają. W efekcie miałam nawet szansę nauczyć się robić sushi i… nie taki diabeł straszny ;)
Myślę, że jeszcze nie raz zrobimy - wyszło lepsze niż w restauracjach. Fakt faktem - staram się ostatnio nie jeść białego ryżu, bo nie jest on do końca zdrowy (w ogóle zmieniłam nawyki żywieniowe), ale jednorazowe odstępstwo od tego bardzo nie zaszkodzi.
Ogólnie nasza dieta jest fantastyczna - jem regularnie, zdrowo i smacznie, nie zdarzyło mi się, żebym była głodna, porcje mam niekiedy większe niż przed dietą, a jednak czuję się lżej i jakoś tak ogólnie lepiej. Trochę schudłam, więc może moja sylwestrowa sukienka nie poszła jeszcze na straty :P
Nadal trzymajcie kciuki, jak będzie szło tak jak idzie, to może wrócę w końcu do mojego magicznego rozmiaru 38!
Rower i długie spacery też na pewno robią swoje.
Postanowiliśmy nawet kupić dla Majki nosidełko, bo plątanie jej w chustę w ostatnim czasie bywa trudne. Mała się wierci, odpycha i cała misterna konstrukcja chusty idzie w zapomnienie. Chusta tak, ale zdecydowanie dla mniejszego buba. 
Moje wrażenia odnośnie tuli - rewelacja! 
Na dłuższe wyprawy oprócz wózka biorę ze sobą nosidełko, mała bardzo chętnie zmienia pozycje, patrzy na świat z innej perspektywy i jest zadowolona.
A na krótsze wyjścia np. do sklepu, czy na pocztę - łatwiej tak niż tłuc się z wózkiem. I nie, absolutnie nikt mi nie płaci za reklamę, reklamuję to, co sama polecam :P

Z tematów trudniejszych: cały czas mocno się łamię, czy odwiedzić mojego ojca. Nie widziałam się z nim już ponad rok. Tak na prawdę ostatni raz byłam u niego jeszcze zanim zaszłam w ciążę. Jakoś nie mam serca, żeby znów go odwiedzić, kompletnie nie mogę się przekonać, nie potrafię mu wybaczyć tych cholernych 18 lat, kiedy nie chciał mnie znać. I nagle po 18 latach doszedł do wniosku, że żałuje tych wszystkich lat, że przecież ma córkę… Już od prawie 8 lat próbuje naprawić naszą relację, a ja nadal mam czerwoną lampkę w głowie i jakoś nie potrafię mu zaufać. Czasem mam wrażenie, że nawiązał kontakt tylko dlatego, że jego syn ma go głęboko gdzieś. Sama nie wiem ile zrozumiał, a na ile chce mnie w przyszłości wykorzystać do alimentów. Dlaczego ja jakoś nie potrafię ot tak po prostu uwierzyć w czyjeś dobre intencje? Są takie momenty, że żałuję, że podałam mu mojego maila, są takie, że jestem zła na siebie, że ograniczam ten kontakt (w tym momencie nawet nie mam specjalnie dużo czasu na siedzenie w sieci i spotkania, ale to już inna sprawa). Może byłoby mi łatwiej w życiu, gdybym była bardziej naiwna i głupia… Czasem mam mętlik w głowie i nie wiem co powinnam zrobić. Dorosłe życie wcale nie jest takie łatwe, a przynajmniej nie na tyle na ile myślałam kiedy byłam dzieckiem.

Z teściami też nie mam super kontaktu, rozmawiamy raz od wielkiego dzwonu. Nigdy specjalnie za mną nie przepadali, nigdy nie traktowali jak rodziny - ot taka trochę na doczepkę. Teraz wcale nie jest lepiej. Od kiedy pojawiła się Majka jedyne czego oczekują, to zdjęć i filmów. Nie zależy im jakoś mocno na kontakcie ze mną, z moją córką też nie specjalnie… ale zdjęcia małej zawsze, chyba tylko po to, że trzeba się pochwalić znajomym, że ma się wnuczkę! Na moje urodziny i imieniny nie zawsze zadzwonią, czasem tak, a czasem nie. Serio, ja nie oczekuję prezentów (choć trochę dziwnie się czuję, kiedy mąż coś od nich dostaje, a ja jestem pominięta, ale jakoś nawet bardzo mnie to nie dziwi), ale przykro mi, kiedy wiem, że kompletnie nic ich nie interesuje. Jestem chora, albo coś mi się udało? Nawet o tym nie wiedzą, nigdy nie pytają co u mnie słychać. Czasem zadzwoni teściowa, powie 2 zdania, a potem spyta, co u ich syna (bo akurat nie odebrał telefonu). 
Liczę tylko na to, że dla swojej wnuczki będą w przyszłości prawdziwymi fajnymi dziadkami. Mam nadzieję, że ona nie odczuje tej gigantycznej niechęci wobec mojej osoby. Trochę szkoda by było, gdyby zepsuli relacje dziadki-wnuczka tylko i wyłącznie przez swoje durne uprzedzenia.
Świat jest głupi, ludzie są głupi… ale co zrobić? Można im tylko współczuć i iść pogłaskać koty - one nigdy nie zawiodą!





Relacje kocio - dziecięce póki co trochę zwolniły. Majka stała się bardzo ruchliwa i bez przerwy łapie któregoś za ogon, jest kompletnie niedelikatna, momentami chce poklepać kota - jej się wydaję, że to jest fajne, koty mają tego powyżej uszu. Potrafią zdzielić ją łapą (bez pazurów), ale te ostrzeżenia póki co nie zdają egzaminu.
Purka i Misiek bardzo rzadko podchodzą do małej, Amai jeszcze się zdarzy, ona jest w tej chwili najbardziej otwarta w kierunku dziecka. Zobaczymy jak długo…
Życie toczy się dalej, jest więcej pozytywnych niż negatywnych chwil, nawet mój brat się wreszcie zakochał i jego dziewczyna to zwyczajna i fajna osoba - taka po prostu normalna ;)
Wszystko idzie na dobrej drodze ku równowadze :)

5 komentarze: