Coraz bliżej, coraz więcej stresu

Termin cesarki mam wyznaczony na 26 października. Później niż wcześniej, ale wg lekarzy tak będzie najlepiej. Im dłużej mała siedzi w środku tym lepiej – przynajmniej tak twierdzi szpital. No i zapewne mają rację. Choć nie ukrywam, że miałam nadzieję na wcześniejszy termin, bo robi się coraz ciężej.
No i coraz więcej stresu – co najśmieszniejsze nie z powodu operacji, czy szpitala, ale dopadają mnie raczej takie metafizyczne lęki… Czy się nadaję, czy podołam, czy mała będzie szczęśliwa, czy dam jej wszystko, czego taki mały brzdąc potrzebuje, czy na pewno starczy mi cierpliwości i wytrwałości. Czy na pewno jestem tak silna i odpowiedzialna jak powinnam być.
Ostatnio czytałam w internecie wypowiedź jakiejś dziewczyny. Młodej matki, do tej pory energicznej i pełnej entuzjazmu kobiety. Aktualnie ma 3 letniego synka – kochanego i cudownego dzieciaczka, kochającego męża i wydawać by się mogło idealne życie. Nie zamieniłaby tego na nic innego, ale jednak nie jest do końca szczęśliwa. Odkąd na świecie pojawił się mały nie miała dla siebie nawet jednego dnia. Ot takiego, żeby zrelaksować się i odpocząć. Nie dosypia, nie ma czasu, żeby spotkać się z przyjaciółką, iść do fryzjera, pójść na randkę z mężem (tylko we dwoje), nie miała nawet czasu na przeczytanie jednej książki… Przez pierwszy rok na macierzyńskim – dziecko, dom, obiady, ciągle coś do robienia. Potem wróciła do pracy i wcale nie jest lepiej… Obowiązków w domu nie ubyło, ale za to ubyło czasu, doby nie da się rozciągnąć, a szkoda. Ten, któremu by się to udało z pewnością dostałby nagrodę Nobla. Nie chcę tutaj wyjść na marudną, albo niezdecydowaną, ale czy naprawdę to wygląda tak strasznie? Czy na serio będę mogła zapomnieć o jakimkolwiek relaksie? Oczywiście nie zdziwię się, jeśli usłyszę „masz czego chciałaś”. Owszem, chciałam i chcę nadal, ale ja po prostu się boję. Boję się, bo przez te lata zdążyłam już siebie trochę poznać i wiem, że całkowita rezygnacja z własnej osoby i czasu „wolnego” doprowadzi mnie do frustracji… Tak samo jak doprowadza mnie do niej siedzenie w domu bez stałej pracy. Zazdroszczę mężowi i wszystkim na około, że mają szansę, że mogą wyjść z domu i pojechać do tej pracy. Spędzić czas w innym towarzystwie, w innej atmosferze, że mogą oddzielić wyraźną kreską dom od pracy. A oni z kolei zazdroszczą mnie – bo nie muszę wstać co dzień o 6 rano, sama wybieram sobie godziny pracy, bo nie jadę zatłoczoną komunikacją miejską/nie stoję w korkach, bo nie użeram się klientami/pracodawcą każdego dnia… Są plusy i minusy wszystkiego. Zamknięcie w 4 ścianach też nie jest takie super, serio… Biorę teraz trochę mniej zleceń, po pierwsze dobiła mnie ostatnia sytuacja z klientem-betonem, po drugie czuję się teraz wiecznie zmęczona. Ostatni miesiąc daje trochę w kość.


Powoli zaczynam się już pakować do szpitala, mam w zasadzie wybraną wyprawkę dla dziecka i praktycznie wszystkie rzeczy dla siebie. Póki co brakuje mi chyba tylko kosmetyków i środków higienicznych. Wydaje mi się, że lepiej przygotować sobie to wszystko wcześniej, żeby potem nie mieć nerwowej sytuacji.


Żeby przestać się wiecznie zamartwiać i wyolbrzymiać problemy zaczęłam trochę programować. Ot tak, żeby się czymś zająć, a przy okazji może za jakiś czas wypuszczę jakąś swoją prostą aplikację na smartfony. W jakim celu? Sama jeszcze nie sprecyzowałam, może dla własnego doświadczenia, może dla satysfakcji. Czuję się w tym środowisku trochę niepewnie, większość moich znajomych to programiści, kiedy zaczynają rozmawiać o kodach ja siedzę jak kołek i nawet nie próbuję udawać, że cokolwiek z tego rozumiem… Może wreszcie zacznę ;)


Spędzam też trochę czasu na robótkach ręcznych. Z szydełkowego szalika póki co zrezygnowałam, ponieważ robiąc przegląd szafy doszłam do wniosku, że nie potrzebuję nowego. Za to zrobiłam dwie nowe bransoletki z muliny (ta z arbuzami i ta z kotkiem). I nie powiedziałam w tej kwestii jeszcze ostatniego zdania. Mam w planach stworzyć jeszcze co najmniej jedną, a może więcej :) O ile wena nie pójdzie w las ;)



3 komentarze: