Nie mam pomysłu na temat

Dni mijają jeden za drugim. Mój grafik coraz bardziej zapełniony masą wizyt lekarskich i kontroli. Im bliżej porodu, tym więcej badań. Dodatkowo weszła teraz szkoła rodzenia, na którą zapisałam się za namową kumpeli. Poradziła mi, żeby pójść, warto posłuchać, popatrzeć – zwłaszcza, że w szkołach rodzenia przy szpitalach organizowane są wejścia na oddział w celu zapoznania się z salami porodowymi, organizacją szpitala i ogólnie, żeby się opatrzeć co gdzie i jak. Bo przecież strach ma wielkie oczy, lęk przed nieznanym jest większy. Tak więc każda dziewczyna może wejść i obejrzeć wszystko zanim zostanie przyjęta na oddział. Uważam to za bardzo pozytywne. Co prawda w moim przypadku, gdzie jestem od razu kierowana na cc ma to mniejsze znaczenie, nie mniej jednak chętnie wejdę i zapoznam się z terenem.
Same zajęcia do tej pory raczej ok – na kliku przynudzali, kilka było bardzo ciekawych. Wiadomo, jeśli każdy wykład jest prowadzony przez kogoś innego to siłą rzeczy jeden wykłada lepiej inny gorzej. A taka położna, czy ginekolog nie muszą mieć przecież zdolności akademickich. Po ostatnich zajęciach np. cieszę się, że jednak jestem kierowana na zabieg, bo położna tak nastraszyła porodem naturalnym, że kilka dziewczyn zrobiło się dosłownie białe na twarzy. Trochę niefajnie, bo jednak nie takie jest założenie tych zajęć…
No i warto wiedzieć, że idąc na taką szkołę rodzenia (która jest dla większości osób darmowa) kobieta zostanie dosłownie zalana reklamami i konkretnymi ofertami produktów i usług. No ale czego oczekiwać, skoro zajęcia są darmowe? Jakiś sponsorów mieć muszą, więc cóż zrobić – reklama dźwignią handlu. Oni zrobią reklamę, dostaną pieniądze na prowadzenie zajęć. Przecież żadna z tych położnych, czy innych specjalistów nie będzie prowadziła co tydzień zajęć (po swoich godzinach pracy) za przysłowiowy „uścisk dłoni”. A takie zajęcia odbywają się przez cały rok…
Żałuję tylko, że nie mogę uczestniczyć w ćwiczeniach fizycznych. Rzecz jasna nikt mi nie chce wypisać tego cholernego świstka, że ‘brak przeciwwskazań’… Bo rozrusznik… Tak jak on by był jakąś wielką przeszkodą…
A tak swoją drogą nie lubię, kiedy ktoś mnie nazywa cyborgiem. Bo co, bo mam metalową puszkę z baterią? Bo bez tego moje serce nie pracuje? I to jest powód, tak? To tak jak by podejść na ulicy do kogoś, kto ma protezę nogi i powiedzieć mu, że jest transformersem… Litości…


Moja wena na szycie co prawda trochę zmalała, ale za to pojawiła się nowa – na zrobienie czegoś na szydełku. Moja mama akurat robiła porządki w wełnach i wybrałam sobie kilka ładnych włóczek, z których planuję coś zrobić. Póki co powstaje komin na szyję. Jak będę miała dryg i starczy mi jeszcze materiałów, to może zrobię jeszcze czapkę do kompletu. Ale to kwestia do przemyślenia, bo czapek mam multum. Jak skończę, to podzielę się zdjęciami :) Ale to może chwilę zająć.

Z pracą mojego męża póki co jest ok – znalazł nową i ma dużo fajniejszy zespół do współpracy. No i projekt na dużo wyższym poziomie.
Ja też dostałam teraz zlecenie, ale klient okazał się być totalnym betonem. Kompletnie nie trzyma się umowy, którą ze mną podpisał, a teraz próbuje mnie zastraszyć odszkodowaniami i sądem. Kolejny bezsensowny stres dla mnie, mimo że na logikę wg umowy on nie ma racji. Ale z sądami nigdy nie wiadomo – jak ma dobrego prawnika to może być kłopot. Sama również jestem już umówiona z prawnikiem, zobaczymy jak to się dalej rozwinie. Może i ja powinnam postraszyć go sądami.
To wszystko jest nie na moje nerwy :( Koniec z wolnym zawodem, mam już dość pracy jako freelancer. Nie wiem czemu, ale istnieje takie przekonanie, że freelancera można (mówiąc kolokwialnie) „wydymać na każdy sposób”.
Zlecić coś i nie zapłacić, nie trzymać się umowy, zapłacić część, rozmyślić się, poprosić o dodatkowe poprawki i dziwić się, że są dodatkowo płatne, przyjść z własnym pomysłem i oczekiwać zrealizowania go za darmo, bo ‘przecież to mój pomysł, a Pani ma tylko narysować to w tych swoich programach graficznych’, oczekiwać rozpoczęcia prac bez wpłacenia zaliczki, chcieć ‘a taką tylko jedną grafikę, ale bez umowy, bo to za dużo zachodu’… Jezu, ile ja już miałam takich beznadziejnych przypadków… A potem pretensje i anse, że to przecież „nieprofesjonalne zachowanie”. Gdzie tu brak profesjonalizmu ja się pytam??

5 komentarze: