San Francisco pożegnało nas z płaczem

W dniu naszego wylotu od rana było oberwanie chmury. Przez cały nasz pobyt tam nie padało aż tak bardzo jak w tę nieszczęsną sobotę.
Przyspieszyliśmy nasz powrót do domu o jeden tydzień, co mnie niezmiernie cieszy :)
Wszędzie dobrze, ale jednak w domu najlepiej.
Podróż powrotna była spokojniejsza, ale nie obyło się bez przygód.
Na szczęście dostaliśmy miejsca z łóżeczkiem dziecięcym w samolocie, więc Majka przespała praktycznie cały lot. Lecieliśmy z 2 przesiadkami w Niemczech - najpierw Monachium, potem Frankfurt. Nasze bagaże zostały w obu miastach…Na lotnisku nie zdążyli przepakować nas do samolotu. W sumie szczęście w nieszczęściu - 3 walizki plus wózek - przywiózł mi na drugi dzień kurier.
Ale ok, przejdźmy do ostatniej części relacji z USA…

Od mojego ostatniego wpisu tempo zwiedzania i odkrywania nowych miejsc trochę zmalało. Im dłużej tam byliśmy, tym bardziej leniwe stawały się dni. Momentami pętaliśmy się bez celu po mieście zaliczając po drodze kawiarnie, lodziarnie albo niewielkie butiki. 

Udało nam się odwiedzić również słynne Alcatraz i uważam, że to były najbardziej stracone pieniądze w czasie całego naszego tripu. Dla zwiedzających udostępniono tylko jeden budynek (nie licząc sklepików i toalet), w którym jedyne, co można było zobaczyć to cele więzienne, biblioteka, stołówka i miejsce widzeń więźniów z ich rodzinami. Koniec. Żadnych rekwizytów, fotografii, opisu przeżyć tych ludzi. Brakowało mi jakiegoś takiego elementu, który by mnie utożsamił z tymi ludźmi. Biorąc wycieczkę bez przewodnika (tylko z audiobookiem) nie ma szans na żadną ciekawostkę, nic oprócz suchych faktów historycznych. Jeden nędzny film opowiedziany przez kobietę, która mieszkała na wyspie ze swoim ojcem - pracownikiem więzienia. Dziewczyna miała wtedy około 5-7 lat, więc też nie pamiętała zbyt wiele. 

Podsumowując - to mogła być rewelacyjna atrakcja turystyczna, gdyby była odpowiednio zorganizowana i dopracowania. Komuś najwyraźniej zabrakło pomysłu, ja rzadko kiedy żałuję odwiedzenia muzeum, zazwyczaj w każdym znajduję przynajmniej jedną rzecz, dla której warto było kupić bilet. A Alcatraz… no cóż, jedyne co było tam ciekawe, to ptaki zamieszkujące wyspę, które wydawały dźwięki typu „bla bla ble bla”. Ale definitywnie nie warto tam jechać tylko z tego powodu :/ (na zdjęciu poniżej kacza rodzinka z Alcatraz)
Jak już jestem przy muzeach, to dotarliśmy także do California Academy of Science. Stosunek ceny biletu do jakości wystawy taki sobie, ale mimo wszystko warto tam pójść z dzieckiem. Dużo atrakcji głównie właśnie dla najmłodszych. Można wejść do strefy wolnych lotów ptaków i motyli, ciekawe jest również oceanarium z najróżniejszymi gatunkami ryb, mięczaków i innych morskich żyjątek. Można nawet dotknąć prawdziwą rozgwiazdę :)
Dzieciakom może spodobać się również platforma do trzęsień ziemi. 
Mnie osobiście najbardziej podobało się oceanarium, w którym można było przejść pod wodą. Tunel jest mega krótki, ale i tak robi wrażenie :)

W dość niedalekiej okolicy tego muzeum jest również ZOO. Tej atrakcji nie zdążyliśmy jednak zobaczyć. Może nawet nie tyle z braku czasu, co bardziej z ciągłego odkładania tego na kiedy indziej. Ale chyba jednak nie żałuję, bo z tego co czytałam, to raczej jedno ze słabszych ZOO w USA. 

 Z kolei idąc do Pier 39 (w uproszczeniu takie centrum handlowe pod chmurką zlokalizowane na jednym z molo w porcie) można zobaczyć kolonię lwów morskich. Nam się udało zobaczyć ich całkiem sporo. Będąc tam warto zahaczyć o jedną z tamtejszych smażalni ryb i owoców morza. Mają smaczne i świeże produkty.
Z kolei kawałek dalej jest fragment zieleni nad zatoką. To są okolice Hyde Street - ulicy nachylonej pod największym kątem w całym SF. Zdecydowanie warto zobaczyć, a także przejechać się kolejką linową (cable car). Choć fakt faktem bardziej medialna jest California Street (mimo mniejszego nachylenia).



Miejski transport publiczny jest tutaj dość obszerny: obejmuje autobusy, trolejbusy, tramwaje, metro i kolejki linowe. Do pierwszych czterech obowiązują normalne bilety czasowe. Co najciekawsze, kupując taki bilet u kierowcy płaci się tyle samo co w biletomacie. Różnica jest tylko taka, że automat wypluwa śliczny kartonik ważny przez 1,5 godziny, natomiast u kierowcy pasażer dostanie wydruk na papierze jakościowo gorszym od paragonu z Biedronki. Bilet ten ma nadrukowane godziny od momentu zakupienia i kierowca urywa go w odpowiednim miejscu (miejsce urwania oznacza koniec ważności biletu). Co w tym dziwnego? A no to, że bilety te są ważne co najmniej 1,5 godziny, ale tak faktycznie nie zdarzyło mi się, żeby taki bilet kupiony u kierowcy był ważny krócej niż 3 godziny. Czyli za tą samą cenę można zyskać nawet drugie tyle.

Podsumowując ten miesiąc - wyjazd był udany. Zobaczyłam kawałek świata, do którego może bardzo mnie nie ciągnęło, ale mimo wszystko miałam nadzieję kiedyś zobaczyć. Przekonałam się jeszcze mocniej, że kocham Polskę mimo, że nie jest w niej najwygodniej, kocham Warszawę, która może nie jest czysta, a ludzie nie zawsze są mili, ale jest zielona, ładnie zorganizowana i przyjazna dzieciom. I w końcu kocham Ursynów i długie spacery po lesie.
Bardzo brakowało mi mojej rodziny i moich cudownych kotów, które w czasie naszego wyjazdu wszystkie trzy się pochorowały. Ale teraz jest już z nimi całkiem dobrze, są rozmiziane i rozmruczane. I śpią ze mną na poduszce :)
Na koniec jeszcze kilka zdjęć:





Z wycieczki przyjechała ze mną cała armia kotków. Takie rzeczy kupiłam sobie w ramach pamiątek z SF, bo nie wiem czy jeszcze kiedykolwiek tam pojadę.


Przywiozłam także trochę fantów na licytację dla Koterii. Już niedługo będzie można je kupić na ich charytatywnym allegro. Jutro odbiera je ode mnie ich wolontariuszka :) Tak więc jeśli komuś coś się spodobało, to musicie śledzić aukcje ;)
(po kolei od lewej: torba ekologiczna, karteczki samoprzylepne z łapką, karteczki samoprzylepne z kotkami, zakładka do książki, gumka z kotkiem do nałożenia na ołówek, zawieszka do telefonu, porcelanowy kotek do portfela, fioletowy portfelik, chusteczki higieniczne, naklejki-zakładki z kotami, w drugim rzędzie zabawki dla kota: rurka, kwadracik i rybka, skarpetki do nałożenia na meble, kosmetyczka z kotami i dwie monetki na szczęście)

U nas teraz bardzo spokojnie i leniwie. Pokonaliśmy już jet laga, ja wracam do tworzenia. Skończyłam kolejną bransoletkę, a następną nadal robię. 
Postanowiliśmy w tym roku zasadzić sobie na balkonie trochę ziół, pomidory i coś dla kotów. W tym ostatnim przypadku postawiliśmy na owies, kocimiętkę i bliżej nieokreśloną „trawkę dla kotów”. 
Purka też nam pomagała przy przesadzaniu. Albo może bardziej przy spulchnianiu gleby :D
A na koniec pochwalę się swoim ostatnim zakupem - srebrną bransoletką z kocim genlemanem :D
Dobranoc!! :)

4 komentarze: