Inne spojrzenie na China Town, czyli relacji z SF ciąg dalszy

Dzisiaj będzie dużo tekstu, ale adekwatnie więcej zdjęć :)
Odkąd wyruszyliśmy z Warszawy minęły równo 2 tygodnie, ze względu na zmianę czasu na miejscu jesteśmy dokładnie 13 dni. Udało nam się już zobaczyć w zasadzie większość miasta - mówię o tych ciekawszych dzielnicach, ładniejszych miejscach, w te niepolecane raczej się nie zapuszczam.

W China Town chyba zaczęłam od złej strony. Okazuje się, że to nie jest tylko i wyłącznie sam syf. Są uliczki bardziej zadbane, z pięknymi lampami, ciekawymi budynkami i małymi sklepikami. Można tu spotkać miłych ludzi i zjeść całkiem niezłe tradycyjne dania. Takie małe Chiny pośród wielkomiejskiego zgiełku.




Skoro już jesteśmy przy tematyce azjatyckiej - San Francisco w uwagi na swoją wielokulturowość ma również dzielnicę japońską. W moim odczuciu jest ona jedną z najładniejszych dzielnic tego miasta. Ma swój niepowtarzalny minimalistyczny klimat, jest bardziej uporządkowana i czysta. Gdzieniegdzie można napotkać elementy japońskiej architektury oraz roślinności w stylu drzewek bonsai. Tu również można znaleźć sporą ilość typowych regionalnych potraw. Tym sposobem udało mi się skosztować dobrego ramenu i tradycyjnych japońskich ciastek (jak dla mnie niespecjalne, ale w gruncie rzeczy nie wszystko wszystkim musi smakować).
W Japantown odwiedziłam największą ilość ciekawych sklepików. Można tu dostać przepiękną japońską porcelanę, ubrania, różne drobne pierdółki, a nawet ręcznie robione japońskie noże. (To właśnie w tej dzielnicy obkupiłam się w całą armię kotków - ten motyw jest w Japantown bardzo popularny). Zdjęć w zasadzie nie robiłam, bo była fatalna pogoda, a pamiątkami będę się chwalić już pod koniec wyjazdu. Zdradzę tylko, że kupiłam trochę fajnych rzeczy na licytację dla jednej z prokocich fundacji :)

Amerykanie są raczej tolerancyjni. W mieście znajduję się dzielnica gejowska. Wszędzie wiszą gejowskie flagi, nawet skrzyżowanie jest w kolorach tęczy. Muszę przyznać, że pójście tam, to bardzo ciekawe doświadczenie.


Godna uwagi jest także dzielnica Mission - głównie ze względu na to, że jest tam trochę więcej zieleni, niż w pozostałych nietematycznych dzielnicach. Tak jak pisałam w poprzednim poście - znalezienie zieleni w tym mieście jest trudne. Jeden większy park (o którym napiszę za chwilę) jest daleko od centrum, dojazd tam zajmuje około godziny autobusem. 
Aktualnie zmieniliśmy lokum z hotelu na airbnb, więc owy park mam jeszcze dalej, ale szczęście w nieszczęściu jest takie, że mieszkamy teraz bliżej zatoki, a nad wodą jednak mam kilka drzew na krzyż. Jest na tyle ok, że mogę wyjść z małą na spacer i nie chodzę pośród betonu. W cieplejsze dni rozkładamy sobie ręcznik na trawie i korzystamy z pogody.


A odnośnie owego dużego parku - Golden Gate Park - w znacznej części zadbany (bliżej oceanu to głównie niezorganizowane chaszcze, ale im bardziej na wschód tym bardziej widać, że ktoś jednak o niego dba). Jest to park przecinany ulicami i autostradą, znajdują się w nim 2 muzea, teatr pod chmurką, ogród botaniczny, ogród japoński i pewnie jeszcze wiele innych obiektów, których nie miałam okazji zobaczyć. Ogólnie rewelacyjne miejsce na spacery, pikniki, grille i spotkania ze znajomymi.



Szkoda tylko, że znajduje się tak daleko. A dojazdy w San Francisco pozostawiają bardzo wiele do życzenia.
Tak jak w Warszawie nie mam najmniejszego problemu, żeby jechać SAMA z wózkiem w drugi koniec miasta, tak tutaj nie odważyłam się i chyba już się nie odważę. 
Zacznijmy od tego, że kierowcy i nawet pasażerowie nie są przyzwyczajeni do tego, że ktoś wchodzi do autobusu z wózkiem. Matki z małymi dziećmi wybierają podróż samochodem, a nie transportem publicznym. Są miejsca dla inwalidów, dla rowerów, ale typowo dla wózka dziecięcego nie. Pomijając to, że autobusy w 90% przypadków nie są niskopodłogowe, a kierowcy raczej nie chcą otwierać rampy dla wózka, to dodatkowo zdarzyło nam się, że kierowca kazał nam wysiąść z autobusu, bo zajmujemy za dużo miejsca, a w godzinach szczytu będzie chciało wsiąść wielu pasażerów wracających z pracy. W metrze wcale nie jest lepiej - maszynista nie pozwolił nam stanąć na miejscu przeznaczonym dla inwalidy, mimo że po pierwsze nie jechał z nami nikt niepełnosprawny, a po drugie takich miejsc dla osób na wózku jest więcej niż jedno na każdy wagon. 

Również w restauracji spotkaliśmy się dwa razy z brzydkim zachowaniem. Raz kelner powiedział nam, że nie ma wolnych stolików, a minutę później usadził ludzi stojących w kolejce za nami. Uzasadnił to brakiem miejsca przeznaczonego dla wózka (tak, jak by wózek nie mógł stać koło stolika). Z kolei za drugim razem nie pozwolono nam wejść do prawie pustego lokalu, ponieważ restauracja ma tzw. „no stroller policy”. I żeby było śmieszniej - mówię tu o restauracjach z dobrymi opiniami na mapach Google…
Ups - dostali ode mnie negatywa ;)

To, co definitywnie warto zobaczyć będąc w SF, to słynny czerwony most - Golden Gate Bridge. Niby nic nadzwyczajnego, ale jak podejdzie się blisko, to architektura na prawdę robi wrażenie. Most jest ogromny, liny bardzo grube - patrząc z daleka człowiek nie zdaje sobie sprawy z ogromu tego obiektu. 


Zaraz niedaleko mostu znajduje się najpiękniejsza (w mojej opinii) plaża w SF - Baker Beach. Na klifie stoją ogromne wille z wielkimi pięknymi ogrodami. Jest to chyba największe skupisko bogaczy tego miasta. Wszystko zorganizowane z takim przepychem, że aż zapiera dech w piersiach. Oczywiście wszystkie te wille z widokiem na zatokę, na podjazdach stoją wypucowane na błysk ferrari i inne auta kosztujące fortunę (ja się specjalnie nie znam na samochodach, więc z nazw ich nie wymienię, ale ludzie ewidentnie się nimi chwalą, bo drogą między willami prowadzącą prosto na plażę przechodzi bardzo wielu ludzi).



W ogóle to miasto trochę mnie śmieszy. Jest wybudowane na terenach o dużych deniwelacjach. U nas takie miejsca zazwyczaj pozostają niezabudowane, niezagospodarowane, ewentualnie są tam parki. Tutaj można spotkać ulice nachylone pod kątem prawie 45 stopni i są tam kilku piętrowe kamienice nawet z wjazdami do kilkupoziomowych garaży.
Tak swoją drogą nie widziałam w tym mieście osoby niepełnosprawnej, która jeździłaby na takim zwykłym ręcznym wózku inwalidzkim. Tutaj każdy ma wózek elektryczny - inaczej byłoby bardzo ciężko podjechać pod taką górkę.


Jak już jestem przy dolinach i wyżynach - bardzo podobały mi się wysokie schody znajdujące się w zasadzie już na pograniczu miasta, a przedmieścia San Francisco - 16th Avenue Tiled Steps. Są to schody z przepiękną mozaiką.


Co jeszcze spodobało mi się w samym mieście? Otóż na każdym kroku można tu spotkać księgarnię. Miasto ma ich na prawdę dużo. W każdej z nich jest ogromny wybór książek - praktycznie każdy znajdzie tu coś dla siebie. Od noweli, przez kryminały, książki kucharskie, coś dla majsterkowiczów, handmade, książeczki dla dzieci, aż po hipsterskie książki z ciekawymi grafikami i wierszami. To jest bardzo pozytywne, widać, że ludzie tutaj lubią czytać, księgarnie są bardzo często odwiedzanymi miejscami, poza standardowymi pozycjami można czasem kupić jakąś perełkę, która np. nie jest już aktualnie wydawana.


W kwestii sklepów i tego co mnie tutaj „uderzyło” - wszystko i wszędzie jest wyjaśnione jak dla totalnego bezmózga. Idąc do spożywczaka natknęłam się na pakowane na miejscu strączki soi. Na opakowaniu wyraźnie było napisane co to za produkt, jednak gdzieś niżej małymi literami napisano również ostrzeżenie „uwaga, produkt zawiera soję”. I tak jest ze wszystkim.
Jedynie, gdzie czułam się w miarę normalnie, to polski sklep na obrzeżach miasta. Prowadzi go Polak i udało mi się tam kupić prawdziwą kiełbasę myśliwską, a nie jakiś tam hamburgerowy syf nazywany potocznie kiełbasą. 
Produkty typowo amerykańskie dostępne w sklepach są w większości przypadków bardzo niskiej jakości. Tutaj nawet piekarnia z najlepszymi opiniami ma fatalne pieczywo niczym podeszwa od kapcia.  

Ogólnie w tygodniu, kiedy muszę tkwić w tym brudnym i śmierdzącym mieście czuję się jak w klatce. Najlepsze są weekendy, kiedy możemy pojechać gdzieś dalej i odetchnąć świeżym powietrzem. Odwiedziliśmy już dwa parki narodowe: Muir Woods (park z pięknymi sekwojami) oraz Fort Funston (piaszczyste wydmy). W planach mamy jeszcze Yosemite, ale nie wiem, czy wypali, bo ten park jest bardzo daleko - odległość jak między Warszawą a Trójmiastem.



Cholernie tęsknię za Warszawą i za moimi kochanymi kotami. Obecnie mają zapewnioną najlepszą możliwą opiekę - mieszka z nimi w naszym wynajmowanym mieszkaniu moja mama. 
Najprawdopodobniej za 18 dni wylot, czyli za 19 dni wreszcie będę mogła wtulić się w trzy kochane futerka (po cichu liczę, że uda się krócej).

A na koniec najciekawszy człowiek, jakiego udało mi się tutaj spotkać - to bezdomny, który opiekuje się tą śliczną kicią. Nie zapamiętałam jak nazywa się kicia, ale jest przecudowna i bardzo towarzyska. Domaga się miziania i chętnie wchodzi na ręce.



5 komentarze:

Kawałek San Francisco

Narzekałam, że w moim życiu nic się nie dzieje... no to mam.
W sumie sytuacja bardziej pozytywna niż negatywna, ale jednak nadal jestem w lekkim szoku z uwagi na to, jak szybko potoczyła się sytuacja.
Otóż jestem właśnie w San Francisco - kilkanaście tysięcy kilometrów od domu.
Kompletny spontan. Jednego dnia mój A dostał telefon, że ma się pojawić jak najszybciej w głównej siedzibie swojej firmy., a praktycznie kolejnego firma kupowała bilety. I tak na wariackich papierach załatwiałam wizy dla siebie i córci (w całe 2 dni!!), a po kolejnych dwóch siedziałam już w samolocie.
Śmiesznie, prawda? Nie marzyłam nawet o tym, żebym w przeciągu kilku najbliższych lat miała szansę przylecieć tutaj, owszem były luźne przemyślenia, ale szczerze, nie wierzyłam, że się uda. Tymczasem firma mojego męża nalegała i tym sposobem będę tu siedzieć łącznie miesiąc.

Sam przelot nie należał do przyjemności. Najpierw 1,5 godziny do Monachium (tu jeszcze w miarę spokojnie), a potem  przesiadka na lot interkontynentalny trwający 12 godzin (już prosto do SF). To był lot w akompaniamencie wrzasków, krzyków i kwęków na trzy głosy. Dzieciaczków w podobnym wieku było właśnie troje. Ale o dziwo nikt z pasażerów nie strzelił focha ani nie patrzył na nas krzywo. Samolot w większości składał się z Niemców, ludzie byli tolerancyjni i sympatyczni. A szczerze bałam się i miałam ze sobą całą torebkę zatyczek do uszu, którymi w razie czego miałam hojnie obdarować współpasażerów :)

Zmiana czasu trochę dała nam w kość, przesunięcie jest tu 9 godzinne względem Polski. Czyli jak ja mam godzinę 15:00, to Wy macie 24:00. Mała była zdezorientowana przez pierwsze dni, teraz powoli zaczyna się już przyzwyczajać. Mnie za to rewelacyjnie wstaje się o 7, ale już po 17 włącza mi się zamulanie. Za kilka dni powinnam poczuć się bardziej komfortowo.

Pobyt: jesteśmy tutaj od poniedziałku, czyli pełne 3 dni i kawałek czwartego. Jeszcze nie zdążyłam dobrze poznać miasta, nie mam też póki co wielu zdjęć. W chwili obecnej zwiedzam tylko z córką, mąż ma urwanie głowy w biurze. Ale za tydzień powinno się trochę uspokoić.

To co mogę powiedzieć na dzień dzisiejszy o San Francisco, to że ludzie są na prawdę mili i pomocni. Kiedy bym się o coś nie spytała, zawsze otrzymam wyczerpującą odpowiedź, czasem ludzie sami zagadują na ulicy. Zachwycają się też maleństwem, uśmiechają się do niej, gugają i rozczulają się nad nią. W hotelu w dniu przyjazdu recepcjonistka zaproponowała nam zmianę pokoju, żeby nie był od ulicy (bo przecież będzie strasznie głośno, a dla dziecka potrzebny jest spokój),  bez żadnego 'ale' dostałam dziecięce łóżeczko, a pani sprzątająca zawsze jak mnie widzi to pyta, czy może mi w czymś pomóc. Oczywiście gdzie się nie ruszę - kawiarnia, sklep, centrum handlowe - ludzie otwierają mi drzwi :) Bardzo pozytywne podejście - przynajmniej do matek :)

Druga sprawa, to centrum miasta. Póki co nie miałam okazji zapuścić się w dalsze dzielnice, kręcę się tylko w okolicy centrum. I przyznam, że nie jestem zachwycona. Wszędzie beton, zero zieleni, o parkach nawet nie wspomnę. Jak gdzieś trafi się jakiś fragment z ławkami (tzw. 'square'), to i tak nie można liczyć tam na nic poza chodnikiem/betonem. W zasadzie nie ma gdzie chodzić z dzieckiem na spacer. Ulice to istna kratownica, a w każdym kwadracie blok.
Matki z dziećmi można spotkać najczęściej w Starbucks'ie, który jest co kilka przecznic (swoją droga kawa jest tu dużo lepsza niż w naszych Starbucks'ach).

W San Francisco najpopularniejszym widokiem jest żul. Tak - żule są wszędzie, do tego stopnia wtopili się w krajobraz miejski, że ludzie kompletnie nie zwracają na nich uwagi. Nikogo nie dziwi fakt, że siedzą oni, a nawet śpią na głównej ulicy handlowej. Wokół nich oczywiście brud, smród i porozwalane bety. W niektórych miejscach można nawet spotkać porozbijane namioty, w których rezydują bezdomni. Pod mostami i wiaduktami tworzą istne osiedla. Brzmi nieprawdopodobnie, a jednak... Już w dniu przyjazdu miałam okazję spotkać kopulującą na środku chodnika parę żuli. I nie, nikt z tym nic nie zrobi, w Polsce zajęłaby się takimi straż miejska, tutaj nikt nawet nie podjedzie.

Kolejna kwestia to China Town - bardzo charakterystyczna dzielnica. Kojarzycie może jak kilka lat temu wyglądał Stadion Dziesięciolecia w Warszawie? Taki gigantyczny bazar, na którym można było kupić dosłownie wszystko - od żywności, przez zwierzęta rolne, klapki Kubota, perfumy Hogo Boos, aż po motocykle Hunydey. Wszystkie nieczystości trafiały na chodnik, ludzie tłoczący się w każdym kierunku - istny sajgon. Dokładnie tak wygląda China Town. I takie 'kwiatki' tylko 3 przecznice od centrum.

Nie wiem jak jest w innych stanach, ale w Californi można się spotkać z lokalnym patriotyzmem - duża większość ludzi ma produkty Apple (główna siedziba znajduje się w Cupertino - pod San Francisco). W kawiarniach ludzie siedzą z maczkami, w taksówkach królują iPady, muzyka tylko z iPoda, a na ulicy większość rozmawia przez iPhone. Nawet żule mają telefony Apple, co absolutnie nikogo nie dziwi.

W ogóle występuje tu wielokulturowość. W SF można spotkać każdego - czarnoskórych, skośnookich, w typie indiańskim, Romów, Turków, Skandynawów, świadków Jehowy (nie są aż tak namolni jak u nas), homoseksualistów - dosłownie mix wszystkich państw i religii świata po trochu. I pozytywne jest to, że nikt tu nie jest gorszy, ani lepszy. Ludzie traktują siebie na równi z innymi (oczywiście  wiadomo, wszędzie są rasiści i osoby nietolerancyjne, ale tutaj nie widać tego tak mocno, a przynajmniej ja nie miałam okazji zobaczyć).
Ach i nie wszyscy Amerykanie są grubasami. Jest w zasadzie pół na pół - albo całkiem grubi, albo chudzi jak wieszaki. Nic pośrednio.

Jedzenie - w zasadzie są restauracje każdej jednej kategorii, ale łączy je jedno - wszystko, co tam podają jest tłuste i ciężkie. Dla przykładu - poszliśmy na śniadanie - zamówiłam tortillę. Co dostałam?
Wielki klocek tortilli (tak na oko 30x15 cm), a w środku ryż, pieczone ziemniaki, jajko sadzone, fasola, kukurydza, pomidory, cebula, sałata i sos guacamole. Obok tortilli jeszcze dodatkowo surówka z pomidorami. Nie, nie zmęczyłam tego...
A jak wygląda tradycyjne amerykańskie śniadanie? Kilka pancake'ów (takie naleśniki) polane syropem klonowym, dodatkowo jajecznica i bekon. Czasem podają do tego także pieczone ziemniaki albo bliżej nieokreślone pieczywo. Dlaczego bliżej nieokreślone? Dlatego, że tutaj nie ma czegoś takiego jak chleb, czy kajzerki. Tutaj nie je się czegoś takiego. Ludzie jedzą tylko pieczywo tostowe.
Chciałam kupić bagietkę? Tak, jak człowiek się dobrze zakręci, to znajdzie ją, ale na kuchniach świata w kategorii "Francja". Taka bagietka jednak nadal pozostawia wiele do życzenia - jest trochę jak podeszwa... Jak by wziąć taką bagietkę i przyłożyć komuś przez łeb, to możnaby zabić.
Za to są przepyszne warzywa i owoce. Przede wszystkim jest ich duży wybór. Pomidory są słodziutkie, truskawki aromatyczne, lepszego arbuza nie jadłam nawet w Grecji.

Herbata w SF? Zapomnijcie. No chyba, że kupicie w sklepie wodę mineralną i ją ugotujecie. Narzekałam na wodę z kranu na warszawskim Ursynowie. Teraz wiele bym dała, żeby mieć w kranie taką wodę...
Tutaj kranówa jest chlorowana. Smakuje tak, jak by się piło basen - dosłownie. A teraz wyobraźcie sobie herbatę na takiej basenowej wodzie... Miodzio...
I tak w każdej restauracji...

Nie wiem kiedy znów się odezwę na blogu, ale za pewne za jakiś czas. Póki co mogę nie mieć chwili na pisanie, ani na odpowiedzi, więc proszę o wyrozumiałość. Internet działa mi jak chce.
Częściej wrzucam zdjęcia na snapchata, jeśli macie ochotę, to możecie czasem zerknąć :)


A poniżej kilka zdjęć. Sorry za jakość, robione telefonem bardzo na szybko :)








3 komentarze: