Kto raz był w Bieszczadach, ten zawsze będzie tam wracał

Czas powrócić do rzeczywistości!
Nasz cudowny wyjazd w Bieszczady dobiegł końca, z jednej strony nie chciało mi się wracać, z drugiej strony tęskniłam za rodziną i kotami. Bieszczadzkie wakacje to był czas, który spędziłam z moją mamą, dawno nie miałyśmy okazji pobyć kilka dni tylko we dwie.


Bieszczady to jedno z tych miejsc w Polsce, w których można odpocząć i poczuć tę dzikość oraz przewagę natury nad industrializacją.
Mówi się, że połoniny są zatłoczone, że co chwila spotyka się turystów - porównując Bieszczady do innych pasm górskich widzę dużo mniejsze zatłoczenie, w sezonie na szlakach spotyka się ludzi mniej więcej co 15 minut, byłam też w stanie zrobić całkiem sporo zdjęć, na których nie widać ludzi.

Nasze wycieczki zaczęłyśmy od najbardziej popularnej połoniny Wetlińskiej.



Postanowiłyśmy wejść od Przełęczy Wyżniańskiej, przejść przez całą grań odwiedzając Smerek i zejść czerwonym szlakiem.


Długość trasy wyniosła niecałe 16km, widoki wprost nie do opisania!



Kiedy doszłyśmy do Chatki Puchatka (schronisko PTTK) spotkałyśmy tam 2 przeurocze kociaki, które wprost garnęły się do człowieka (tutaj zdjęcia tylko jednego z nich). Tradycji więc stało się zadość (na każdym wyjeździe spotykam koty) już pierwszego dnia w górach!



Kolejnego dnia postanowiłyśmy zrobić sobie wypad nad Jezioro Solińskie. Jest to sztuczny zbiornik retencyjny, który z uwagi na pokaźną tamę stał się obiektem bardzo chętnie odwiedzanym przez turystów.


Wokół zorganizowano kilka kąpielisk, wypożyczalnie sprzętów wodnych i rejsy po jeziorze. Totalna komercja, wszystko nastawione tylko i wyłącznie na turystów i zarabianie pieniędzy. Nie jestem przekonana, czy jeszcze się tam kiedyś wybiorę, ale jeśli nie widzieliście tamy, to warto jednak podjechać.




Następnego dnia znów postanowiłyśmy udać się na szlak, tym razem uderzyłyśmy na Rawki i Krzemieniec.



Droga nie była łatwa - szlak był stromy i bardzo kamienisty. Krzemieniec (punkt stykowy 3 granic - Polskiej, Słowackiej i Ukraińskiej) nie zrobił na mnie dużego wrażenia - ot kamienny słup w środku lasu. Jednak warto do niego pójść dla samego faktu, że jest to punkt charakterystyczny Bieszczad.


Na miejscu można spotkać turystów wszystkich trzech krajów, atmosfera jest na prawdę fajna, wszyscy siedzą razem, rozmawiają ze sobą i wspólnie jedzą kanapki. Tutaj na prawdę czuć, że tak na prawdę niczym się nie różnimy między sobą i nie ma między nami barier! Granice, to tylko kreski na mapie!
Idąc na Rawki można spotkać najpopularniejszego Bieszczadzkiego kota! Jest to jeden z mieszkańców schroniska PTTK pod Małą Rawką. Kotów jest tam sporo, ale ten jeden jest bardzo charakterystyczny i mega miziasty!


Natomiast ten plamiasty, to kot interesowny - owszem podejdzie, ale tylko jak macie coś czym można go przekupić! Podobno bardzo lubi jogurt naturalny!


Kolejnego dnia postanowiłyśmy odpocząć trochę od dużych zmian wysokości, więc wybrałyśmy się na ścieżkę widokową do rezerwatu Sine Wiry. Jest to obszar chroniony wokół rzeki Wetlinki.


Szlak bardzo prosty - żwirowa szeroka droga, miejscami ścieżka leśna, niewielkie zmiany wysokości, na szlak można iść nawet w sandałach. Po drodze mijało nas wielu rowerzystów i wiele matek z dziećmi.


Minęła nas także kilkunastoosobowa rodzina, która przez całą drogę zachowywała się bardzo głośno. Mimo, że minęli nas o dobry kilometr wciąż było ich słychać. Przyznam szczerze, że nie przywykłam do takiego zachowania na terenie chronionym, zazwyczaj staram się zachować ciszę, bo nie chcę zakłócać spokoju występującym tam zwierzętom. Podobnie inni turyści. Trochę mi się to nie podobało, ale minęli nas dość szybko, więc nawet nie było sensu wdawać się z nimi w niepotrzebną dyskusję.
Jak się potem dowiedziałam (całkiem przypadkowo w trakcie rozmowy z miejscowym busiarzem) ta rodzinka postąpiła bardzo słusznie, bo na tym terenie najczęściej można spotkać niedźwiedzie… Są one generalnie na całym obszarze Bieszczadzkiego Parku Narodowego, ale zazwyczaj w sezonie letnim trzymają się z dala od szlaków turystycznych. No chyba, że idziecie na Sine Wiry!
Poza sezonem warto brać ze sobą na ten szlak race i rzucać co 15-20 minut, wtedy jest spora szansa, że nie spotkacie niedźwiedzia.


Po mniej męczącym dniu przyszedł wreszcie czas na Bukowe Berdo - najpiękniejszy bieszczadzki szlak. Naszą wycieczkę zaczęłyśmy w Mucznem, a zakończyłyśmy w Wołosatem. Szlak praktycznie pusty - na całym odcinku Bukowego Berda spotkałyśmy 3 osoby, widoki zapierające dech w piersiach.


To była ta wycieczka, na której zależało mi najbardziej w czasie naszych bieszczadzkich wakacji. Nie ma w Bieszczadach piękniejszego szlaku, niż ten prowadzący przez Bukowe Berdo - potwierdzi to także wielu miejscowych.


Podejście od miejscowości Muczne jest łatwiejsze niż od drugiej strony - czasem bardziej łagodne, czasem bardziej strome, ale generalnie nie należy do trudnych. Droga od początku Bukowego Berda aż do szczytu Krzemień prowadzi po grani i nie jest bardzo męcząca.
Idąc dalej docieramy do Przełęczy Goprowców, szlak nadal nie jest trudny, ale staje się lekko upierdliwy, bo zarówno wejście do przełęczy, jak i wyjście z niej to schody - na prawdę bardzo dużo schodów! Różnica to około 180m, którą trzeba pokonać najpierw w dół, a potem w górę.


Wychodząc z przełęczy dochodzimy do punktu, z którego można albo już zejść na dół, albo wdrapać się na Tarnicę (najwyższy szczyt Bieszczad). Prawdę mówiąc będąc tak blisko szkoda na nią nie wejść, zwłaszcza, że z tego punktu, to tylko 15 min drogi. Szlak również łatwy - schody.
Wbrew pozorom droga z Wołosatego na Tarnicę to chyba najbardziej oblegany turystycznie szlak. Od momentu wyjścia z przełęczy Goprowców spotyka się coraz więcej ludzi, którzy są nieświadomi tego jak piękną grań mają tuż obok! Nawet nie wiedzą co tracą!




A teraz czas na kilka informacji praktycznych:
  • W Bieszczady najlepiej jechać samochodem. A jeszcze lepiej - grupą osób na dwa samochody. Połoniny są rozległe, w 90% turyści wybierają wycieczkę od jednego punktu do drugiego, dlatego najlepiej kiedy jedna grupa wejdzie od jednej strony, a druga od drugiej. Spotykacie się gdzieś na szlaku i wymieniacie kluczykami; wracacie autem tej drugiej grupy.
  • Jeśli nie macie opcji jazdy na dwa auta, można wybrać się grupą osób jednym autem. Wtedy wyrzucacie pierwszą grupę z jednej strony szlaku, sami parkujecie z drugiej strony i dalej ta sama zasada - gdzieś na szlaku przekazujecie im kluczyki i to pierwsza grupa zabiera was tam, gdzie sama zaczęła wycieczkę.
  • My jako te niezmotoryzowane zatrzymałyśmy się w miejscowości Cisna, bo wydawało nam się, że skoro jest największa na terenie Bieszczad, to najłatwiej będzie z niej dostać się na szlak. Nic bardziej mylnego - w godzinach porannych jedzie z tamtąd jeden PKS, który zatrzymuje się przy szlakach turystycznych oraz sezonowe busy (rodzinna firma z Cisnej), które odjeżdżają jak zbiorą komplet, czyli wychodzi może kilka kursów. Tak samo z powrotami - jeden bus po południu, ewentualnie prywatne busy kursujące między godziną 15:00 - 16:00, ale nigdy nie ma gwarancji, że zatrzyma się gdzieś na trasie, ponieważ może się okazać, że akurat ma komplet… Dla osób, które nie chcą lub nie mogą użyć auta najlepszym rozwiązaniem jest zatrzymanie się w Ustrzykach Górnych, ponieważ stamtąd busów jest trochę więcej (ale też nie nastawiałabym się na Bóg wie co).
  • Dobrze jest mieć poprawne relacje z busiarzami - wiadomo, im zależy na zarobku, ale przy tym wszystkim to fajni i pomocni ludzie. Jak już Was kojarzą, to traktują jak swoich. Można się z nimi umówić na telefon albo konkretną godzinę - wtedy bus zabierze Was spod szlaku nawet mając pusty kurs. Za dodatkową opłatą może Was dowieźć tam, gdzie generalnie nic nie jedzie (w taki właśnie sposób udało nam się dojechać do wsi Muczne, a potem odebrano nas z Wołosatego). Busiarze są słowni i nie naciągają (mówię tu o tych z Cisnej, nie wiem jak to wygląda u innych, ale podejrzewam, że podobnie).
  • No dobra, ale co jeśli nie macie grupy znajomych chętnych na Bieszczadzki wypad, ale macie auto? I tutaj da się znaleźć całkiem dobre rozwiązanie, choć wymaga współpracy z busiarzami. Umawiacie się z busiarzem, że dosiądziecie się w konkretnym punkcie (to będzie miejsce, w którym zejdziecie ze szlaku) i jedziecie tam autem. Busiarz zabiera Was spod parkingu i dowozi na początek szlaku. Jest to o tyle dobre rozwiązanie, że nie musicie długo czekać na bus powrotny. Busy pod szlaki rozwożą turystów między 8:00-9:00, a wracają między 15:00-16:00 - nie zawsze przejście całego szlaku zajmie Wam aż tyle czasu, najcześciej da się zrobić te 11-16 km w niecałe 4-5 godzin.
  • Ostatecznym rozwiązaniem w razie problemów z dojazdami może być złapanie stopa. To co bardzo mi się podoba w Bieszczadach to relacje między innymi turystami. Na szlaku jesteście jedną wielką rodziną, praktycznie każdy z każdym się wita, ludzie uśmiechają się do siebie, są bardzo mili. Skończyła Wam się woda do picia? Na pewno ktoś się z Wami podzieli? Zapomnieliście kremu z filtrem? Znajdzie się ktoś, kto na pewno go ma i nie odmówi użycia (ale tak swoją drogą na prawdę nie warto zapominać kremu z filtrem na szlak…) 
I uwierzcie mi - jeśli stoicie na szosie i próbujecie złapać stopa - prędzej czy później go złapiecie. Ja miałam okazję pierwszy raz w życiu jechać stopem, bo nasz planowy PKS zwiał dosłownie parę minut wcześniej, nie miałam ze sobą wizytówki od busiarza, a do ich godzin kursowania zostały jakieś 2 godziny. Stopa złapałyśmy po mniej więcej 10 minutach!
  • Teraz trochę zawieje reklamą (ale w żadnym wypadku nie sponsorowaną).


    Siekierezada, to obowiązkowy punkt programu dla każdego turysty w Bieszczadach. To, co najciekawsze, to wygląd tej knajpy. Podobno została ona założona przez lokalnych alkoholików (nie wiem ile w tym prawdy), którzy od samego początku do końca własnymi rękami wykonali każdy jej detal. W stoły wbite są siekiery, wszelkie obrazy, rzeźby i witraże są ręcznie wykonane. Wystrój tego lokalu jest na prawdę bardzo pomysłowy. Jedzenie nie jest jakieś wybitnie dobre, powiedziałabym, że porównywalne do innych knajp w „centrum”. Cenowo również porównywalnie do innych, porcje jednak są bardzo duże. Wybór piw też raczej średni - nic regionalnego.



    Jeśli chcecie zjeść dobry obiad w Cisnej, to polecam knajpkę na wylocie na Lesko „Pod Kudłatym Aniołem” - przepyszne fuczki, najlepszy pstrąg z patelni, opiekane ziemniaki pierwsza klasa no i bardzo duży wybór piw regionalnych (pracujące kelnerki zawsze potrafią o każdym powiedzieć ze dwa słowa).



    Z kolei na deser tylko do Kawiarni Polanka. W lokalu panuje przyjazna atmosfera, pani Sylwia to bardzo pozytywna osoba, zawsze wita wszystkich z uśmiechem. Polecam genialne shake’i jagodowe i truskawkowe, bardzo duży wybór herbat liściastych. Ta kawiarnia to jedyne miejsce w Cisnej, w której po prostu poczujecie się jak u dobrych znajomych!
Powrót w Bieszczady po tylu latach był bardzo dobrą decyzją. Przez ten czas zdążyłam już zapomnieć jak bardzo są piękne. Na szlaku czułam się wolna i nie myślałam o tym jak wiele jeszcze brakuje mi, żeby moje życie wyglądało tak jak bym tego chciała. Tam liczyło się tylko „tu i teraz”. To był najlepszy z reset umysłu z możliwych.

Na koniec reszta zdjęć w formie krótkiego filmu (niektóre mogą się powtórzyć z tymi, które wrzuciłam wyżej) :)

15 komentarze: