Zmiany

Nowy Rok nie zaczął się najcudowniej, weszliśmy w niego z paskudnym rotawirusem. Kilkudniowa "gra o tron - historia prawdziwa" dała mi efekt prawie 1,5kg na minusie w 3 dni… Na szczęście Majka przeszła go bardzo łagodnie (mówiąc szczerze, dopóki my i moja mama nie zaraziliśmy się od niej byłam pewna, że najzwyczajniej w świecie nie poszedł jej obiad więc skończyło się nawet bez interwencji lekarskiej).

Sylwester spędziliśmy w tym roku w domu - my, Majka i koty. Majka dość szybko poszła spać i nie obudziła się nawet przy fajerwerkach, my urządziliśmy sobie wieczór z planszówkami i kolorowankami. Było kameralnie i spokojnie, ale i tak nie narzekam. Zrobiliśmy sobie łososia w cieście francuskim, jajka faszerowane pastą z awokado i na deser tiramisu :) 







Koty nawet bardzo nie były zestresowane, bo cały czas widziały, że nas strzelanie nie rusza. Amaya na chwilę schowała się pod sofą (wtedy kiedy było najgłośniej), ale jak skończył się huk to szybko wyszła. To ogromny sukces, bo swojego pierwszego Sylwestra (z nami) spędziła między grzejnikiem, a ścianą, a kolejnego (rok temu) głęboko w szafie. Tak więc to kolejny postęp jaki u niej widzę. W jej przypadku czas i poczucie stabilizacji i miłości zdecydowanie zmniejszyły jej lęki. 
Na początku stycznia robiłam wszystkim kotom kontrolne badania moczu - u Misia wyszły bardzo dobrze, u Purki ujdą (ma odczyn pH obojętny), natomiast u Amai znów pojawiły się kryształy i odczyn zasadowy. Włączyliśmy Purce dodatkową porcję pasty, a Amai kapsułki żurawinowe. Zobaczymy jak będzie dalej, kolejne badania kontrolne mamy zrobić po 6 tygodniach od rozpoczęcia kuracji. O tyle pozytywnie, że znów udało się złapać mocz w takim momencie, że jeszcze nie miała zapalenia pęcherza i nic jej nie bolało. 


Ogólnie rzecz biorąc trochę martwią mnie te jej wyniki, co jakiś czas ma taki pik w gorszą stronę. Bardzo poważnie myślę o przejściu na BARF, ale nie do końca wiem jak miałabym to zrobić w tym momencie. Mam maleńką zamrażarkę, nie bardzo mam więc jak przygotować posiłki np. na cały miesiąc. A gotowanie kotom co drugi dzień będzie dość czasochłonne i obawiam się, że nie wyrobię się z tym wszystkim. Chciałam spróbować wtedy, kiedy wyprowadzimy się już na swoje, bo wtedy planujemy zakup gigantycznej zamrażarki (przy naszych potrzebach zapewne oddzielna od lodówki). Tylko nie wiem za ile czasu to nastąpi, przy najbardziej pozytywnych prognozach sam akt podpisalibyśmy za pół roku, ale trzeba jeszcze liczyć dodatkowy czas na znalezienie czegoś fajnego i wykończenie. A jeśli zdecydujemy się na rynek pierwotny (do którego ja się skłaniam), to jeszcze dochodzi czas budowy i załatwienia wszystkich pozwoleń. Więc faktycznie przeprowadzka byłaby najwcześniej za 1,5 roku - 2 lata. 
A drugim utrudnieniem w kwestii BARFa jest fakt, że Misio nie przepada za mokrymi karmami. Zawsze mając wybór wybierze karmę suchą. Zdaję sobie sprawę, że sucha karma nie jest zdrowa (nawet ta najlepsza) i nie powinna być podstawą żywienia. Ale u Misia niestety jest, bo mokrą karmę albo surowe mięsko dziubnie 3 razy i odchodzi. Próbowałam do tej pory kilkanaście różnych rodzajów dobrej jakości karm i z każdą jest to samo.
A kupno syfnych marketówek nie wchodzi w grę, bo kot ma delikatny żołądek i na "fast foody" (bo tylko takie określenie przychodzi mi do głowy dla wszelkich whiskasów i innych tego typu) reaguje zapaleniem żołądka i potrafi się zatruć. Z resztą moja pierwsza kotka prawie przebiegła za tęczowy most po takiej karmie (wtedy nikt nie trąbił tak o ich jakości). Zdaję sobie sprawę, że dzięki uzależniaczom, które są zawarte w takich karmach koty jedzą je latami, a właściciele nie muszą się martwić wybrednym zwierzakiem. Ale dla mnie liczy się przede wszystkim zdrowie kota, więc takie rozwiązanie odpada.
BARF to opcja do przemyślenia dla mnie, aktualne artykuły i badania powoli mnie przekonują do tego, żeby spróbować.


Zmieniając temat - Koteria jest bardzo na 'tak' jeśli chodzi o świąteczny bazarek (planujemy go przed tegorocznymi świętami Bożego Narodzenia). Zaczęłam już działać w tym kierunku. Powstały dwa małe haftowane obrazki z kotkami, jestem aktualnie w trakcie wyszywania kolejnego, tym razem dużo większego. 



Chcąc spróbować czegoś nowego zdecydowałam się także na wykonanie zeszytów. 
Nadrukowałam na kartkach odpowiedni wzór. Kratka jest zbyt mainstremowa, więc zdecydowałam się na kropeczki i krzyżyki ;) Potem poskładałam strony i zszyłam ze sobą kartki w bloczkach po 4 sztuki. Potem przyszedł czas na wzmocnienie ich klejem (ja użyłam kleju Magic - rewelacyjny!). Następnie dodałam pierwszą i ostatnią stronę, wykonałam okładkę i wkleiłam do niej środek zeszytu. 


Potem już tylko 12 godzin w prasie (jak widać poniżej bardzo profesjonalnej - zrobionej z desek kuchennych i ścisków do drewna :P). I na koniec zabezpieczenie brzegów ;)


To wszystko jest dość czasochłonne, bo przy każdym etapie trzeba poczekać aż wyschnie klej, ale wbrew pozorom tworzenie zeszytu to nie jest trudny proces.
Ja korzystałam z tego tutorialu: KLIKJeśli byście chcieli spróbować, to polecam ;)
Efekt końcowy - rewelacja! Póki co powstały dwa, ale planuję zrobić jeszcze 3.
Być może jeden zostawię sobie, a 4 pójdą na licytację.


Po raz kolejny zmienię temat. Moje urodziny w tym roku wypadły mega pozytywnie. W weekend przed nimi miałam mini imprezkę rodzinną. Zrobiliśmy obiad, ale niestety nie wszyscy mogli przyjść. Tak czy inaczej było bardzo miło. Siedzieliśmy sobie przy cieście i herbatce, Majka pierwszy raz odważyła się zrobić 2 kroczki sama, nie panikowała kiedy jedna osoba puściła ją, a druga stała kilka centymetrów dalej :)
Dostałam od mojej mamy i babci rewelacyjną grę Pandemic Legacy. Uwielbiam gry typu 'coop', ta nie znudzi się bardzo szybko, bo przy każdej grze jej treść trochę się zmienia (w zależności od tego jak gramy i co się dzieje).
A prezent od męża jeszcze póki co do mnie nie dotarł, więc realnego zdjęcia Wam nie mogę pokazać. Ale zdjęcie ze sklepu internetowego wklejam poniżej :)


Natomiast już w dniu mojego święta postanowiliśmy z Adamem iść do kina na film "A street cat named Bob". Bardzo, bardzo mocno polecam. Jeden z najlepszych filmów jaki oglądałam przez ostatni rok. Wzruszałam się na nim jak chyba nigdy na żadnym innym filmie. Film pokazuje jak z dnia na dzień może się zmienić dosłownie wszystko tylko dlatego, że zwierzak, którego się pokochało całym sercem odwdzięcza się za otrzymane dobro. Film dotyczy akurat kota, ale tak na prawdę każde zwierzę (pies, koń, chomik, czy krowa) czują, rozumieją i potrafią kochać. 
Przez cały ten film widać tę ogromną więź łączącą kota i chłopaka, na którym rodzina dawno położyła kreskę. I ta więź jest tak piękna, że łzy same napływają do oczu.
Być może tak reaguję na ten film, ponieważ prawie 4 lata temu i ja doświadczyłam tak pięknej kociej miłości i wdzięczności. I trwa ona po dziś dzień.
To nie był dla mnie najlepszy czas, miałam sporo wątpliwości i byłam załamana zmianami, jakie zaszły w moim życiu. Tym, że praktycznie wszystko muszę zaczynać od nowa, to w czym się kształciłam zostało przekreślone dosłownie w jeden dzień. I wtedy zobaczyłam ją. Pojawiła się w jaimś poście na facebooku, nikt jej nie chciał. Kolejna bezdomna, bezimienna kocica, która trafiła na sterylkę, a za kilka dni wróci w miejsce bytowania i wszyscy o niej zapomną. Wyblakłe i postrzępione futerko, smutny i zrezygnowany wzrok… Jak słowo daję, jeszcze jej nie znałam, a już wiedziałam, że jest dla mnie kimś ważnym. Napisałam. I po kilku dniach przywiozłam do domu. Jej własnego domu. Dostała zabawki, miejsce w łóżku, dobrą karmę, a przede wszystkim miłość. I każdego dnia dodawała mi otuchy i siły. Dzięki niej wyszłam z początków depresji, wzięłam się za siebie. Co prawda nie robię teraz tego co wtedy robiłam, ale ona dała mi power. Bez niej nie byłabym dziś tym kim jestem.
Dzięki niej zaczęłam pomagać fundacjom, włączać się w akcje charytatywne, a nawet organizować własne. Dzięki niej dałam dom jeszcze 2 kocim bidom, których nikt nie chciał.
Zyskałam wtedy najlepsza przyjaciółkę. Mowa oczywiście o Purce.


Aktualnie nie potrafię powiedzieć, którego kota kocham najmocniej, wszystkie stawiam na równi. Jednak wiem, że to wszystko osiągnęłam dzięki Pureczce. 
Oczywiście nie będę tutaj umniejszać pomocy mojej rodziny, która była ze mną zawsze w trudnych chwilach. Jednak nawet oni nie potrafili mnie tak bardzo postawić na nogi wtedy, kiedy byłam w dole.



Powiem Wam szczerze, że czasami zastanawiam się co mówią koty. Chciałabym je rozumieć. Kiedy miauczą porozumiewają się ze sobą, wielokrotnie ja również wiem o co im chodzi, ale wiem to po ich zachowaniu. A chciałabym je rozumieć. Często moja trójka rozmawia ze sobą. Kiedyś (jeszcze w ciąży) Purka nagle ni z tego ni z owego obudziła mnie z popołudniowej drzemki, była przerażona i świdrowała mnie wzrokiem. Amaya również zareagowała zjeżonym futerkiem, odmiauknęła coś do Purki, a Purka zwrotnie coś do niej. Pamiętam tą sytuację jak by to było wczoraj i cały czas się zastanawiam co się wtedy wydarzyło. Pamiętam tylko, że miałam jakiś nie do końca przyjemny sen, ale też nie żaden koszmar.
Nobla dla tego, kto wynajdzie translator z kociego języka :P




A tak w ogóle muszę się Wam pochwalić. Numer jeden, to kilka dni temu ukończyłam kurs iOS. Mam teraz certyfikat, który potwierdza moją wiedzę :) 
No i druga sprawa jest taka, że dostałam pracę w tym kierunku. Póki co półroczne zlecenie, ale co będzie dalej to się zobaczy. Ta praca na pewno otwiera przede mną więcej drzwi. Projekt jest na tyle duży, a firma na tyle znana, że będzie to dobrze wyglądać w CV. Więc potem w razie czego powinno być łatwiej pójść dalej.
Niestety nie Swift (iOS), tylko Java (Android), ale przyznam szczerze, że póki co (na etapie poznawania nowego środowiska) dużo przyjemniej pracuje mi się na tej platformie. Do tej pory miałam do czynienia tylko z czystą Javą (jeden projekt w ramach pracy magisterskiej), Java androidowa to dla mnie nowość. 
Ale w gruncie rzeczy może nie jest to taki zły wybór. W każdym razie ja widzę to dość pozytywnie.
Do różowych okularów co prawda jeszcze mi daleko, ale teraz czuję, że może ich posiadanie nie jest nierealne. Na którymś blogu (zabijcie mnie, ale nie dojdę teraz na jakim) znalazłam niedawno świetny cytat "wszystko mija, nawet najdłuższa żmija". Moja jest wyjątkowo długa, ale chcę wierzyć, że to właśnie jest ten moment, kiedy zobaczę jak jej ogon chowa się gdzieś w wysokiej trawie.


A na koniec trochę zimowych klimatów i Majka bawiąca się z jakimś chłopcem na placyku zabaw w centrum handlowym ;)




20 komentarze: