Kawałek San Francisco

Narzekałam, że w moim życiu nic się nie dzieje... no to mam.
W sumie sytuacja bardziej pozytywna niż negatywna, ale jednak nadal jestem w lekkim szoku z uwagi na to, jak szybko potoczyła się sytuacja.
Otóż jestem właśnie w San Francisco - kilkanaście tysięcy kilometrów od domu.
Kompletny spontan. Jednego dnia mój A dostał telefon, że ma się pojawić jak najszybciej w głównej siedzibie swojej firmy., a praktycznie kolejnego firma kupowała bilety. I tak na wariackich papierach załatwiałam wizy dla siebie i córci (w całe 2 dni!!), a po kolejnych dwóch siedziałam już w samolocie.
Śmiesznie, prawda? Nie marzyłam nawet o tym, żebym w przeciągu kilku najbliższych lat miała szansę przylecieć tutaj, owszem były luźne przemyślenia, ale szczerze, nie wierzyłam, że się uda. Tymczasem firma mojego męża nalegała i tym sposobem będę tu siedzieć łącznie miesiąc.

Sam przelot nie należał do przyjemności. Najpierw 1,5 godziny do Monachium (tu jeszcze w miarę spokojnie), a potem  przesiadka na lot interkontynentalny trwający 12 godzin (już prosto do SF). To był lot w akompaniamencie wrzasków, krzyków i kwęków na trzy głosy. Dzieciaczków w podobnym wieku było właśnie troje. Ale o dziwo nikt z pasażerów nie strzelił focha ani nie patrzył na nas krzywo. Samolot w większości składał się z Niemców, ludzie byli tolerancyjni i sympatyczni. A szczerze bałam się i miałam ze sobą całą torebkę zatyczek do uszu, którymi w razie czego miałam hojnie obdarować współpasażerów :)

Zmiana czasu trochę dała nam w kość, przesunięcie jest tu 9 godzinne względem Polski. Czyli jak ja mam godzinę 15:00, to Wy macie 24:00. Mała była zdezorientowana przez pierwsze dni, teraz powoli zaczyna się już przyzwyczajać. Mnie za to rewelacyjnie wstaje się o 7, ale już po 17 włącza mi się zamulanie. Za kilka dni powinnam poczuć się bardziej komfortowo.

Pobyt: jesteśmy tutaj od poniedziałku, czyli pełne 3 dni i kawałek czwartego. Jeszcze nie zdążyłam dobrze poznać miasta, nie mam też póki co wielu zdjęć. W chwili obecnej zwiedzam tylko z córką, mąż ma urwanie głowy w biurze. Ale za tydzień powinno się trochę uspokoić.

To co mogę powiedzieć na dzień dzisiejszy o San Francisco, to że ludzie są na prawdę mili i pomocni. Kiedy bym się o coś nie spytała, zawsze otrzymam wyczerpującą odpowiedź, czasem ludzie sami zagadują na ulicy. Zachwycają się też maleństwem, uśmiechają się do niej, gugają i rozczulają się nad nią. W hotelu w dniu przyjazdu recepcjonistka zaproponowała nam zmianę pokoju, żeby nie był od ulicy (bo przecież będzie strasznie głośno, a dla dziecka potrzebny jest spokój),  bez żadnego 'ale' dostałam dziecięce łóżeczko, a pani sprzątająca zawsze jak mnie widzi to pyta, czy może mi w czymś pomóc. Oczywiście gdzie się nie ruszę - kawiarnia, sklep, centrum handlowe - ludzie otwierają mi drzwi :) Bardzo pozytywne podejście - przynajmniej do matek :)

Druga sprawa, to centrum miasta. Póki co nie miałam okazji zapuścić się w dalsze dzielnice, kręcę się tylko w okolicy centrum. I przyznam, że nie jestem zachwycona. Wszędzie beton, zero zieleni, o parkach nawet nie wspomnę. Jak gdzieś trafi się jakiś fragment z ławkami (tzw. 'square'), to i tak nie można liczyć tam na nic poza chodnikiem/betonem. W zasadzie nie ma gdzie chodzić z dzieckiem na spacer. Ulice to istna kratownica, a w każdym kwadracie blok.
Matki z dziećmi można spotkać najczęściej w Starbucks'ie, który jest co kilka przecznic (swoją droga kawa jest tu dużo lepsza niż w naszych Starbucks'ach).

W San Francisco najpopularniejszym widokiem jest żul. Tak - żule są wszędzie, do tego stopnia wtopili się w krajobraz miejski, że ludzie kompletnie nie zwracają na nich uwagi. Nikogo nie dziwi fakt, że siedzą oni, a nawet śpią na głównej ulicy handlowej. Wokół nich oczywiście brud, smród i porozwalane bety. W niektórych miejscach można nawet spotkać porozbijane namioty, w których rezydują bezdomni. Pod mostami i wiaduktami tworzą istne osiedla. Brzmi nieprawdopodobnie, a jednak... Już w dniu przyjazdu miałam okazję spotkać kopulującą na środku chodnika parę żuli. I nie, nikt z tym nic nie zrobi, w Polsce zajęłaby się takimi straż miejska, tutaj nikt nawet nie podjedzie.

Kolejna kwestia to China Town - bardzo charakterystyczna dzielnica. Kojarzycie może jak kilka lat temu wyglądał Stadion Dziesięciolecia w Warszawie? Taki gigantyczny bazar, na którym można było kupić dosłownie wszystko - od żywności, przez zwierzęta rolne, klapki Kubota, perfumy Hogo Boos, aż po motocykle Hunydey. Wszystkie nieczystości trafiały na chodnik, ludzie tłoczący się w każdym kierunku - istny sajgon. Dokładnie tak wygląda China Town. I takie 'kwiatki' tylko 3 przecznice od centrum.

Nie wiem jak jest w innych stanach, ale w Californi można się spotkać z lokalnym patriotyzmem - duża większość ludzi ma produkty Apple (główna siedziba znajduje się w Cupertino - pod San Francisco). W kawiarniach ludzie siedzą z maczkami, w taksówkach królują iPady, muzyka tylko z iPoda, a na ulicy większość rozmawia przez iPhone. Nawet żule mają telefony Apple, co absolutnie nikogo nie dziwi.

W ogóle występuje tu wielokulturowość. W SF można spotkać każdego - czarnoskórych, skośnookich, w typie indiańskim, Romów, Turków, Skandynawów, świadków Jehowy (nie są aż tak namolni jak u nas), homoseksualistów - dosłownie mix wszystkich państw i religii świata po trochu. I pozytywne jest to, że nikt tu nie jest gorszy, ani lepszy. Ludzie traktują siebie na równi z innymi (oczywiście  wiadomo, wszędzie są rasiści i osoby nietolerancyjne, ale tutaj nie widać tego tak mocno, a przynajmniej ja nie miałam okazji zobaczyć).
Ach i nie wszyscy Amerykanie są grubasami. Jest w zasadzie pół na pół - albo całkiem grubi, albo chudzi jak wieszaki. Nic pośrednio.

Jedzenie - w zasadzie są restauracje każdej jednej kategorii, ale łączy je jedno - wszystko, co tam podają jest tłuste i ciężkie. Dla przykładu - poszliśmy na śniadanie - zamówiłam tortillę. Co dostałam?
Wielki klocek tortilli (tak na oko 30x15 cm), a w środku ryż, pieczone ziemniaki, jajko sadzone, fasola, kukurydza, pomidory, cebula, sałata i sos guacamole. Obok tortilli jeszcze dodatkowo surówka z pomidorami. Nie, nie zmęczyłam tego...
A jak wygląda tradycyjne amerykańskie śniadanie? Kilka pancake'ów (takie naleśniki) polane syropem klonowym, dodatkowo jajecznica i bekon. Czasem podają do tego także pieczone ziemniaki albo bliżej nieokreślone pieczywo. Dlaczego bliżej nieokreślone? Dlatego, że tutaj nie ma czegoś takiego jak chleb, czy kajzerki. Tutaj nie je się czegoś takiego. Ludzie jedzą tylko pieczywo tostowe.
Chciałam kupić bagietkę? Tak, jak człowiek się dobrze zakręci, to znajdzie ją, ale na kuchniach świata w kategorii "Francja". Taka bagietka jednak nadal pozostawia wiele do życzenia - jest trochę jak podeszwa... Jak by wziąć taką bagietkę i przyłożyć komuś przez łeb, to możnaby zabić.
Za to są przepyszne warzywa i owoce. Przede wszystkim jest ich duży wybór. Pomidory są słodziutkie, truskawki aromatyczne, lepszego arbuza nie jadłam nawet w Grecji.

Herbata w SF? Zapomnijcie. No chyba, że kupicie w sklepie wodę mineralną i ją ugotujecie. Narzekałam na wodę z kranu na warszawskim Ursynowie. Teraz wiele bym dała, żeby mieć w kranie taką wodę...
Tutaj kranówa jest chlorowana. Smakuje tak, jak by się piło basen - dosłownie. A teraz wyobraźcie sobie herbatę na takiej basenowej wodzie... Miodzio...
I tak w każdej restauracji...

Nie wiem kiedy znów się odezwę na blogu, ale za pewne za jakiś czas. Póki co mogę nie mieć chwili na pisanie, ani na odpowiedzi, więc proszę o wyrozumiałość. Internet działa mi jak chce.
Częściej wrzucam zdjęcia na snapchata, jeśli macie ochotę, to możecie czasem zerknąć :)


A poniżej kilka zdjęć. Sorry za jakość, robione telefonem bardzo na szybko :)








3 komentarze:

  1. Rzeczywiście się dzieje... czytałam tę relację z wielkim zainteresowaniem :)

    OdpowiedzUsuń
  2. San Francisco, wszystko fajnie, ale co z kotkami? :c
    A tak poważnie - zazdroszczę takiej niespodziewanej wycieczki do tak magicznego miejsca :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Wow :)
    ale cieszę się, że się zdecydowałaś/ zdecydowaliście na wspólny wyjazd. Kto wie, kiedy by się udało - a i malutka jest chyba na tyle młoda, że podróż z nią nie jest znacznym utrudnieniem (prócz potencjalnego hałasu *_^).
    Straszna szkoda (IMO) z tym brakiem zieleni - tym się zawsze zachwycam w Warszawie, że mimo wszystko da się znaleźć kilka przyjemnych miejsc do posiedzenia "na dworze".
    Co do jedzenia (porcji) - te wszystkie stereotypy o grubych Amerykanach i że XXL amerykańskie jest większe od XXL europejskiego skądś swe źródło musiały mieć ;)
    Jako, że zagraniczna podróżniczka ze mnie słaba, to z zaciekawieniem czytałam, co napisałaś :)

    ps. a odnośnie spotkania - daj znać, jak wrócisz, jakiś termin się musi udać zgrać ;)

    OdpowiedzUsuń