Przedwakacyjne narzekanie

Już w sobotę zaczynam wakacje. W tym roku te nasze urlopy są bardzo poszarpane, trochę tu trochę tam. Zamiast jednego długiego urlopu będziemy mieć kilka krótszych.
To na pewno będzie lepsze dla kotów, bo im krótsza rozłąka, tym łatwiej im to znieść. No i mnie chyba też.

Najbliższy to babski wypad 3 pokoleń, czyli moja mama, ja i córka ;) Kierunek Wrocław. Kilka lat temu zakochałam się w tym mieście, jest piękne i ma magiczny klimat. Zamierzamy się zrelaksować i odwiedzić mój ulubiony shakewave! :) Jako że jedziemy razem spróbujemy spotkać się z naszą dalszą rodziną, która mieszka pod Wrocławiem. Ja ich nie znam, ale moja mama jeszcze tak. Kiedyś dawno każdy pojechał w swoją stronę, z czasem kontakty się pourywały, moje pokolenie (ja i moi bracia cioteczni oraz ich dzieciaki) nigdy nie miało okazji się poznać. Może to będzie dobry motyw do nawiązania nowych znajomości.

Teraz bardzo mi tego brakuje, w gruncie rzeczy czuję się olana praktycznie przez wszystkich znajomych. Była masa deklaracji spotkań i na tym się w sumie skończyło.
Jedna obiecywała na święte nigdy, że się zobaczymy, ale co chwila znajduje różne wymówki, druga odwołała spotkanie w dniu, bo zmieniły jej się plany, teraz nie odpowiada na wiadomości (a widzę, że je odczytuje), inna nie dała rady, bo też coś wypadło, a jeszcze kolejna jest teraz bardzo zajęta i nie wie jak ma pogodzić wszystkie swoje obowiązki... A potem dowiaduję się, że jedna z drugą i z piątą spotkały się na zakupy, na pogadanki przy kawie, albo urządziły domówkę, na którą nie zostałam zaproszona (a przecież kiedyś zawsze imprezowałyśmy razem)... I tak od mniej więcej 7-8 miesięcy... A przecież ja wyraźnie wszystkim mówię, że nie jestem uwiązana na smyczy - Majkę mogę podrzucić do mojej mamy, może się nią zająć mąż - ja na prawdę mogę mieć wolny wieczór! Na serio, dziecko bardzo się ucieszy, jak będzie mogło spędzić wieczór sam na sam z tatusiem albo babcią (i gwarantuję, że ta druga osoba również będzie z tego powodu przeszczęśliwa!)
Nie wiem co takiego się stało, że stałam się niewidzialna/niepożądana w towarzystwie. To tylko podnosi poziom mojej frustracji, czasem czuję się jak w klatce... Ale najgorsze jest to, że nie wiem dlaczego, przecież to nadal ta sama ja, nie zmieniłam się w orka, nie wyrosły mi rogi ani kolce na plecach...

Bardzo miłą odskocznią była dla mnie impreza, która niedawno odbyła się u moich znajomych, na którą o dziwo zostaliśmy zaproszeni (o dziwo, bo z tamtymi ludźmi mam aktualnie nikły kontakt, idąc tam znałam tylko gospodarzy). To było trochę jak oderwanie się od rzeczywistości. Ot zwykła posiadówka na kanapach, która (jak to zazwyczaj bywa w trakcie) po 2 godzinach przeniosła się do kuchni. Kilka przekąsek, trochę piwa, ciasto, dość głośna muzyka i typowo imprezowa gra - Jungle Speed. Nic nadzwyczajnego, ale ja od dawna nie bawiłam się tak dobrze jak wtedy.
No ale skoro inni postawili już na mnie kreskę, to trudno. Nie ma sensu zabiegać o znajomości, skoro ta druga strona nie ma na to ochoty. Nie będę stawiała ludzi w głupiej sytuacji, kiedy chcą mi odmówić, ale nie wiedzą jak, żeby (o ironio) nie zrobić mi przykrości. Sama już nie wiem, czy nie wolałabym usłyszeć prosto z mostu, że koniec znajomości. Ale ludzie tak nie potrafią, konfrontacja twarzą w twarz to nie jest mocna strona naszego społeczeństwa.

Próbowałam nawiązywać nowe znajomości, ale póki co idzie mi to jak krew z nosa. Trochę się zniechęciłam, bo dziewczyny, które widuję na placu zabaw zazwyczaj nie chcą się z nikim zakumplować, każda lata za swoim dzieckiem, są oburzone jak Majka weźmie czyjąś zabawkę do ręki (i w drugą stronę, nie pozwalają swoim pociechom pobawić się zabawkami mojej córki, mimo, że ani ja, ani Majka nie widzimy ku temu żadnych przeszkód), czasem pogadają od niechcenia przez 5 minut i na tym się kończy. Inna sprawa, że zazwyczaj one gadają do zarzygania tylko o dzieciach, żłobkach, pieluszkach i kaszkach. Trochę śmieszna sytuacja, bo ostatnio z jedną z matek nawiązałam trochę dłuższy dialog (i zbawiennie nie był on kompletnie związany z dziećmi), myślałam, że może wymienimy się numerami, spotkamy czasem na kawie, albo nawet na placu zabaw... No cóż, kiedy spytałam się ją jak ma na imię, to popatrzyła się na mnie, jak by mi co najmniej wyrósł tęczowy róg na czole i kompletnie zignorowała moje pytanie. I żeby nie było - teraz jak tylko widzi mnie w okolicy parku, to szybko ucieka xD Nie wiem co się dzieje z tymi ludźmi. To trochę jak niskobudżetowa komedia...

Liczę na to, że jak wrócę do pracy, to moje życie towarzyskie znów zakwitnie. Najbardziej żałuję tych kontaktów ze studiów magisterskich i z gimnazjum. No ale chyba tak miało być, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Trzeba iść na przód z podniesioną głową. Będzie dobrze, przecież musi być. Od października wiele się zmieni, kiedy mała będzie w żłobku będę mogła zacząć szukać pracy, a w tym czasie łapać jakieś mniejsze zlecenia. Kto wie, może i branżę uda mi się zmienić. Jeszcze nie jestem przekonana, czy na pewno tego chcę. Wszystko jest jednak do przemyślenia, może warto spróbować, a jak się nie uda, to zawsze można wrócić na "stare śmieci".

Planujemy za jakiś czas znów powiększyć rodzinę, ale do tego będę potrzebowała po pierwsze zgody lekarza, po drugie stałego zatrudnienia (ewentualnie pomyślę nad założeniem własnej działalności), a po trzecie energii.

Staram się myśleć pozytywnie, nie zawsze mam na to siłę, czasem jestem zwyczjnie zmęczona - głównie tym brakiem działania. Zawsze byłam osobą niezwykle energiczną i wszędzie było mnie pełno. To takie zatrzymanie się w miejscu jest dla mnie swego rodzaju doświadczeniem, ale nie powiem, żebym była nim mocno zachwycona.
Ale wydaje mi się, że ludzie z natury nie lubią zmian, a im człowiek starszy tym trudniej się do nich przystosować.

Na koniec kilka zdjęć moich cudownych kociastych i filmik, który od daaawna Wam obiecywałam - książeczka, którą uszyłam już jakiś czas temu dla Majki ;)












5 komentarzy:

  1. Jeszcze we Wrocławiu nie byłam, ale bardzo bym chciała tam pojechać, chociaż na weekend. Tak więc życzę udanego wyjazdu:)

    Z tymi znajomymi czasami tak jest, jak pojawia się dziecko nagle robimy się niewidoczne, to tak jak by się cały zarazić macierzyństwem albo bały się, że tylko o dzieciach będziemy mówić... Na placu zazwyczaj zaczynamy rozmowy od dzici, jak nawiąże się jakąś nic porozumienia poruszamy wiele innych tematów. Jednak czasami trafią sie ludzie, ktorzy jak by mogli to by od razu uciekli. Z zabawkami jest tak, że uczę Agatę dzielenia, matki innych dzieci na szczęście zazwyczaj też. Niektóre matki wg mnie boją się chyba nawiązywać nowe znajomości, nie wiem dlaczego, ale da się to zauważyć. Może boją się, że ktoś będzie im się narzucał?
    Właściwie mieszkamy tu już 2 lata, ale nie mam tu obecnie żadnej znajomej z którą bym mogła się spotkać na kawę, każdy unika nowych znajomości i nie dąży do ich poszerzania. No cóż płakać nie będę, na szczęście w weekendy nadrabiam kiedy jedziemy do moich rodziców;)

    Piękna kociaste;)

    Książeczka genialna! Ja niestety nie potrafię szyć, a na pewno córka by się ucieszyła,a zwłaszcza jak by dostała książeczkę z konikami, krówkami, świnkami, kurkami, psami i kotami;) a opcja ich przekładania, wyciągania, układania, ruszania na pewno by sprawiła jej wiele radości. Chyba muszę coś pomyśleć;)

    OdpowiedzUsuń
  2. poczułam się wywołana do tablicy, posypuję głowę popiołem, wiem, że nawaliłam :( i choć jestem/ czuję się winna, to nie będę się tłumaczyć, za to obiecuję poprawę. Spodziewaj się na dniach wiadomości na fb :)

    w temacie - tak niestety czasem bywa, że się znajomości rozjeżdżają :( czasem odezwanie się, "przypominanie o sobie" daje efekty, jest chęć i okazja by się spotkać. A czasem i tak, mimo wysiłków, się kontakt coraz bardziej rozluźnia. I pozostaje tylko to zrozumieć, zaakceptować. Sama mam kilkoro znajomych, którzy mimo dawnej bliskości są jedynie znajomymi. Składamy sobie życzenia urodzinowe itp., przyznajemy się do siebie na mieście czy w sieci *_^ (lajkujac czy komentując wpisy). Ale nic więcej. I ciężko powiedzieć coś innego niż - cóż, życie.

    Bezczynność jest frustrująca, znam to z doświadczenia. Ale myślę, że skoro nie chcesz się poddawać, działanie leży też w Twojej naturze, to znajdziesz jakieś wyjście, drogę dalej. Jak nie drzwiami, to oknem ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Trafiłam na tego bloga przez koty z facebooka i odkryłam, że za zdjęciami kotów kryje się naprawdę miła ludzka twarz :) Lubię czytać jak piszesz, choć nie zawsze radośnie, ale zawsze ciekawie. Plus jako wielka miłośniczka kotów, chciałam się o Waszych futrzakach trochę więcej dowiedzieć. :) Masz piękne koty i jeszcze słodszą córeczkę. A znajomymi, którzy nie palą się do utrzymania kontaktu, to na dłuższą metę i tak nie wyjdzie, bo ile można być jedyną stroną, która wyciąga rękę... Nie przejmuj się, znajdą się nowi, może nawet lepsi. :)

    Pozdrawiam :)

    PS. Książeczka naprawdę niesamowita! WOW!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki - nad tą książeczką siedziałam ze 2 tygodnie :D
      Staram się pisać o kotach dość dużo, uwielbiam je fotografować - koty to praktycznie cały mój świat. Od małego jestem zawsze wśród kotów. I taka ze mnie szczęściara, że zawsze jak gdzieś pojadę, to spotykam jakieś miauczące. We Wrocławiu już 2 ;) Postaram się po powrocie dać relację. Córka w sumie też od urodzenia z kotami, ja jestem za tym, żeby dziecko rozwijało relacje ze zwierzętami, np w żłobku, do którego pójdzie będzie miała zajęcia z psiakiem :)
      A tak z ciekawości - ktoś na fb do mnie linkował? ;) Zdradzisz mi kto?

      Usuń
    2. O, to są takie żłobki? Nawet nie wiedziałam. A jak się chce to wszędzie się znajdzie koty :)
      Już nie pamiętam szczerze mówiąc jak znalazłam bloga. Ale jakoś z pomocą dobrego wujka Google'a mi się udało, wpisując imiona kotów ;)

      Usuń