Słońce i wiatr we włosach

Dzisiejszy wpis będzie mega długi, ale głównie z racji ogromnej ilości zdjęć, które chcę Wam pokazać.


Pod koniec zeszłego tygodnia wróciliśmy z naszych Portugalsko - Hiszpańskich wakacji. To był rewelacyjny odpoczynek, który z chęcią bym znów powtórzyła - nawet dziś!


Nasza wycieczka rozpoczęła się w Lizbonie. Przylecieliśmy w środku nocy, a więc nasze zwiedzanie rozpoczęliśmy późnym rankiem kolejnego dnia.


Sama Lizbona jest raczej małym miastem (nie licząc małych miejscowości wokół, które formalnie nie są włączone do stolicy, ale są tak blisko siebie, że pomiędzy nimi jeździ normalnie komunikacja miejska).

To, co zadziwiło mnie na samym wstępie - Lizbona jest bardzo czysta. Najczęściej podróżując po krajach śródziemnomorskich mniejsze uliczki oraz te bardziej oddalone od centrum miasta były śmierdzące i pełne śmieci. Tutaj wręcz przeciwnie - na dobrą sprawę nigdzie nie spotkałam się ani z wylewaniem nieczystości ani rzucaniem jakichkolwiek papierków czy gum do żucia na chodnik. Portugalczycy dbają o swoje miasto, dodatkowo ulice co noc są myte przez służby miejskie. To naprawdę mega pozytywne.



W Lizbonie jest bardzo wiele pięknych uliczek (według miejscowych najpiękniejsze są budynki obficie udekorowane kolorowymi kafelkami), warto zapuścić się i na chwilę "zgubić się" w tych wąskich przejściach, małych uliczkach i alejkach z wysokimi schodami :)
Kafelki królują także na większych stacjach metra ;)




W ścisłym centrum miasta jest sporo atrakcji turystycznych, które po prostu trzeba odwiedzić!
Pierwszą (i chyba jedną z najlepszych) jest Elevador de Santa Justa - winda, którą można wjechać na plac położony kilka ulic wyżej (Lizbona to miasto o bardzo dużych deniwelacjach).


Na górze znajduje się również punkt widokowy, z którego można zobaczyć piękną panoramę miasta.



W drugiej kolejności zachwyciła mnie fontanna wyglądająca trochę jak organy kościelne na placu Praça Martim Moniz.


Bardzo popularna jest również kolejka przy Ascensor da Glória. Przejażdżka trwa tylko kilka minut, ale mimo wszystko uważam, że warto.


Lizbona ma (wg mnie) rewelacyjny dworzec Estação do Oriente - urzekła mnie architektura budynku, która sprawia wrażenie takiego lekkiego i kruchego obiektu. Stacja jest ogromna, dziennie przejeżdża przez nią bardzo wiele pociągów zarówno miejskich jak i dalekobieżnych oraz metro.


W bardzo bliskiej odległości od dworca znajduje się kolejna atrakcja turystyczna - kolejka linowa Telecabine Lisboa - z góry rozciąga się piękny widok na zatokę oraz na most Vasco da Gamy (który ma ponad 17km długości).



Będąc w okolicy można zajrzeć również do oceanarium - my nie mieliśmy na to czasu, ponieważ w Lizbonie mieliśmy tylko 2 pełne dni.

Chodząc pięknymi uliczkami Lizbony natknęliśmy się na śmieszny sklep Lisbon Duck Store. Można w nim kupić kaczuszki do kąpieli. Jest ich tam taki wybór, że naprawdę każdy znajdzie coś dla siebie! Bardzo ciężko nam było się zdecydować, którą z nich kupić Majce w ramach drobnego upominku z naszego wyjazdu! Na zdjęciu tylko jedna ściana kaczek, po drugiej stronie było ich tyle samo!


Jako typowa kociara wyhaczyłam również sklep z kotem w nazwie A Loja do Gato Preto - jest to sklepik z dekoracjami do mieszkania. Część z nich także kocia :)




W Lizbonie jest bardzo wiele restauracji i kawiarni, ale zdecydowanie nie warto wybierać tych w ścisłym centrum. Oczywiście obowiązkowo trzeba się pokręcić w okolicach placu Praça do Comércio, ale na jedzenie polecam wybrać się gdzieś dalej.


Na początku warto zaznaczyć, że w Portugalii tak jak w większości krajów śródziemnomorskich obowiązuje sjesta. Duża większość sklepów jest czynna od godziny 9:00 - 10:00 do maksymalnie 14:00, potem jest przerwa i ponowne otwarcie w okolicach godziny 17:00 do godziny 21:00. I tak samo jest z restauracjami - kuchnia czynna jest od rana do maksymalnie 13:00, a ponowne otwarcie jest najwcześniej o godzinie 18:00.
Portugalczycy przywykli do tego, że rano piją kawę i jedzą słodkie śniadanie, potem lekki lunch, a wieczorem obfitą obiadokolację.

Kawa w Lizbonie jest naprawdę przepyszna. Ja ze swojej strony mogę bardzo polecić kawiarnię FÁBRICA COFFEE ROASTERS, gdzie serwują bajeczną kawę oraz przepyszne kanapki na ciepło. To takie przyjazne i klimatyczne miejsce, w którym można posiedzieć i delektować się smakiem i przyjazną atmosferą.



Polecam także spróbować tradycyjnego przysmaku Pastéis de Nata - można go dostać w bardzo wielu kawiarniach i restauracjach, ale ja osobiście jadłam go w Manteigaria Fábrica de Pastéis de Nata i był rewelacyjny.


W Lizbonie funkcjonują także tzw Merkaty - największy z nich Time Out Market
oferuje zarówno dania gotowe, jak i półprodukty.


Będąc w stolicy Portugalii (która jest miastem portowym) naprawdę warto spróbować owoców morza, nawet jeśli wcześniej wydawało Wam się, że ich nie lubicie.
Mnie najbardziej smakowały krewetki podane w słodko-ostrym sosie. Nie były ani trochę gumowate!
Warto także skosztować sangrii - jest to napój alkoholowy z dużą ilością świeżych owoców. Portugalia i Hiszpania słyną z pysznej sangrii - mogę to potwierdzić.
Tylko jak dla mnie trochę za mocna, ale ja generalnie mam słabą tolerancję na alkohol.


Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie podjechała na kilka godzin nad ocean. Plaż w okolicach Lizbony jest kilka, ja wybrałam tą najbardziej popularną w Cascais (miasteczko należące do metropolii Lizbony). Pogoda była idealna, a woda cieplejsza niż w Bałtyku :)





Po Lizbonie przyszedł czas na Madryt. Lot mieliśmy rano, więc o godzinie 9:00 byliśmy już w stolicy Hiszpanii.
To co na wstępie jest bardzo pozytywne, to fakt, że każdemu podróżnemu przysługuje darmowa pomoc medyczna na lotnisku w dniu przylotu bądź wylotu. Kompletnie nie zdawałam sobie z tego sprawy, ale tak się akurat złożyło, że czymś się zainfekowałam i strasznie spuchły mi węzły chłonne na szyi. Mało komfortowa sytuacja do zwiedzania, więc udałam się do lotniskowej apteki z nadzieją, że pracujące tam panie coś mi poradzą. No i poradziły - udać się do lotniskowej przychodni. Dostałam antybiotyk i już drugiego dnia praktycznie przeszły mi objawy.

Madryt jest dużo większym miastem niż Lizbona, dlatego zdecydowaliśmy się na hotel na obrzeżach - lepsza jakość w niższej cenie. Dojazd z lotniska zajął nam prawie godzinę, ale to co na wstępie mnie mocno zszokowało, to udogodnienia dla rodziców z dziećmi. Nie dość, że każdy autobus wyposażony jest w ogromne miejsce dla wózka (spokojnie zmieszczą się 2-3), to dodatkowo jest również zamontowany fotelik przeznaczony dla rodziców podróżujących z dzieckiem w nosidle lub chuście.


No i tak od pierwszego dnia zwiedzaliśmy każdy możliwy ciekawy zakątek, zaliczyliśmy te bardziej i mniej popularne place. Najbardziej spodobał mi się chyba Plaza Mayor, który znajduje się niedaleko centrum miasta.


To co zdecydowanie warto zobaczyć w Madrycie, to Świątynia Debod - dar rządu Egiptu dla Hiszpanii za pomoc przy ocaleniu świątyń w Nubii. My nie zwiedzaliśmy jej w środku, ale jeśli ktoś interesuje się starożytnym Egiptem, to myślę, że warto.


Niedaleko świątyni tuż za rzeką Manzanares znajduje się największy w Madrycie park miejski oraz kolejka linowa. My postanowiliśmy przejechać się nią, gdyż obejście tego parku na piechotę zajęłoby nam mnóstwo czasu, a w stolicy Hiszpanii byliśmy łącznie 3 dni.



W Madrycie tak samo jak i w Lizbonie - wszystkie sklepy i kuchnie w restauracjach zamykają się na czas sjesty, więc zwiedzanie należy sobie organizować przede wszystkim w godzinach środkowych. W ramach śniadania warto spróbować tradycyjnego hiszpańskiego przysmaku churros - są to słomki, które moczy się w gorzkiej czekoladzie. My zdecydowaliśmy się spróbować ich w restauracji San Ginés Chocolateria - nie jestem specjalnie zachwycona churrosami, ale chyba co kto lubi.


W Madrycie również warto zajrzeć do marketów - tam zawsze można dostać świeże ryby, mięso, owoce oraz warzywa. Wielokrotnie zaopatrywaliśmy się tam w przekąski w ramach lunchu, bo mimo wszystko nie jesteśmy przyzwyczajeni do pór posiłków w krajach śródziemnomorskich.



W Madrycie warto również przejść się do parku Parque de El Retiro - jest tam przepiękny pałac Palacio de Cristal.





No i oczywiście są tam również koty wolnożyjące!



Jak zawsze w czasie podróży - spotkałam koty. Te były raczej bojaźliwe i nie chciały podchodzić na mizianie, ale nie pogardziły kawałkiem pysznego pasztetu, który kupiliśmy sobie na jednym z marketów w celu zjedzenia w czasie lunchu.




Koty dostały cały kawałek i były chyba z tego powodu bardzo zadowolone, bo w każdej minucie karmienia przybywało ich kilka, ale niestety nie miały ochoty wyjść z krzaków.
Tak czy inaczej są urocze i najwyraźniej zadbane - sierść wygląda ładnie i niektóre są naprawdę grubiutkie ;)




I skoro już jestem w kocim temacie, to na sam koniec pochwalę się także wizytą w kociej kawiarni, a właściwie kocim schronisku - La Gatoteca.




Bardzo podoba mi się idea tego miejsca - każdy może tam przyjść i posiedzieć z kotami - pobawić się z nimi, pogłaskać, towarzyszyć im w codziennych czynnościach. Jeśli któregoś kota pokochacie, to możecie go zaadoptować. Lokal nie serwuje żadnych dań ani ciepłych napojów, można kupić jedynie zimne napoje. To takie trochę lajtowe schronisko - koty nie siedzą w klatkach, mają mnóstwo zabawek, drapaków, legowisk i półek. To goście są tam dla nich, a nie one dla gości.









Najbardziej urzekła mnie kotka Meili - z wyglądu praktycznie druga Amaya. Kleiła się do nas od samego początku jak tylko weszliśmy do środka. Myślę, że szybko znajdzie dom, bo jest tak cudowna i rozmruczana, że ciężko mi uwierzyć, że nie znajdzie się nikt, kto ją pokocha. Trzymam za nią mocno kciuki! I za pozostałe oczywiście też.





Miałam jeszcze napisać co nieco o Nutce, ale tak jak się spodziewałam, ten wpis wyszedł ekstremalnie długi, więc przełożę to może na kolejny raz ;)

11 komentarzy:

  1. Fantastyczny pobyt i bardzo fajne zdjęcia.
    Z przyjemnością obejrzałam i poczytałam :-)
    Portugalię i Hiszpanię też bym chętnie odwiedziła,
    lubię tamten klimat...

    OdpowiedzUsuń
  2. Na bieżąco byłam na Instagramie. Świetna podróż, i jaka smaczna. Zauroczyła mnie Lizbona, czułabym się idealnie, te malownicze uliczki :)
    https://sweetcruel.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. Cudowna wyprawa, piękna relacja! Te krajobrazy , widoki , napotkane koty wszystko cudne :D
    Jak nie lubię wyjeżdżać tak tu wręcz zazdroszczę ;-)
    Super ten koci sklep , chyba bym oczopląsu dostała jakbym tam wpadła ;-))))
    Ciekawe co tam kupiłaś ?
    Napotkane koty i te schroniskowe cudne :-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Niewiele wiem o Portugalii, więc miło było pooglądać tak ładne zdjęcia i dowiedzieć się czegoś. Nie spodziewałam się, że miasto to test raczej małe. Ta winda to niespotykana atrakcja, a dworzec robi wrażenie. Darmowa pomoc medyczna na lotnisku w Hiszpanii to rzeczywiście świetna sprawa. No i to schronisko dla kociaków, super. Uwielbiam koty i już od dawna chciałam mieć, za miesiąc mam w końcu spełnić swoje marzenie (o ile nic nie pokrzyżuje planów, bo ostatnio miałam w tej sprawie pecha..) i już nie mogę się doczekać.
    Pozdrawiam i dziękuje za odwiedziny ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Jacie, ale tam pięknie!
    Wprawdzie nie lubię takich klimatów, bo zdecydowanie bardziej lubię jak jest chłodno i nie ma bardzo dużo słońca, ale na wakacje z chęcią bym się tam wybrała. :))

    OdpowiedzUsuń
  6. Zazdroszczę wyjazdu ;D

    Zapraszam :
    unnormall.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  7. Aj, aż chciałoby się tam wybrać <3

    OdpowiedzUsuń
  8. Ale piękne rysunki na ścianach

    OdpowiedzUsuń
  9. Pięknie! I wszystko fajne-wypad, zdjęcia i relacja:)a jako geograf z zadowoleniem odnotowuję parę fachowych określeń;) i fajnie, że pomimo napiętego programu znaleźliście czas na plażowanie:) w Lizbonie, ani w Portugalii jeszcze nie byłam ale już wiem co sobie stamtąd przywiozę i nie będzie to kaczuszka do kąpieli:D W Madrycie byłam (ale to już wiesz) i widzę, że wciąż lepiej wygląda gdy patrzy się w górę niż pod nogi:( Koło kotów też nie mogę przejść obojętnie, są przeurocze! A tak w ogóle to jestem pod wrażeniem jak szybko ogarnęłaś emocje i zdjęcia i podzieliłaś się nimi z nami. Ja Malty jeszcze nie ruszyłam...i nie wiem kiedy to zrobię. Ba! Nie ogarnęłam jeszcze Sycylii z ub.roku więc chyba to trochę potrwa. Jestem jak sycylijska poczta-wysłane rok temu kartki jeszcze nie doszły. Tak, że ten...cierpliwości;)

    OdpowiedzUsuń
  10. Piękne zdjęcia, to po pierwsze :) Po drugie - zwiedziliście naprawdę super miejsca, aż samej zachciało mi się tam pojechać :) No i ten koci akcent na końcu (i wcześniej w sumie też :D) - mam nadzieję, że wszystkie koteczki znajdą kochających służących :)

    OdpowiedzUsuń