Przemyślenia przy kawie z kotem na kolanach

Dni mijają jeden za drugim. Czas ucieka bardzo szybko, czasem mam wrażenie, że przelatuje mi między palcami niczym woda. Jeszcze miesiąc i w zasadzie skończy się zima. Już nie mogę się doczekać, mam dość tego depresyjnego nastroju. Otacza mnie z każdej strony ocean melancholii – ludzie narzekają, nie potrafią się cieszyć życiem. Każdemu coś w poprzek. I mnie się powoli udziela takie zachowanie.
Na szczęście sesja już za mną, studia są męczące, ale teraz, kiedy już „widać koniec” człowiek ma więcej sił i motywacji, żeby to ogarnąć. Ten semestr mogę ocenić bardzo na plus. Zajęcia mogę podzielić na dwie kategorie: pierwsza to ciekawe i przydatne, a druga to nieciekawe, nieprzydatne, ale łatwe do zaliczenia. To są uroki indywidualnego toku studiowania – sama układam sobie plan, który zatwierdza mi opiekun, a potem kierownik studiów. Tak więc teraz patrząc z perspektywy czasu – pozytywne jest to, że przedmioty ogólne pokrywały mi się ze specjalnościowymi, bo właśnie dzięki temu mogłam wystąpić o ITS. Aktualnie mogę się już skupić tylko na magisterce, bo przyszły semestr (z tego co patrzę) będzie się składał z jednego wykładu i seminarium. Generalnie takie mam wrażenie, że drugi stopień jest tak jakby trochę lżejszy niż pierwszy. Może to kwestia różnych uczelni, a może samego podejścia do studentów i studiowania. Fakt jednak jest taki, że czas studiowania jest dla mnie tak jakby przedłużeniem dzieciństwa. Trochę opóźnia to typowe „wejście w dorosłość”. Mimo, że człowiek pracuje/coś tam robi ze swoim życiem, sam jest odpowiedzialny za siebie, to jednak czuje w głębi serca, że dorosłość jeszcze nie nadeszła. A studia – w dzisiejszych czasach znaczą niewiele, papierek może bez większego problemu zdobyć każdy. Nie, to w żadnym wypadku nie jest uderzanie w osoby studiujące na prywatnych uczelniach – ja uważam, że jak ktoś chce się uczyć, to się nauczy – bez względu na to, jaką uczelnię wybierze. Wszędzie są ambitni i wszędzie są leserzy. Każdego zweryfikuje życie. Niedouczeni pracujący w swoim zawodzie nie osiągną wyżyn; ich brak sukcesu zawodowego jest mi obojętny. Jednak nie potrafię pogodzić się z tym, że ci ludzie mogą zaszkodzić innym. No bo wyobraźmy sobie teraz niedouczonego lekarza/chirurga, czy choćby (temat jak najbardziej aktualny w moim przypadku) weterynarza. Nie będę teraz opisywać tego, ile wycierpiała się jedna z moich kotek przez weterynarza nieuka, jeszcze przyjdzie na to czas, jak kicia całkiem dojdzie do siebie. Dziś mogę śmiało powiedzieć, że dzięki kilku dobrym radom i mojemu uporowi kotka czuje się dużo lepiej i ja patrząc na nią jestem spokojniejsza.

 (Purka i Amaya)

2 komentarze:

  1. A ja zimę uwielbiam :)

    Słyszałam, że magisterka łatwiejsza ciut. Jak już ktoś ma tego inżyniera (w przypadku polibudy) to jakoś inaczej do człowieka podchodzą.
    U nas ITS był nie do dostania :p Naprawdę trzeba było mieć powód - dziecko albo wyczynowy sportowiec.

    OdpowiedzUsuń
  2. Cieszyć się codziennością jest dość trudno - ewolucyjnie jesteśmy przystosowani do wyłapywania zagrożeń (a obecnie problemów), a też nikt nas nie uczy jak doceniać drobne przyjemności. Niby optymizm jest w cenie, gdzie nie spojrzysz, tam zachęcający artykuł czy billboard, ale gdy w rozmowie wspomnisz, że coś Ci się dobrze układa, to albo spojrzą na Ciebie z zazdrością, albo stwierdzą "ciesz się póki możesz" o.O Cóż, zmiany w ogólnospołecznym nastawieniu wymagają czasu.

    Co do tematu "koniec studia jako koniec dzieciństwa" - patrzę na to dość podobnie. Obrona pracy magisterskiej to koniec pewnego etapu, pewnej dopuszczalnej beztroski, z jaką kojarzy się czas studiów. Potem to już "dorosłość, obowiązki i podatki". Ale tak jak wspominałam wcześniej - istotne, by znaleźć coś pozytywnego w każdej zmianie, w każdym dniu. Ponoć bycie dorosłym nie-studentem też ma swoje plusy ;)

    OdpowiedzUsuń