Mamy już luty.
Myślałam, że uda mi się napisać jeszcze w styczniu, ale ostatecznie miałam na głowie tyle spraw, że zwyczajnie zabrakło mi czasu na pisanie.
I znów mnie długo nie było.
Ostatnio mam gorszy okres, zupełnie nie mam na nic siły i nawet nie próbuję jej z siebie wykrzesać. Najchętniej stałabym się niewidzialna.
Jesienne spacery po lesie dodają mi trochę energii, ale póki co nie starcza jej na zbyt wiele.
Sierpień zaczął się dość intensywnie.
I chociaż hiszpański ostatecznie przesunęłam na wrzesień, to mimo wszystko nie mogę narzekać na nudę i brak zajęć.
Po powrocie z tak pięknego miejsca jak Alpy naprawdę ciężko jest wrócić do normalności.
Oczywiście wiadomo, że wszystko co dobre szybko się kończy, ale człowiek zawsze czuje lekki niedosyt, kiedy wraca do swoich obowiązków.
Ostatnio moje samopoczucie jest trochę jak sinusoida. Stąd duże opóźnienia w notkach. W jednym momencie jestem wypruta i dosłownie nic mi się nie chce, a w drugim jestem pełna energii i mogłabym przesuwać góry.
Znowu długo mnie nie było.
Miałam trochę spraw na głowie i dodatkowo chyba sama wyszukiwałam sobie coraz więcej wymówek na “nie mam czasu”.
Ale jestem, bo tutaj zawsze prędzej czy później wracam…
Od naszego powrotu z Tajpej minął prawie miesiąc. Zbierałam się kilkukrotnie, żeby coś napisać, ale po części nie miałam czasu, a po części chęci. W sumie złożyło się na to parę czynników.
Po pierwsze jestem chora. W zasadzie złapałam jakąś infekcję jeszcze w Tajpej i co trochę mi ona przechodzi, to mam nawrót. Aktualnie już czwarty, przez co musiałam odwołać moje spotkania z praktycznie całego tygodnia - jak będzie dalej, to się okaże. Ten tydzień z założenia miał być dość intensywny, więc jestem kompletnie do tyłu ze wszystkim.
Zbieram się już od prawie tygodnia, żeby coś napisać i co dzień odkładam to na jutro, bo co chwila jest coś.
Przepraszam, jeśli piszę dziś bez ładu i składu. Musicie mi wybaczyć… Ostatnio na siłę wyszukuję sobie pozytywnych aspektów, żeby móc przykleić sobie na twarz uśmiech kiedy wychodzę z domu.
Ogólnie nie przepadam za zimą, najchętniej zapadłabym wtedy w głęboki zimowy sen. Widok białego puchu, choć tak piękny na zdjęciach, nie jest dla mnie niczym fajnym. Jedyne pozytywne aspekty zimy to możliwość spędzania wieczorów w stylu 3 x K (kot, koc, kakao) oraz święta.
Może zacznę od tego, co kosztowało mnie ostatnio trochę nerwów, a mianowicie Amaya. Kicia znów zaczęła nam posikiwać, a w badaniach moczu (które z trudem wykonaliśmy) wyszły kryształy. Same badania nieco dziwne, bo kryształy pojawiają się w zasadowym moczu, a u niej pH wyszło kwaśne, więc nasza wetka była zdziwiona.
Dobry humor przyszedł do mnie od początku tygodnia. Czuję w sobie siłę i dużo energii. Mam ochotę wsiąść na rower i objechać pół Warszawy i wiem, że dziś dałabym radę. Szkoda, że póki co mogę tylko pomarzyć o nocnych wycieczkach.
Termin cesarki mam wyznaczony na 26 października. Później niż wcześniej, ale wg lekarzy tak będzie najlepiej. Im dłużej mała siedzi w środku tym lepiej – przynajmniej tak twierdzi szpital. No i zapewne mają rację. Choć nie ukrywam, że miałam nadzieję na wcześniejszy termin, bo robi się coraz ciężej.
Dni mijają jeden za drugim. Mój grafik coraz bardziej zapełniony masą wizyt lekarskich i kontroli. Im bliżej porodu, tym więcej badań. Dodatkowo weszła teraz szkoła rodzenia, na którą zapisałam się za namową kumpeli. Poradziła mi, żeby pójść, warto posłuchać, popatrzeć – zwłaszcza, że w szkołach rodzenia przy szpitalach organizowane są wejścia na oddział w celu zapoznania się z salami porodowymi, organizacją szpitala i ogólnie, żeby się opatrzeć co gdzie i jak.
Nie było teraz czasu na pisanie. W ogóle mam teraz mniej czasu na komputer. To co robię w internecie najczęściej udaje mi się ogarnąć przez telefon – to jest pocieszające, dzięki temu jestem w stanie lepiej zarządzać czasem.
Marzycielka, z nieograniczoną fantazją. Nie do końca cierpliwa, po części choleryk. Panicznie bojąca się samotności i zbyt długo trwającej ciszy. Wielbicielka rękodzieła pod każdą postacią, crazy cat lady, artystyczna dusza. Zakochana w jesieni.