Dzisiaj będzie dużo tekstu, ale adekwatnie więcej zdjęć :)
Odkąd wyruszyliśmy z Warszawy minęły równo 2 tygodnie, ze względu na zmianę czasu na miejscu jesteśmy dokładnie 13 dni. Udało nam się już zobaczyć w zasadzie większość miasta - mówię o tych ciekawszych dzielnicach, ładniejszych miejscach, w te niepolecane raczej się nie zapuszczam.
Narzekałam, że w moim życiu nic się nie dzieje... no to mam.
W sumie sytuacja bardziej pozytywna niż negatywna, ale jednak nadal jestem w lekkim szoku z uwagi na to, jak szybko potoczyła się sytuacja.
Dzisiaj będzie mało zdjęć, trochę marudzenia dużo wielokropków i tematów dziecięcych, więc jak kogoś drażnią takie klimaty to sugeruję pominąć ten wpis ;)
Zbieram się do tego pisania od trzech tygodni jak pies do jeża… I ciągle coś się dzieje.
Czarny luty – tak go mogę nazwać. Czekam, aż ten koszmarny miesiąc wreszcie się skończy.
1 lutego odszedł Urwis. Kochany przyjaciel i członek rodziny. Z dnia na dzień było z nim coraz gorzej. Wetka zgodziła się wykonać mu ostatni zabieg usunięcia części guza, ale uprzedziła, że to mu przedłuży życie o jakieś maksymalnie 3 miesiące. Zgodziła się tylko dlatego, że kocurek miał ogromną wolę życia.
Może zacznę od tego, na czym skończyłam w ostatnim poście.
Mój "art spirit" przeżywa teraz drobny kryzys. I nie dlatego, że mi się nic nie chce, ale że nie mam teraz tyle czasu na zabawy handmade ile bym chciała. Pomysłów tysiąc na minutę, ale nie ma kiedy do tego usiąść. Z bransoletkami aktualnie jestem już chyba na mecie, raczej nie będę zaczynała kolejnych w najbliższym czasie. Narobiłam ich tak dużo, że momentami nie wiem którą założyć ;)
Termin cesarki mam wyznaczony na 26 października. Później niż wcześniej, ale wg lekarzy tak będzie najlepiej. Im dłużej mała siedzi w środku tym lepiej – przynajmniej tak twierdzi szpital. No i zapewne mają rację. Choć nie ukrywam, że miałam nadzieję na wcześniejszy termin, bo robi się coraz ciężej.
Dni mijają jeden za drugim. Mój grafik coraz bardziej zapełniony masą wizyt lekarskich i kontroli. Im bliżej porodu, tym więcej badań. Dodatkowo weszła teraz szkoła rodzenia, na którą zapisałam się za namową kumpeli. Poradziła mi, żeby pójść, warto posłuchać, popatrzeć – zwłaszcza, że w szkołach rodzenia przy szpitalach organizowane są wejścia na oddział w celu zapoznania się z salami porodowymi, organizacją szpitala i ogólnie, żeby się opatrzeć co gdzie i jak.
Marzycielka, z nieograniczoną fantazją. Nie do końca cierpliwa, po części choleryk. Panicznie bojąca się samotności i zbyt długo trwającej ciszy. Wielbicielka rękodzieła pod każdą postacią, crazy cat lady, artystyczna dusza. Zakochana w jesieni.